Umuzykalnianie

Umuzykalniać? – oto jest pytanie

mgr Daniel Ebertowski, dyrygent, muzyk, multiinstrumentalista, producent i menadżer kultury. Twórca szkoły umuzykalniającej dla niemowląt i małych dzieci pn. „Akademia Muzyki Ebertowski”. Współautor pakietu umuzykalniającego dla dzieci w przedszkolach i szkołach pn. „Musicarium”, www.ebertowski.pl

Prawdopodobnie, jako świeżo upieczeni rodzice, którym chwilę temu urodziło się dziecko i całkiem możliwe, że jest ono Waszym pierworodnym, spotkaliście się z wieloma artykułami i mądrymi teoriami, że muzyka zbawiennie wpływa na rozwój Waszego potomka. Z całą pewnością jest to prawda, mało tego, coraz częściej mówi się głośno o tym, że muzyka działa już wtedy, gdy maleństwo jest w brzuchu matki. Zakładam, że znacie również najnowsze wyniki badań, które jasno wskazują, iż niemowlęta uczestniczące w zajęciach umuzykalniających z rodzicem nawiązują z nim niespotykaną więź emocjonalną, która procentuje przez całe życie. Zajęcia umuzykalniające dla niemowląt są także zbawienne i pomocne w nauce języka ojczystego, ale również obcego, rozwijają także prawą półkulę mózgu, która odpowiada za zmysł artystyczny i postrzeganie sztuki. Zajęcia takie poprawiają koordynację ruchową i motorykę, wpływają na dobre samopoczucie, a odpowiednio dobrana muzyka potrafi zredukować stres i napięcie mięśniowe nie tylko u Waszego dziecka, ale i… Idąc dalej tym tropem, to na dalszym etapie rozwoju muzycznego Waszego malca, nauka gry na instrumencie rozwinie inteligencję werbalną, wspomoże proces reakcji, rozumienia i szybkiego uczenia się. Natomiast śpiewanie pozytywnie wpłynie na prawidłową pracę serca, poprawi samopoczucie oraz nastrój.

Muzyka wspomaga i poprawia koncentrację oraz pracę mózgu, stymuluje również pamięć, inteligencję emocjonalną, wspomaga naukę przedmiotów ścisłych. Już w połowie ubiegłego wieku przeprowadzone badania wskazywały, że udział w zajęciach umuzykalniających znacznie poprawia umiejętności psychosomatyczne, społeczne, poznawcze i słuchowe. Aktywne muzykowanie doskonale stymuluje obie półkule, jednocześnie angażując malca ruchowo.

Wierzcie mi, że maluszki potrzebują tego więcej, niż moglibyśmy się spodziewać, bo są na etapie poznawania samego siebie, a przede wszystkim uczenia się dosłownie wszystkiego. Muzyka stymuluje ruch bezwarunkowy, który w wielu przypadkach może być bardzo istotny dla dalszego rozwoju, kiedy mamy do czynienia na przykład z przykurczem mięśniowym u wcześniaków. Korzyści ze wspólnego umuzykalniania, czyli odbierania bodźców muzycznych, jest wiele, składa się na to zarówno wspólne słuchanie muzyki, stymulacja dźwiękowa, jak i wsłuchiwanie się oraz wpatrywanie w rodzica i/lub prowadzącego, wspólne muzykowanie, czyli tworzenie muzyki. Nie wspomnę o ogromnej satysfakcji i łatwości, z jaką niemowlęta chcą poznawać, doświadczać i tworzyć muzykę. Wyobraźcie sobie, że to jedyny ich język, jaki na ten moment znają i dzięki niemu mogą się z nami porozumiewać, wyrażać emocje, nim wypowiedzą swoje pierwsze słowa. Wybaczcie mi jedno, ale zupełnie obiektywnie mówiąc, nie znam negatywnych efektów płynących z odbioru muzyki czy jej tworzenia. Chyba że za negatyw uznamy nadmiernie głośne słuchanie muzyki o bardzo mocnym i jednostajnym natężeniu czy zakładanie dzieciom słuchawek – o zgrozo! Proszę, nie róbcie tego w trosce o słuch Waszego dziecka.

W takim razie, pojawia się pytanie… czy warto umuzykalniać, muzykować? – oczywiście, że tak! Dla potwierdzenia tej tezy dodam, że utożsamiam się ze wszystkim, co wymieniłem powyżej i będę bronił jej słuszności w oparciu o własną praktykę i fakty. To do dzieła! Muzykujmy! I tak mógłbym zakończyć ten artykuł. Jednak postaram się szczegółowiej podzielić swoimi doświadczeniami i wiedzą w tej dziedzinie.

Jestem muzykiem – praktykiem, który miał szczęście i wystarczająco dużo uporu w sobie, aby ukończyć szkoły muzyczne i studia w tej samej dziedzinie. Jestem dyrygentem i multiinstrumentalistą. Mam 16-letniego syna, starsza córka ma 7 lat, a młodsza 5 lat. To właśnie z  przyjściem na świat moich córek, po raz pierwszy żywo zainteresowałem się edukacją muzyczną niemowląt i małych dzieci. Jednoznacznie stwierdziłem, że chcę stworzyć miejsce i zajęcia, na które będę chciał przychodzić ze swoimi dziećmi. W efekcie udało mi się zrealizować to postanowienie i takie miejsce znalazło się na edukacyjnej mapie Poznania. Tak w 2016 roku powstała Akademia Muzyki Ebertowski. Pośród zajęć dla najmłodszych stworzyłem program umuzykalniający dla kobiet w ciąży, ale o tym trochę później.

Jeśli zgłębiacie temat rozwoju swojego maluszka wielopłaszczyznowo, to zauważyliście, że w ostatnim czasie pojęcie umuzykalniania pojawia się często w mediach społecznościowych i Internecie. Dzięki temu (to dobrze) na popularności zyskały takie pojęcia jak: zajęcia umuzykalniające, gordonki (osobiście nie lubię tego określenia), rytmika dla malucha, zajęcia muzyczne dla niemowląt czy zajęcia muzyczno-ruchowe i wiele innych. Jednak musicie wiedzieć, że blisko 4 dekady temu w naszym kraju te pojęcia były zupełnie nieznane. Zapytacie więc: jak sobie radziliśmy z umuzykalnianiem? – z własnego doświadczenia powiem, że dużo się śpiewało w domu rodzinnym przy okazji i bez okazji, tak po prostu, śpiewała babcia, mama i tata. Rytmika w przedszkolu, do którego uczęszczałem, pozostawiła u mnie bardzo miłe wspomnienia. Czy dzisiaj śpiew jest miłym towarzyszem codziennych czynności? Czy śpiewacie choćby raz w roku kolędy? Wydaje mi się, wnioskuję to z obserwacji, iż rodzinne śpiewanie, muzykowanie nie jest obecnie zjawiskiem popularnym z wyłączeniem rodzin o muzycznym wykształceniu czy pasji. Czemu więc się dziwić, że część naszej wspaniałej tradycji gdzieś umyka i ginie w gąszczu nowoczesności?

Czym właściwie jest to umuzykalnianie?

Czym są zajęcia umuzykalniające? Umuzykalnianie jest etapem, który dotyczy momentu demonstrowania muzyki, poznawania, obcowania z muzyką przez prezentację. Profesjonalne zajęcia umuzykalniające co do zasady opierać powinny się na osobie prowadzącej lub, jak w przypadku mojej Akademii, osobach prowadzących, które według mnie powinny mieć wykształcenie muzyczne, być merytorycznie i dydaktycznie do tego przygotowane. Powinni być to profesjonaliści zarażający swoją pasją. Na zajęciach umuzykalniających prowadzący są pilotem, wskazówką, która pokazuje, co i kiedy może się wydarzyć, nadają odpowiednią intonację (to szalenie ważne, zwłaszcza że uczestnicy powtarzają muzyczne zwroty) i tempo wykonania, dokonują wyboru utworów, jakie mają się pojawić podczas zajęć i oczywiście są głównymi wykonawcami. Bazują przede wszystkim na swoim naturalnym instrumencie, jakim jest głos, ale również korzystają z dobrodziejstw wszelkich instrumentów melodycznych, harmonicznych czy perkusyjnych. W każdym momencie uczestnicy, czyli dziecko i rodzic, włączają się do wspólnego śpiewania i rytmicznego kołysania. Jest również wolna przestrzeń do swobodnej improwizacji dźwiękowo-ruchowej i czas na audiację – to idealny moment na krótkie wyjaśnienie. Kluczowym pojęciem w teorii uczenia się muzyki, według profesora Edwina Eliasa Gordona, jest audiacja. To nic innego jak przyswajanie i rozumienie muzyki. Przekładając to na mowę, audiacja jest tym samym, co w mowie myślenie. Naturalnie chodzi o muzyczne myślenie i rozumienie muzyki. Oczywiście nikogo nie nauczymy myśleć, bo to naturalny proces, który dziecko zdobywa wraz z rozwojem i poznawaniem samego siebie i świata. Podobnie jest z audiacją. Umożliwiając doświadczanie muzyki, dajemy szansę na rozwój. Dzięki zajęciom umuzykalniającym aplikujemy dziecku muzyczne słowa, z których będzie tworzyło całe zdania i swobodnie się wypowiadało (improwizowało) przy pomocy dźwięków. Jest analogia do nauki mówienia? – jest! Według teorii prof. Edwina E. Gordona, muzykowanie jest tym samym, co nauka języka – języka muzyki. Dlatego też, aby możliwie jak najlepiej skupić się na warstwie dźwiękowej, muzycznej podczas nauki języka muzyki, nie korzystamy ze słów w piosenkach i ćwiczeniach. Używamy swobodnych i łatwych sylab, np. pam pam. Jednoznacznie uważam, że każde dziecko, przychodząc na świat, ma predyspozycje muzyczne i posługuje się językiem dźwięków. I prawdę mówiąc, cały otaczający nas świat złożony jest z dźwięków (ściślej mówiąc wibracji) – muzyka jest wszędzie i jest nieodłącznym elementem naszego życia.

Moim zdaniem dobre zajęcia umuzykalniające opierają się na wspólnym muzykowaniu, czyli jej doświadczaniu, próbowaniu i tworzeniu muzyki. Ten przebogaty świat dźwięków jest dla Waszego malca pierwszym i jedynym językiem komunikacji ze światem i sposobem na wyrażanie emocji! Tak, właśnie tak! Ze światem i z Wami Drodzy Rodzice.

Nim dziecko zacznie mówić w języku ojczystym, najpierw komunikuje się z Wami za pomocą muzyki, wydobywaniu przez siebie rozmaitych dźwięków. To jest pierwszy język, jakim potrafi się posługiwać. To bardzo solidna podstawa, aby stwierdzić, że każde dziecko rodzi się z talentem muzycznym. To my, rodzice, jesteśmy odpowiedzialni za to, czy ten talent zniszczymy, czy będziemy naukę pierwszego języka naszych pociech kontynuować, wzbogacać i pielęgnować. Tutaj moja osobista prośba do Was, skoro dotrwaliście do tego zdania, abyście nie pozwolili na zapomnienie pierwszego języka Waszego malca – języka muzyki. Po raz kolejny nawiążę tu do nauki mówienia. Muzyka jest językiem i proces jej nauki jest identyczny jak w przypadku języka ojczystego. Dobrze wiecie o tym, że wszystko, czego się uczymy, a nie praktykujemy czy nie ćwiczymy, to po prostu o tym zapominamy. W takim razie jak zabrać się do umuzykalniania czy muzykowania? Odpowiedź jest banalna. Zacznijcie od siebie. Wasze dziecko w początkowym okresie swojego życia, gdzie poznaje świat, uczy się dosłownie wszystkiego, a w okresie najbardziej podatnym na naukę muzyki, czyli do ok. 4. roku swojego życia, gdzie kluczowych jest pierwszych 12 miesięcy życia, po prostu naśladuje. Dziecko będzie w pierwszej kolejności naśladować swoich rodziców czy opiekunów. Pamiętajcie, że jesteście autorytetem dla swoich dzieci i nie dotyczy to tylko muzykowania. Zachęcam do śpiewania, do wykonania instrumentu w warunkach domowych. Samodzielnie bez znacznego nakładu finansowego możecie zrobić w domu prostą grzechotkę z puszki po herbacie czy kawie lub butelki plastikowej. Wystarczy wsypać do niej np. kaszę gryczaną czy ryż. Pomysłów na wykonanie takich instrumentów w Internecie jest całe mnóstwo – tylko odrobina chęci. Zdradzę Wam w sekrecie, że moim ulubionym instrumentem, który wykonać można w 2 minuty, jest taka miniaturka waltorni, która zrobiona jest z peszela (plastikowa osłona na kable), plastikowego lejka i taśmy izolacyjnej. Efekt rewelacyjny, a koszt nie przekroczy 5 złotych. Gwoli ścisłości, waltornia należy do grupy instrumentów dętych blaszanych, a ja kocham wszystko co dęte!

Życie płodowe dziecka a muzyka

Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o poznawaniu, umuzykalnianiu w życiu płodowym, kiedy maleństwo jest w brzuszku. Wiem, że właściwie tak powinienem zacząć – czyli od początku, od życia płodowego (jednak większość z Was czyta ten artykuł już po rozwiązaniu), w oparciu o badania dr. Alfreda Tomatisa (twórcy znanej metody nauki uwagi słuchowej), który badał również reakcje dziecka na muzykę, dźwięki w jego środowisku naturalnym, czyli w wodach płodowych. Naukowiec wykorzystywał do tego hydrofon, czyli narzędzie do badania fal dźwiękowych w wodzie, a w tym przypadku chodzi o wody płodowe rzecz jasna. Istotnie stwierdził on, że ostatni trymestr ciąży ma największy wpływ na rozwój słuchu i wpływu muzyki na maluszka. Dlatego, że wtedy narząd słuchu u malca jest właściwie w pełni wykształcony. Wiele się słyszy o cudownym wpływie muzyki na dzieciątko w łonie matki. Takim kultowym pojęciem jest tak zwany „Efekt Mozarta” i to, że słuchanie Mozarta jest zbawienne dla malca i dzięki muzyce tego wielkiego kompozytora dziecko będzie wręcz geniuszem. Mówi się, że barwa wiolonczeli czy skrzypiec jest kojąca i uspokajająca albo że najlepsze działanie daje przede wszystkim muzyka o możliwie niskich częstotliwościach. Cóż mogę powiedzieć, jeśli chcecie poznać moje zdanie, to powiem, że częściowo zgadzam się z tym, ale tak rozsądnie i rozważnie do tego podchodzę. Na pewno muzyka Mozarta, w której często usłyszycie skrzypce czy wiolonczelę, nie zrobi krzywdy maluszkowi, pod warunkiem że będzie sprawiała satysfakcję i radość jego Mamie. Poddając wiele czynników i pod wątpliwość różne teorie, jak i fakt, że nie byłem i nie będę w ciąży, to postanowiłem stworzyć program umuzykalniający dla kobiet w ciąży. Kilkadziesiąt kobiet przychodziło do mnie na zajęcia umuzykalniające regularnie. To było niezwykłe doświadczenie i nauka dla mnie, ale jak się okazało, również dla moich „uczennic”. Bez wyjątku stwierdziły one, że po cyklu zajęć nabrały odwagi do śpiewania, poszukiwania nowych gatunków muzycznych, poszerzania swoich muzycznych horyzontów. Zdarzyło się nawet, że popełniliśmy symboliczne nagrania na nośniku CD, na których mamusia w stanie błogosławionym śpiewa znane i lubiane przez siebie piosenki przy moim instrumentalnym akompaniamencie. Wrócę jeszcze do tej muzyki. Z całą pewnością to bardzo wartościowa muzyka choćby dlatego, że jest napisana dla instrumentów wyłącznie akustycznych, bo tylko takie np. Mozart miał do dyspozycji, pisząc swoje dzieła. Nie ma w niej elektroniki i jest to muzyka bardzo „poukładana”, czytelna, lekka i miła w odbiorze. Zawsze polecam do posłuchania na początek również Vivaldiego, Schumana czy naszego Chopina. Są jeszcze takie mity o zakładaniu słuchawek na brzuszek i puszczaniu przez nie muzyki wprost do malucha. Tutaj bym się zastanowił, czy ma to sens. Wyobraźcie sobie, że zanurkowaliście w basenie, a ktoś nad wodą puszcza Wam muzykę i po Waszym wyjściu pyta o wrażenia – wiadomo, że to nie odzwierciedli tego, co malec czuje i słyszy w brzuchu wśród całego tego ustroju, ale to jest najprostsze porównanie, które przychodzi mi do głowy. Uważam, że w takim odbiorze muzyki, czyli przez bezpośrednie przyłożenie słuchawek do brzucha, brak połączenia matka–dziecko, ponieważ wszelkie bodźce i emocje, jakie towarzyszą podczas słuchania muzyki przez matkę, nie są w tym przypadku przekazywane dziecku – brak połączenia emocjonalnego. Inna sprawa, że na podstawie najnowszych badań, a w efekcie w 2017 roku wynaleziono urządzenie o nazwie „BabyPod”, za które twórcy otrzymali nagrodę Ig Nobla. Według naukowców dziecko ma wykształcony zmysł słuchu pozwalający na odbiór muzyki już od 16. tygodnia ciąży i za pomocą BabyPoda możemy stymulować jego umiejętności wokalne, ale i wzbogacać muzyczny język w bezpośredni sposób. Urządzenie jest bardzo „ładne” z męskiego punktu widzenia, ale najważniejsze, że jest połączenie matka–dziecko, o którym pisałem wcześniej. Prócz głośnika, który wsuwa się do pochwy i odtwarza muzykę, są w zestawie słuchawki, które zakłada mama. Dzięki temu wspólnie słuchają muzyki wzbogaconej o tę warstwę emocjonalną. Dla ciekawskich, odsyłam na stronę producenta po więcej szczegółów. Jest jeszcze bardzo ważny aspekt tego całego słuchania w ciąży.

To znaczy, że jeśli nie pałasz miłością do muzyki Vivaldiego, Mozarta, to nie zmuszaj się do tego, ale spróbuj. Pamiętaj jednak, że to tak jak z nauką języka – daj możliwość poznawania sobie i swojemu dziecku nowego zasobu „słów” – muzycznego języka, bo nie składa się on tylko i wyłącznie z kilkunastu utworów, które Ty znasz i lubisz najbardziej. Wierzcie mi, zwróci się to Wam obojgu z nawiązką!

Droga Mamo i Drogi Tato!

Nie ma złej chwili na śpiewanie swojemu dziecku, każda pora dnia i nawet nocy jest wprost idealna. Często nawet pomoże również i Wam rozładować napięcie. Zachęcam do śpiewania i jeszcze raz śpiewania!, bo każdy z nas posiada instrument, jakim jest głos. Mało tego, całe nasze ciało jest instrumentem, więc śmiało z niego korzystajmy. Uprzedzam Waszą niechęć: „ja nie mam talentu muzycznego i fałszuję” – to żadna wymówka dla Waszej pociechy. Jak wspomniałem wcześniej, dla Waszego potomka zostaniecie mianowani muzycznym talentem i autorytetem. Zapewniam, że krzywdy mu nie zrobicie, a kiedy będzie czas to, co najwyżej będzie Was wtedy po prostu poprawiać – te Wasze niefajnie zaśpiewy. Nie ma złego momentu na grzechotanie, brzdąknięcie w strunę czy uderzenie w bębenek, który razem zrobiliście. Każdy moment na kołysanie się z dzieckiem w rytm słuchanej muzyki jest wprost idealny. Każdy koncert, gdzie prezentowana jest muzyka „na żywo”, również jest świetną okazją do odkrywania, pogłębiania i poznawania języka muzyki.

Zachęcam do uczestnictwa w koncertach dla dzieci, bo dzisiaj już w każdym większym mieście takie wydarzenia są organizowane. Naturalnie zachęcam do udziału w zajęciach umuzykalniających, które całe szczęście zyskują na popularności. Zwróćcie jedynie uwagę na to, czy osoby prowadzące takie zajęcia mają odpowiednie kwalifikacje, wiedzę i doświadczenie. Starajcie się zapraszać muzykę do Waszych codziennych rytuałów, np. podczas kąpieli, porannego powitania, spaceru. Sami się przekonacie, że to wszystko, co napisałem – a nie jest to żadnym odkryciem, po prostu działa i na efekty nie będziecie musieli długo czekać. Jestem również przekonany, że po pewnym czasie, jeśli muzyka zamieszka w Waszych domach na stałe, sami docenicie jej walory i całe mnóstwo korzyści dla całej rodziny. Mam do tego nadzieję, że będziecie całym sercem (tak jak ja) propagować aktywne tworzenie muzyki w swoim środowisku. Jako wisienkę na torcie i Wasze zadanie domowe proponuję zapoznać się z życiorysami znanych osób z każdej dziedziny, jaka Wam tylko przyjdzie do głowy, może to być np. A. Einstein, B. Clinton czy menadżerowie najwyższego szczebla jak B. Gates. Czy mieli oni w swoim życiu kontakt z muzyką lub ją nadal mają – po tym artykule, nie powinniście być zaskoczeni. Moim marzeniem jest, aby każde dziecko odbierało muzykę i sztukę jako naturalną formę dialogu w społeczeństwie i swoim dorosłym życiu.

Przewiń do góry