Oddział Neonatologiczny Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie

Pośpiesznym na świat – Oddział Neonatologiczny Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie

Oddział Neonatologiczny Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie to miejsce, do którego zapraszamy Was w naszym kolejnym odcinku programu “Pośpiesznym na świat“. Naszym gościem był profesor Ryszard Lauterbach – ordynator oddziału, ale jednocześnie Konsultant Województwa  Małopolskiego ds. Neonatologii oraz Prezes Polskiego Towarzystwa Neonatologicznego.

Pan Profesor przybliżył zagadnienia leczenia wcześniaków na Oddziale Neonatologicznym oraz współpracy z położnikami, a także wyjaśnił kilka kwestii związanych z ciążami wielopłodowymi. Porozmawialiśmy również o problemach wynikających z zagrożenia epidemiologicznego oraz o rozwiązaniach, które Oddział wdrożył w zakresie odwiedzin i nieprzerywania kontaktu rodziców z dziećmi.

Subskrybuj nasz kanał

Katarzyna Nawrocka: Dzień dobry, na dzisiejszy odcinek programu ”Pośpiesznym na świat” zabraliśmy Was do Krakowa. Zapraszam. Znajdujemy się w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie i moim gościem jest prof. Ryszard Lauterbach.

Panie Profesorze ja się przygotowałam do naszej dzisiejszej rozmowy, dlatego pozwolę sobie pana przedstawić. Oczywiście proszę na mnie krzyczeć, jakbym czegokolwiek zapomniała: Wojewódzki Konsultant ds. Neonatologii, Prezes Polskiego Towarzystwa Neonatologii i kierownik Oddziału Klinicznego Neonatologii właśnie tutaj, w tym szpitalu w Krakowie.

prof. Ryszard Lauterbach: Wszystko się zgadza. Nie mam zamiaru krzyczeć.

KN: Bardzo się cieszę. W takim razie ja oczywiście chciałabym zacząć naszą rozmowę od tego, żeby odrobinę opowiedzieć o panu, panie profesorze. Ja wiem że ciężko się opowiada o sobie, ale chciałabym się dowiedzieć, czym zajmuje się prezes Polskiego Towarzystwa Neonatologicznego i jakie wyzwania stoją przed kierownikiem Oddziału Klinicznego Neonatologii i przede wszystkim jaką rolę, jaką funkcję pełni pan jako Wojewódzki Konsultant do spraw Neonatologii. Zacznijmy od tego że jesteśmy w szpitalu.

RL: Tak i tu są pacjenci i to jest ta najważniejsza funkcja, z której pochodzą pozostałe bo tak naprawdę to będąc ordynatorem Oddziału Klinicznego, pełniąc funkcję Wojewódzkiego Konsultanta w Małopolsce w zakresie neonatologii, a także zajmując się działalnością Polskiego Towarzystwa Neonatologicznego, mamy jeden cel wspólny, to cel taki, który będzie wymagał od nas maksymalizacji naszych wysiłków, stymulowania naszych działań na rzecz poprawy opieki nad najmniejszymi obywatelami naszego kraju, wymagającymi coraz bardziej nowoczesnej diagnostyki, coraz bardziej nowoczesnej terapii i w związku z tym dajemy im też coraz większe szanse na to, żeby później mogli spokojnie asymilować się do społeczeństwa w pełni, jako w pełni wartościowi jego członkowie.

Oddział Neonatologiczny

KN: Panie profesorze, neonatologia to nie tylko wcześniaki, ja oczywiście będę bardzo często wspominać o wcześniakach. Odwiedzamy was jako Fundacja Wcześniak i interesuje mnie jak to wygląda u was na oddziale, jak często pojawiają się wcześniaki? Czy jest jakiś przypadek, który panu szczególnie zapadł w pamięć, ale czy dobrze podejrzewam, czy mam rację: neonatologia to nie tylko wcześniaki. Opiekujecie się po prostu dziećmi, które w jakikolwiek, z jakichkolwiek przyczyn za wcześnie przyszły na świat lub z jakimiś wadami, potrzebują od samego początku pomocy.

RL: Wcześniak to jest taki noworodek, który urodził się przed 37. tygodniem ciąży i tutaj możemy mieć rzeczywiście czasem do czynienia z bardzo niedojrzałymi dziećmi, które ważą po urodzeniu 500 gramów, urodziły się w 24., 25. tygodniu ciąży i te wymagają od nas największego wysiłku i największej pracy. Wymagają też bardzo drogich preparatów terapeutycznych; diagnostyczne procedury, które u nich wykonujemy, są również kosztowne, nie mówiąc już o sprzęcie wysokospecjalistycznym,  bez którego szanse nasze byłyby zerowe. Neonatologia, to też oczywiście dziedzina która zajmuje się pozostałymi noworodkami, te które mają to szczęście i rodzą się o czasie, czasem niestety przychodzą z problemami związanymi z niewłaściwym wykształceniem narządu w okresie życia wewnątrzmacicznego i różnymi problemami związanymi np. ze zdrowiem mamy. Zdrowie mamy jest tu niezwykle istotnym czynnikiem, który wpływa na szanse tego małego rozwijającego się w łonie matki  dziecka, ale także dla nas jest to też sygnał jak działać, co robić i czego się możemy spodziewać, w momencie kiedy rodzi nam się taki mały człowiek, a w czasie poprzednich kilku miesięcy nie działo się zbyt dobrze w łonie mamy i dlatego powstały takie czy inne zaburzenia.

Współpraca z położnikami

KN: Czyli te wszystkie badania, które mama przejdzie na patologii ciąży, pomagają wam później przy walce o zdrowie i życie wcześniaka.

RL: Nasza współpraca z położnikami… Muszę powiedzieć, że tutaj chylę głowę w kierunku szefa położnictwa aktualnego, profesora Hurasa, z którym się współpracuje fantastycznie. Rozmawiamy o pacjentach będących jeszcze w łonie matki. Wtedy kiedy mają 22, 23 tygodnie ciąży. Dowiadujemy się o ich problemach, o ich zaburzeniach w rozwoju i wspólnie podejmujemy decyzję, taką optymalną, która pozwala nam stwierdzić, że: „O, proszę bardzo, nie czekamy dłużej, bo to jest bardziej ryzykowne od przedłużania ciąży”. Trzeba jednak mimo wszystko tą ciążę zakończyć. Tak zresztą muszę tutaj nawrócić do tego słynnego porodu sześcioraczków dwa lata temu w Polsce, który się odbył u nas i toczyliśmy tutaj bardzo długie dyskusje z kolegami położnikami, kiedy tą ciążę należy zakończyć.  Każda taka ciąża jest olbrzymim zagrożeniem dla rozwijających się w łonie mamy dzieci, bo to nie jest tylko problem dojrzałości, ale to też jest problem ewentualnych jakichś zaburzeń wynikających z pomieszania się pępowin, z ucisku na pępowiny poszczególnych dzieci. Proszę sobie wyobrazić w jednej macicy znajduje się aż sześcioro takich obywateli, każdy jest podłączony swoją pępowiną do łożyska.

Sześcioraczki krakowskie

KN: Duży tłok.

RL: Olbrzymi tłok i wspólną dyskusją doszliśmy do takiego konsensusu, że w 29. tygodniu przygotowujemy się na odebranie tych dzieci.

KN: Panie profesorze, to ja tutaj dopytam, dlatego że 29. tydzień to wcześniak i mama która nosi w swoim łonie jedno dziecko, oddałaby wszystko żeby dziecko właśnie w tym 29., 30. czy nawet 31. tygodniu się po prostu nie urodziło, żeby było donoszonym, zdrowym noworodkiem, a tutaj państwo podejmują decyzję, że jednak rozwiązujemy ciążę w 29. tygodniu, czyli  przygotowujecie się od razu, że będziecie mieli wcześniaki i to razy 6.

RL: Oczywiście, ale robimy to po kalkulacji ryzyka, które gwałtownie narasta w momencie, kiedy wielkość tych dzieci się zwiększa, ich aktywność wewnątrz macicy się większa. Wtedy szansa na uciśnięcie pępowiny, niedokrwienie jednego czy kilku z nich, jest coraz większa, z każdym tygodniem rośnie w krzywej logarytmicznej i tutaj ten konsensus jest tak ważny. Oczywiście koledzy położnicy chcieliby wcześniej urodzić, a my z kolei, nam zależy na tym, żeby te dzieci były bardziej dojrzałe i wspólnie wynegocjowaliśmy, w miarę myślę dobrze i mogliśmy spokojnie przystąpić do przejęcia tych maluchów, bo nie było zagrożenia porodem przedwczesnym – wyciszyliśmy akcję porodową. Na szczęście nie doszło do pęknięcia pęcherza płodowego i odejścia wód płodowych, bo wtedy to już natychmiast musiałoby nastąpić cięcie cesarskie. Tu z pełnym spokojem doczekaliśmy do 29. tygodnia i przyjęliśmy na świat. Najpierw wydawało nam się, że będzie ich pięcioro, po czym znaleźli jeszcze nam położnicy jedną dziewczynkę, z którą zaprzyjaźnią się szczególnie, bo najdłużej pozostawała z nami na sali operacyjnej, czekając na szóste stanowisko które zjechało po nią w otoczeniu pielęgniarek i lekarzy.

KN: To zabrzmi tak prosto, bo rozumiem, że sytuacja jest nerwowa, walczymy tutaj o zdrowie i życie dzieci, o zdrowie i życie mamy czasami, ale to jest bardzo wygodne, kiedy możecie odebrać te dzieci od razu z sali porodowej i przenieść je na swój własny oddział i tam rozpocząć całe leczenie. Wspominał pan, że przygotowywaliście się na piątkę dzieci, a tutaj taka niespodzianka, ale rozumiem, że to nie jest tak, że tylko pięć stanowisk, tylko pięć inkubatorów jest dostępnych na waszym oddziale. Jak to wygląda, ile dzieci jesteście wstanie przyjąć?

RL: Nasz oddział, w sumie podzielony na takie trzy pododdziały, liczy około 26-28 miejsc intensywnej terapii. To jest rzeczywiście sporo, ale jeżeli spojrzymy wstecz i porównamy sobie obłożenie tego dużego oddziału intensywnej terapii, to naprawdę w ciągu roku są pojedyncze tygodnie, kiedy oddział nie jest obłożony w stu procentach. Dzieje się to też trochę za sprawą ciąży wieloraczych, które nie wiadomo dlaczego zjawiają się one znacznie częściej, niż w innym regionie Polski. Zwykle przyjmujemy poród ciąży trojaczej raz w miesiącu, podczas gdy w innych częściach Polski zdarza się to o wiele rzadziej.

KN: Trojaczki to już dość spory tłok, ale cały czas w głowie mi siedzą te sześcioraczki, dlatego pozwolę sobie dopytać, jeśli mamy taką możliwość. Wspominał pan, że ta szósta niespodzianka to była dziewczynka, a pozostałe dzieci?

RL: Rozkład płci był dwa do czterech, czyli dwóch facetów i cztery panie.

KN: Dziewuchy rządzą! A długo dzieci zostały u was w szpitalu? Jak wyglądała rekonwalescencja?

RL: Ponad trzy miesiące w sumie były u nas hospitalizowane i potem oczywiście media naciskały, żeby zrobić uroczysty wypis tych sześcioraczków do domu, żeby to wyglądało bardzo tak medialnie. Ja nie wyraziłem na to zgody i uspokoiłem trochę dziennikarzy. Powiedziałem, że wyobraźcie sobie Państwo gdybyście nagle w ciągu pół godziny musieli przyjąć 6 takich małych istot, wymagających bardzo intensywnej opieki w domu i już oczywiście nie lekarskiej, ale nagle 6 noworodków. Dlatego opisywaliśmy na trzy raty. Parami, może nie całkiem parami, bo było tylko dwóch facetów, ale wypisaliśmy po dwoje tych noworodków do domu. Tak, żeby rodzice troszeczkę nabierali, że tak powiem i rutyny, i doświadczenia, i trochę się przyzwyczajali, przyzwyczajali członków całej rodziny do tego, żeby się angażowała w opiekę nad tymi małymi.

KN: Mniejszy stres. Biorąc pod uwagę ile stresu wcześniej to wszystko ich kosztowało, prawda?

RL: Tak, stres olbrzymi. Ja uważam mamę dzieci za wyjątkową osobę, która postanowiła, że tę ciążę donosi i będzie czekać do końca na poród i zaraz po urodzeniu tych dzieci rzeczywiście była trochę zmartwiona, zdenerwowana tą całą sytuacją. Trudno się dziwić, prawda? Nie bardzo wierzyła w nasze możliwości, nie bardzo wierzyła w nasze szanse. Szanse tych swoich maluchów, że przeżyją, że wszystkie przeżyją, że będą uszkodzone, czy nie będą uszkodzone. O wszystkich takich sytuacjach się myśli w momencie, kiedy rodzi się wcześniak 29. tygodniu ciąży, a tu jeszcze nagle sześcioro takich maleństw, które każdy dla siebie musiał uszczknąć jedną szóstą tego co dostawałoby jedno dziecko w łonie matki, także to są jeszcze dodatkowe sytuacje, które na pewno nie wpływają korzystnie na szanse. I wtedy pamiętam, że przyszła do mnie do pokoju i pokazałem jej pocztówki pięcioraczków, które się urodziły w 2008 roku, a więc miały już 11 lat i zobaczyła na tych 11 kartkach jak wyglądały te kolejne lata i jak te, znacznie mniejsze od jej dzieci, wcześniaki rozwijały się i w końcu udało się to wszystko fajnie doprowadzić do takiego stanu, że zapraszam na blog pięcioraczków kieleckich, żebyście państwo zobaczyli, jak funkcjonują i co robią. Po tym, po tej rozmowie ze mną wydawało mi się, że pojawiła się większa wiara, większa nadzieja i tak już zostało do końca. Do wypisu.

KN: Panie profesorze skupiliśmy się bardzo na sprawie tego konkretnego porodu. To dość nietypowe – sześcioraczki, ale jednak to jest poród który wy przeprowadziliście, na który mama mogła się przygotować, a wcześniaki zazwyczaj to są dzieci, które rodzą się niespodziewanie. I chciałam zapytać, jak to wygląda u was na oddziale, czy to jest tak, że nie wiem, boję się powiedzieć, codziennie, co tydzień, co miesiąc pojawia się u was wcześniak, skrajny wcześniak, którego, o którego musicie od samego początku bardzo walczyć? Nie mówmy tutaj o statystykach, bo nie chodzi o to żeby opowiadać o liczbach, ale wspominał pan, że w Krakowie bardzo często pojawiają się ciąże wielorakie. To może mamy też jakieś badania jakieś informacje odnośnie tego jak wygląda sprawa takich skrajnych wcześniaków, tutaj u was w województwie.

RL: Tutaj chciałbym odróżnić dwie sprawy: skrajne wcześniactwo, czyli to jest wcześniak który przebywał w łonie matki nie dłużej niż 28 tygodni. To jest takie rzeczywiście skrajne wcześniactwo, a nagłe wcześniactwo, pojawienie się wcześniaka, który urodził się z powodu nagle rozwijającej się akcji porodowej, to na szczęście jest coraz rzadszy problem, dlatego że kobiety w ciąży korzystają z pomocy kolegów położników. Koledzy położnicy prowadzą coraz lepiej te ciąże, jeżeli widzą zagrożenie, to pani z zagrożoną ciążą trafia do nas tutaj najczęściej i wtedy tą ciążę monitorujemy. Także nie ma zagrożenia już takiego gwałtownego zaskoczenia, zagrożenie jest, ale nie ma zaskoczenia, tak bym to ujął, i wtedy możemy przygotować to maleństwo rozwijające się w łonie matki i dające duże prawdopodobieństwo, że chyba się urodzi przedwcześnie, przygotować do tego, żeby było bardziej dojrzałe, niż w momencie, w którym by się nagle urodziło niespodziewanie. I to zwiększa nasze szanse i zwiększa szanse przede wszystkim tego maleństwa na to, żeby się adaptowało do warunków życia pozamacicznego.

Wentylacja nieinwazyjna

KN: Wspominał pan, że mamy tutaj w szpitalu 26 stanowisk, czyli możemy założyć, że spokojnie możecie leczyć, opiekować się właśnie taką liczbą dzieci.

RL: Nie zawsze dzieci wymagają wentylacji mechanicznej. To, że ja oceniam ten oddział na poziomie 26 stanowisk intensywnej terapii, to nie znaczy, że jest to tylko 26 dzieci. Bardzo często stosujemy nieinwazyjną wentylację. To jest coś co proponowaliśmy wiele, wiele lat temu, gdzieś na początku lat 2000, gdzie taką wentylację stosowaliśmy od pierwszych minut po urodzeniu. Bez intubacji, wentylacja, która rozprężała płuca i pozwalała podejmować, przy spontanicznej akcji oddechowej własny oddech i to jest najmniej urazowa i najmniej taka niebezpieczna wentylacja dla bardzo niedojrzałych płuc.

KN: No właśnie ja przygotowując się do naszego spotkania, a wcześniej nagrywając odcinek o metodzie terapii oddechowej AFE, wyczytałam, że państwa szpital, państwa oddział, bardzo skupia się na tym, żeby jeśli oczywiście można, właśnie taką nieinwazyjną metodę wentylacji stosować u wcześniaków, żeby jak, nie chcę powiedzieć jak najrzadziej, ale respirator jest tylko wtedy, kiedy naprawdę już jest potrzebny, kiedy państwo nie widzicie innej metody, ale czy dobrze rozumiem, że ta nieinwazyjna metoda wentylacji jest dla was kluczowa? Że uważacie, że ona do momentu, kiedy może być stosowana, powinna być stosowana?

RL: Są oczywiście wskazania które nas upoważniają do stosowania wentylacji nieinwazyjnej, jeżeli jest akcja oddechowa, dziecko prezentuje akcję oddechową, wydolną na tyle, że jedynie rozprężenie tych płuc pozwoli mu na właściwą wymianę gazową, to stosujemy tą wentylację nieinwazyjną, ale oczywiście w momencie, kiedy siła przepony, brak też odpowiedniego pobudzenia ośrodków oddechowych nie pozwala na utrzymanie spontanicznej akcji oddechowej, no to wtedy przechodzimy bardzo szybko na wentylację mechaniczną, wentylację inwazyjną, dysponujemy takim sprzętem, który pozwala nam tą wentylację optymalizować, kontrolować i minimalizować ten uraz wynikający z tego, że tak naprawdę odwracamy fizjologię. Proszę sobie wyobrazić, że w momencie kiedy podejmujemy decyzję o włączeniu dziecka na wentylację mechaniczną, to jest odwrócenie fizjologii. W czasie oddychania w klatce piersiowej, przy wdechu pojawia nam się ujemne ciśnienie i wtedy powietrze wpływa do klatki, przy wydechu jest sytuacja odwrotna. W momencie kiedy podłączamy dziecko, intubujemy, podłączamy do respiratora, to w czasie wydechu jest dodatnie ciśnienie w klatce piersiowej, rozprężamy płuca, a więc jest to wbrew fizjologii, ale jest to jedyna metoda, żeby spowodować wymianę gazową, pozwolić na to, żeby proces dojrzewania płuc postępował, żeby nie doszło do niedotlenienia, przede wszystkim mózgu, który „zjada” ponad 90 procent tlenu dostającego się do organizmu. I tutaj oczywiście tolerujemy taką wentylację, która nie jest wentylacją fizjologiczną ale mamy tą świadomość, że jak tylko będzie szansa to przełączymy się natychmiast na wentylację nieinwazyjną.

Wiktoria, czyli zwycięstwo

KN: Panie profesorze, ja chciałam zapytać o przypadek, który może najbardziej zapadł panu w pamięć albo najmniejszego wcześniaka, który urodził się tutaj w Krakowie, w Szpitalu Uniwersyteckim, a może to jest ten sam przypadek?

RL: Ja tutaj przez ładnych kilka lat pracuje. Tych przypadków miałem sporo ciąże wieloracze były bardzo takie ekscytujące, zawsze wzbudzały duże zainteresowanie mediów. Ja natomiast bardzo dokładnie zapamiętałem przypadek sprzed wielu, wielu lat, może to już sprzed 16-15 lat, kiedy urodziła nam się bardzo mała kruszynka 600-gramowa i była dość długo w ciężkim stanie, wentylowaliśmy ją przez kilka tygodni, jeśli nie dłużej. Potem miała dość poważne problemy wynikające z niedojrzałości przewodu pokarmowego. I proszę sobie wyobrazić, że mama, która cały czas siedziała przy inkubatorze, cały czas była przy córeczce, czytała jej książeczki. Po trzech tygodniach, pamiętam, tych pierwszych trudnych tygodni, w momencie, kiedy zobaczyłam, że czyta cały czas „Kubusia Puchatka”, delikatnie zwróciłem jej uwagę, że przecież nie można cały czas tego „Kubusia Puchatka”, trzeba coś zmienić, trzeba coś zaproponować, coś nowego. Z niedowierzaniem spojrzała na mnie i następnego dnia przyniosła inną książeczkę, za dwa tygodnie – kolejną książeczkę. Proszę sobie wyobrazić, że ta mała dziewczynka, w wieku 5 lat napisała do nas własnoręcznie: „Kochani,,,” – już nie pamiętam szczegółów, ale to były takie litery, które nie budziły wątpliwości, że to ona pisała w wieku 5 lat – „Najlepsze życzenia z okazji Świąt Bożego Narodzenia”, po czym, do dnia dzisiejszego dysponuję jej pięknymi rysunkami, a taki Smok Wawelski, który jest u mnie w gabinecie, który namalowała mi chyba w wieku 7 lat techniką Mango. Nie wiedziałem że taka technika istnieje. Jest niesamowity zupełnie zwraca uwagę wszystkich moich gości, a teraz pisze książki. Proszę sobie wyobrazić jak te pierwsze tygodnie zapadają w pamięci tych małych obywateli. To nie jest tak, że tu nie ma kontaktu. To co kiedyś powiedział słynny psychiatra nasz krakowski, Antoni Kępiński, prof. Antoni Kępiński, że mały wcześniak nie do końca widzi dobrze kolory, nie do końca rozróżnia kształty i słyszy dźwięk. Natomiast doskonale czuje emocje matki, stąd też te emocje, ten kontakt matki z dzieckiem jest tak istotny i tak ważny, że my nie mamy wątpliwości, że to właśnie mama była tu jedną z takich najważniejszych metod terapeutycznych w tej małej naszej Wiktorii. To się świetnie składa, bo ona wygrała rzeczywiście, „victoria” – zwycięstwo wygrała z tym problemem i teraz jest naszą taką victorią równie. To jest taka victoria oddziału i victoria Wiktorii.

Odwiedziny wcześniaka w szpitalu

 KN: Panie profesorze, to się idealnie składa dlatego, że my jesteśmy w bibliotece szpitala. Pan wspominał o tym, że mama dzielnie przez wiele dni, tygodni czytała swojej córce. Ja tutaj chciałabym tylko powiedzieć, zwłaszcza w takim otoczeniu, jak ważne jest czytanie dzieciom bajek, później książek. Ale podejrzewam, że tutaj bardzo ważny był również głos mamy, a co za tym idzie, obecność mamy przy inkubatorze. Nieważne czy to jest mama, czy tata. Oczywiście mama, chociażby podczas karmienia przydaje się bardziej, choć tata również może pomagać przy kamieniu. Ale jak ważna jest obecność rodziców przy takim dziecku. I teraz wylądujmy na chwilę w tej naszej covidowej rzeczywistości, w której znaleźliśmy się w której nadal jesteśmy i nie do końca wiemy, ile ona jeszcze potrwa. Ja wiem że wasz szpital dość nietypowo, mówiąc nietypowo mam na myśli odrobinę inaczej, niż pozostałe placówki, podszedł do tych obostrzeń odnośnie obecności rodziców przy dziecku. I tutaj bardzo ważne jest, żeby powiedzieć, że przede wszystkim dla dobra dzieci.

Oczywiście, dla dobra dzieci. Jeśli wrócimy na chwilę do czytania, to jestem przekonany, że treść jest tutaj mało ważna, natomiast intonacja głosu, tembr głosu, spokój, czytanie o rzeczach przyjemnych od razu zmienia nastrój, zmienia natężenie głosu matki, to są niesamowite sprawy, które wywierają olbrzymi wpływ na rozwój ośrodkowego układu nerwowego i potem osobowości takiego małego wcześniaka.

A to, co się stało w marcu, bo tak naprawdę to w marcu 2020 roku zostaliśmy zaskoczeni tą potworną pandemią. No w pewnym okresie, przez okres kilka tygodni baliśmy się wszystkiego, baliśmy się nie tylko o to, że my się możemy zarazić, ale co się stanie, jeżeli nagle dojdzie do zarażenia się personelu i nie będzie personelu, który mógłby opiekować się tymi małymi wcześniakami. Pamiętam dokładnie 15 maja, to był chyba dzień kangurowania, Międzynarodowy Dzień Kangurowania. Otworzyliśmy te oddziały bardzo delikatnie stosując schematy, rozpis wizyt rodziców w oddziale, odpowiednie zabezpieczenie takie właśnie w maseczki jednorazowe, fartuchy. I wszystkie te środki niezbędne do zachowania, do przerwania transmisji, ewentualnej transmisji zakażenia i wprowadziliśmy odwiedziny 15 maja. To nie znaczy, że wcześniej nie było takich sytuacji, bo jeżeli dochodziło do jakichś bardzo dramatycznych sytuacji i wiedzieliśmy, że nie mamy szans na uratowanie dziecka, bo tak jest niestety nie często, ale zdarzają się, muszą się zdarzać, bo te dzieci rodzą się w bardzo różnym stanie. Czasem bardzo z letalnymi i trudnymi wadami, to wtedy zawsze stwarzaliśmy taką możliwość dla rodziców, żeby mogli dotknąć dziecko, pożegnać się z dzieckiem, wyłączaliśmy część oddziału nawet, zostawiając ich w spokoju. I to było oczywiste. I drugi taki przypadek, o wiele bardziej, druga taka okazja o wiele bardziej optymistyczna, to w momencie, kiedy musieliśmy mamę i tatę nauczyć pewnych podstawowych zabiegów w momencie, kiedy za chwilę dziecko miało pójść do domu. Wtedy wydzielaliśmy w oddziale taki mały fragment i tam przez dwie, trzy godziny dziennie rodzice przez kilka dni uczyli się tych wszystkich zabiegów i to robiliśmy. Natomiast te już, tą dostępność dla wszystkich rodziców, ale oczywiście w ograniczonym  zakresie otworzyliśmy 15 maja, a więc i do tej pory nic się tu nie zmieniło. Oczywiście zwiększyliśmy teraz zakres możliwości odwiedzin, zwłaszcza, że pomogły nam w tym szczepienia i tutaj apelujemy o to, żeby rodzice szczepili się. Bo to nam daje pewność że robimy słusznie; bezpieczeństwo dla naszych pracowników, dla naszych pacjentów, również dla tych małych noworodków, bo taką infekcję można przenieść na małego noworodka.

Rodzic jak lekarstwo

KN: Nie mamy tutaj wątpliwości, że bardzo uważaliście, przede wszystkim myśląc o tych małych pacjentach, no bo rzeczywiście jeśli połowa personelu na oddziale się zarazi, to kto będzie pomagał tym maluchom, kto będzie doglądał ich codziennie? Ja oczywiście tutaj chciałam zaznaczyć, że państwa zdrowie jest równie ważne, ale rozumiem że jako lekarze, pielęgniarki, pielęgniarze, przede wszystkim mieliście na celu zadbanie o tych małych pacjentów. Czy ja mogę podsumowując tę smutną rzeczywistość covidową, która bardzo skomplikowała przede wszystkim sytuację w szpitalach na terenie całej Polski, podsumować, że rodzic dla takiego wcześniaka jest jak lekarstwo?

Obecność rodzica, jego głos, jego emocje, które przekazuje, bo takie są na pewno. Płacząca matka nad dzieckiem, czy płaczący ojciec nad dzieckiem, to są emocje, które muszą przechodzić do maleństwa. Tego się może nie mierzy, ale to można sprawdzić, obserwując akcję serca dziecka, czy pewne parametry biochemiczne, które się wtedy poprawiają, to trochę się da zmierzyć, ale tych prawdziwych emocji, które odbierają małe, niedojrzałe jeszcze komórki nerwowe, tego się chyba nie da zmierzyć, ale to na pewno istnieje, to na pewno funkcjonuje i my w to wierzymy i dlatego nie poddaliśmy się na przykład. W tej chwili jest ogólny zakaz odwiedzin pacjentów w Szpitalu Uniwersyteckim. My staramy się to tak zmodyfikować, żeby rodzice mogli odwiedzać spokojnie swoje dzieci, oczywiście w tzw. podwyższonym reżimie epidemiologicznym, ale nie zabraniamy.

KN: Już na koniec panie profesorze wspominał pan o kartkach, które otrzymujecie się albo otrzymywaliście przez pewien czas od tych pięcioraczków, od rodziców tych pięcioraczków. To chyba jest dość częste, że rodzice, a później same dzieci się do was odzywają, prawda?

RL: Tak i z tego jesteśmy szalenie dumni, a poza tym wzrusza nas to zawsze, bo to jest taka zupełnie chęć podzielenia się swoją radością, że się przeżyło trudny moment w swoim życiu i przeżyło się to tu, w tym oddziale, w tym miejscu, w towarzystwie tych osób, to jest… Przychodzą te małe stworzenia, już potem wcale nie takie małe i opowiadają o tym. Muszę powiedzieć, że kiedyś przeżyłem niesamowity taki, scenę gdzie nagle do gabinetu weszło dwóch chłopców, takich powiedzmy około ośmiu, dziewięciu lat. No i z instrumentami muzycznymi: jeden z skrzypcami, drugi z fletem czy z fagotem. Trochę się słabo znam na tych instrumentach.  Chyba to był jakiś taki fagot, tylko taki dziecięcy i zagrali mi koncert. Po czym się okazało, że za drzwiami stała babcia dzieci. I przypomniała mi, że to są bliźniaki, które się urodziły wiele, wiele lat temu, tak osiem czy dziewięć lat temu, tu w oddziale. Wtedy mieliśmy zdecydowanie mniejsze możliwości i mniejsze szanse na cokolwiek. Ale, że są świetne, że są wspaniałe i że właśnie mają talent muzyczny. To było coś niesamowitego do tej pory chyba mam to zdjęcie w gabinecie tych dwóch dżentelmenów z instrumentami muzycznymi.

KN: To musi być niesamowite przeżycie jak staję przed panem taki na początku młody, a później już wcale nie taki młody mały człowiek: „Dzień dobry to ja, byłem taki, uratowaliście mi życie.”

RL: Proszę sobie wyobrazić, kiedyś mieliśmy rocznicę, chyba 10-lecie zastosowania wentylacji nieinwazyjnej i przyjechał Jurek Owsiak, który był, jest głównym naszym tutaj wybawcą w tych różnych trudach i kłopotach. I była taka dość sympatyczna impreza. Wszyscy tam przemawiali i opowiadali różne rzeczy i w pewnym momencie nasza Wiktoria, która miała wtedy 8 lat, wzięła mikrofon, podziękowała Jurkowi. Jurek zamarł, polały mu się łzy. To było fantastyczne.

KN: Mi nie pozostaje nic innego jak zakończyć tę rozmowę takim akcentem, że bardzo dziękuję za zaproszenie, że jest mi niezmiernie miło, że zechciał pan ze mną porozmawiać. Serdecznie gratuluję waszej pracy i tego jak wiele wkładacie w to, żeby walczyć o zdrowie i życie tych dzieci. Jak pan, panie profesorze, opowiada o tych wszystkich wcześniakach, o tych zdjęciach, później o tych odwiedzinach to ja mam ciarki. Cieszę się, że będziemy mogli też naszym widzom pokazać te pamiątki i mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy, bo z bólem serca kończę rozmowę, ponieważ bardzo ciekawie i miło się rozmawia.

RL: Ja bardzo dziękuję, że państwo zainteresowaliście się naszym oddziałem, naszymi tutaj możliwościami, naszymi pacjentami, bo to jest niezwykle ważna część dyskusji, bo bez tego nie byłoby dyskusji i liczę na to, że będziemy mieli coraz większe szanse i coraz lepsze możliwości, aby tych najmniejszych, najbardziej pokrzywdzonych przez los, bo jednak to skrócenie pobytu w łonie mamy bardzo utrudnia start tym maleństwom. My im w tym starcie pomagamy, żebyśmy mogli pomagać jak najlepiej, to potrzebujemy dużo wsparcia nie tylko psychicznego, ale też takiego sprzętowego, finansowego itd.

KN: To jest oczywiste dlatego, że mierzycie się tutaj z ogromem pracy, czasami niestety tragedii i ja pozwolę sobie tylko powiedzieć, że trzymam kciuki, żebyśmy mogli za jakiś czas spotkać się tam na oddziale i pokazać waszą pracę tak, jak ona rzeczywiście wygląda, jak już uspokoi się też cała sytuacja, z którą się borykamy już tak długo.

RL: Zapraszam, po angielsku się to mówi: standing invitation, proszę bardzo jesteśmy do dyspozycji będziemy się kontaktować i chwalić.

KN: To ja mówię dziękuję i do zobaczenia. I panie profesorze chciałabym tylko, żebyśmy zaprosili na kolejny odcinek, może pan by mi pomógł.

 RL: Proszę państwa, te nasze rozmowy o tych najmniejszych z najmniejszych, dają takie wsparcie dla – przede wszystkim rodziców tych małych dzieci, które się rodzą, że szanse dla tych dzieci są, że są coraz większe. Ja zwykłem mówić często mojemu zespołowi, że: „Uważajcie, rodzi się wcześniak”. A wcześniak, jednym z powodów, dla którego przychodzi przedwcześnie na świat jest to, że ma zbyt wiele do załatwienia i powiedzenia społeczeństwu i takich wcześniaków mamy, mnóstwo przykładów tych wcześniaków, którzy rzeczywiście mieli tak dużo do powiedzenia, do załatwienia i do przekazania dorosłej społeczności.

KN: Dlatego zapraszamy na kolejne odcinki, w których będziemy rozmawiać nie tylko o historiach wcześniaków, ale też o waszej pracy. Dziękuję.

RL: Dziękuję.

Zobacz również:

Pośpiesznym na świat – odcinek 41 – Dzień na oddziale Neonatologii i Intensywnej Terapii Noworodka

Shopping Cart
Przewiń do góry