fbpx
Pośpiesznym na świat – odcinek 17 – Jestem wcześniakiem – rozmowa z Bartkiem Jędrzejakiem

Pośpiesznym na świat – odcinek 17 – Jestem wcześniakiem – rozmowa z Bartkiem Jędrzejakiem

Jest dumny z tego, że jest wcześniakiem i z chęcią o tym opowiada – Bartek Jędrzejak i jego historia.

Zapraszamy do oglądania i do subskrybowania naszego kanału. Bądźcie z nami co wtorek o 9:00 z poranną kawą! Kliknięcie w obraz odtworzy film na YouTubie, a poniżej znajdziecie poprzedni odcinek naszego programu.

Bartek Jędrzejak

Katarzyna Nawrocka: Dzień dobry, witam Was w tym przedświątecznym czasie z bardzo wyjątkowym gościem i w bardzo wyjątkowym odcinku, dlatego, że będziemy opowiadać o tym, Bartku, że jesteś wcześniakiem.

Bartek Jędrzejak: Bo jestem wcześniakiem.

KN: Dorosłym, szczęśliwym i zdrowym wcześniakiem, chociaż start nie był łatwy.

BJ: Nie był łatwy, bo to były inne czasy. To było 42 lata temu i szpitale były zupełnie inaczej wyposażone. Teraz jest tak, że jest mnóstwo sprzętu, nowoczesnego sprzętu, inkubatorów, wszystkiego, co potrzeba lekarzom. Jest inna wiedza, neonatolodzy mają inną wiedzę na temat wcześniaków. Jak ja się rodziłem 42 lata temu, to to wyglądało zupełnie inaczej. Tak naprawdę żyję dlatego, że był włączony inkubator na oddziale, w którym się rodziłem, urodziłem się w trzydziestym drugim tygodniu, czyli siedem miesięcy i trochę. Ważyłem trochę ponad półtora kilograma, w skali Apgar dostałem szóstkę, ale zaraz szybko potem wszystko zaczęło spadać w dół, zacząłem tracić wagę. Oczywiście od razu po urodzeniu zostałem włożony do inkubatora i tak jak mówię, żyję dlatego, że na tym oddziale gdzie się rodziłem w Zielonej Górze, było kilka inkubatorów. One były wszystkie zajęte, jeden był wolny i o dziwo nagrzany, ciepły. Także od razu od mamy zostałem przeniesiony do inkubatora. To nie były łatwe początki.

KN: I to był też zupełny przypadek, oczywiście szczęśliwy przypadek, bo udało się ten inkubator dla Ciebie zdobyć, zorganizować, ale ja się uśmiechnęłam, kiedy powiedziałeś, że dostajesz szóstkę, bo w szkole szóstka, to bardzo dobra ocena.

BJ: Ja powinienem dostać dziesiątkę, ale dostałem szóstkę.

KN: Tak, dokładnie. Ale też biorąc pod uwagę, że jednak bardzo często po urodzeniu wcześniaka ta waga spada i pojawiają się pewne komplikacje. Ja podejrzewam, że Ty mało pamiętasz z tych pierwszych dwóch, trzech lat swojego życia, bo ciężko by było żeby tak było, natomiast, czy to jest historia, którą u Ciebie w rodzinie opowiada się przy okazji wszystkich imienin, świąt?

BJ: Myślę, że nie. Myślę, że nie jest to historia, kiedy rozmawiamy o tym podczas świąt, ale bardzo dużo wiem. Tak jak mówiłaś, jako dziecko nie jestem w stanie tego pamiętać, chociaż specjaliści psychologii mówią, że wiele zostaje w pamięci wcześniaka i to jest tak, że dziecko, które jest odebrane od mamy, włożone do tego plastikowego pudełka, nie ma tego maminego dotyku, nie ma maminego zapachu, nie ma maminego buziaka, czy przytulenia, potem w dorosłym wieku oczekuje bardzo dużo ciepła. I ja rzeczywiście jestem człowiekiem, który ma wręcz ciągle niedosyt takich emocji i uczuć. Zresztą mam takie poczucie, że to może być to, że gdzieś za szybko ze względu na zbyt wczesne urodzenie zostałem oderwany od mamy. Znam te historie przekazywane właśnie przez mamę. Początek był bardzo trudny. Z takich wesołych rzeczy, w szpitalu miałem ksywę Ekshibicjonista, ponieważ jak panie pielęgniarki i położne pozawijały mnie, przykryły, żeby było mi ciepło, to natychmiast się rozkopałem, rozłożyłem i klejnoty wywaliłem na wierzch do oglądania, więc zostałem na oddziale neonatologicznym…

KN: A co!

BN: A co, po grubasie. Jak już początek był nie taki, to chociaż żeby było potem z klasą. Zostałem, miałem ksywę Ekshibicjonista. Pamiętam, jak mama strasznie przeżywała każdy milimetr na butelce, który znikał, bo więcej jadłem. To właściwie na butelce jest tylko kreseczka, a dla mojej mamy to było niesamowite wydarzenie, że jem więcej. Mama mi opowiadała, że zasłabła na oddziale, ponieważ kiedy już byłem w takim stanie i na tyle dobrze się czułem, że można mnie było wyjąć z inkubatora i położyć z innymi dziećmi na sali nikt mojej mamie tego nie powiedział. I mama któregoś dnia pojawiła się na oddziale, w inkubatorze nie było Bartka, więc pomyślałam sobie, że nie ma go w ogóle. I tak się zdenerwowała, że zasłabła. Oczywiście natychmiast została zaopiekowana, poinformowana, że wszystko jest dobrze, jestem na sali z innymi dziećmi. Pamiętam, że byłem takim dzieckiem bardzo książkowym, ponieważ wiedza o wcześniakach też była zupełnie inna. Patrzę na tą szafkę, regalik z książkami, którą tutaj macie i „Wcześniak – pierwsze 6 lat życia”, informacje jak kochać dziecko, mnóstwo tych informacji dotyczących wcześniaków. Kiedyś tego nie było. Mama gdzieś tam szukała, gdzieś pojawiały się jakieś książki.

KN: Mówimy o czasach, kiedy Internet…

BJ: Tak. No nie można było skorzystać z Internetu. Nie można też było, oczywiście można było, ale to też było dużo trudniejsze skontaktować się z innymi mamami, które już wychowały wcześniaki. Nie było takiego czegoś jak forum, gdzie można było się skontaktować z grupami wsparcia. Pamiętam, że byłem takim dzieckiem książkowym. Jak wtedy, 42 lata temu pojawiły się książki, w których napisano, że z wcześniakiem w takim i w takim wieku trzeba np. iść na spacer, który powinien trwać 40 minut i moja mama wracała po 35 minutach to 5 minut do tej czterdziestki okręcała dookoła bloku, żeby było dokładnie tak jak w książce.

KN: Obowiązkowa mama.

BJ: Bardzo.

KN: Ja muszę się pochwalić, bo wspomniałeś tutaj o niektórych pozycjach, które są na naszej półce. Fundacja powstała 18 lat temu, powstała dlatego, że Tomaszowi i Magdalenie właśnie urodził się wcześniak. To było 18 lat temu, a tutaj mówimy o czasie o wiele bardziej odległym. Przepraszam, nie chciałabym Ci wypominać wieku.

 BJ: Nie, ale broń Boże, ja nie mam z tym żadnego problemu, to było 42 lata temu.

KN: Dokładnie. Natomiast wtedy, rzeczywiście założyciele fundacji również zauważyli, że nic w Polsce się nie dzieje dla wcześniaków. Nie ma grup wsparcia, nie ma odpowiedniej literatury i 18 lat temu był niezbyt dobry i taki szeroki dostęp do Internetu, więc postanowili założyć fundację, a podejrzewam, że Twoja mama jeszcze te 24 lata wstecz miała naprawdę bardzo utrudnione zadanie.

 BJ: No było trudno, natomiast wydaje mi się, że o wcześniakach nie mówi się z kilku powodów, być może dlatego, że jest to jakiś temat, mówię w dużym cudzysłowie „tabu”, trudny dla rodzin, ale z drugiej strony nie rozumiem dlaczego, jeśli mówi się np. o dzieciach głośno z zespołem Downa, o dzieciach z różnymi innymi problemami, dlaczego głośno nie mówi się o wcześniakach. Mam też takie poczucie, że gdzieś pokutuje w społeczeństwie takie myślenie, że wcześniak to jest ten gorszy.  Trochę gorszy, mam takie poczucie, ten inny, gorszy, urodził się za wcześnie, pewnie gdzieś się gorzej rozwija. I rzeczywiście takie przypadki pewnie się zdarzają, gdzie nie wszystkie dzieci z tego inkubatora wychodzą w pełni zdrowe, ale jest mnóstwo przykładów takich jak ja, gdzie moje życie było naprawdę zagrożone, a jestem zupełnie zdrowym, świetnie czującym się, rozwijającym się zawodowo mężczyzną. I wracając do tego od czego zaczęliśmy, to by wyglądało zupełnie inaczej, wiedza lekarzy była inna, sprzęt był inny. Mój 32. tydzień, 42 lata temu 32. tydzień to było poważne wyzwanie dla lekarzy. Teraz dzieci się rodzą naprawdę jeszcze wcześniej.

KN: W 24. tygodniu.

BJ: W 24. tygodniu potrafią się dzieci urodzić i lekarze z pomocą sprzętu, z pomocą leków, z pomocą swojej ogromnej wiedzy, którą cały czas rozwijają są w stanie takiego wcześniaka uratować, więc czasy się zmieniły i myślę, że należy odważnie mówić o wcześniakach, ponieważ to też daje energię i takie poczucie siły rodzicom, którzy mają wcześniaki.

KN: Bo zdarzyła się burza. W naszym życiu nagle coś się zmienia, mieliśmy powitać małego człowieka za trzy miesiąca, a witamy teraz, bardzo często nie mamy jeszcze zrobionych zakupów…

BJ: Właśnie, często nie jesteśmy przygotowani, to jest totalne zaskoczenie, gdzie u mojej mamy po prostu odeszły wody, nie było żadnych problemów ciąży, moja mama nie była kobietą leżącą, to nie była ciąża zagrożona, nie było żadnego problemu

KN: Czyli nie znamy powodów.

BJ: Nigdy mama o tym nie mówiła. Po prostu w pracy, któregoś dnia odeszły jej wody, została wezwana karetka, przyjechała karetka. Pamiętam jeszcze taką historię, którą mama mi opowiadała, że jak się rodziłem, to bardzo kierowcy karetki, lekarzom w karetce zależało, żeby moja mama nie urodziła w karetce, bo oni już wiedzieli, że jestem wcześniakiem. Zależało im na tym, żeby dowieźć mnie do szpitala. Niestety droga, którą jechali nie była zbyt prosta. Może i prosta była, ale miała dziury, więc ten kierowca robił wszystko, żeby ta karetka jechała jak najpłynniej, żeby było jak najmniej wstrząsów, żeby po prostu nie przyspieszać tej akcji porodowej, więc do mojego bezpiecznego dojazdu do szpitala przyczynił się również kierowca karetki, który prowadził samochód tak żebym nie urodził się w karetce, bo nie wiadomo co by się stało, gdybym w tej karetce na trasie do szpitala się urodził.

KN: Ja się uśmiecham, dlatego, że wtedy to mogła być naprawdę tragedia, ale teraz to wiesz, że to brzmi jak taki scenariusz z filmu.

BJ: Wyobrażam sobie karetkę neonatologiczną. W ogóle kiedyś nie było karetek neonatologicznych.

KN: I to były duże fiaty albo polonezy.

BJ: Tak, duże nyski takie albo te takie małe Fiaty Polonezy. Teraz to są karetki neonatologiczne wyposażone w najnowocześniejszy sprzęt. Jeżeli mama urodzi w karetce, jest taka szansa, że dziecko od razu dojeżdża do szpitala w inkubatorze, zresztą te karetki transportują dzieci ze szpitala do szpitala. Jest to zupełnie, to jest mniej więcej tak jak oglądanie czarno białego filmu z Charlie Chaplinem i przerzucenie się na Władcę Pierścieni, albo np. Gwiezdne Wojny, ale już te ostatnie wersje, gdzie mamy totalną komputeryzację. To jest mniej więcej tak, jak przerzucenie się z czarno białego telewizora na kolorowy.

KN: Bartku, a wiesz ile byłeś w inkubatorze, ile byłeś w szpitalu?

BJ: Myślę, że około miesiąca, ponad miesiąc byłem inkubatorze. Dokładnie nie pamiętam, nigdy o to mamy nie pytałem. Zresztą widzisz to też jest tak, że szczerze, mama mi też nigdy bardzo dokładnie tego nie opowiadała i ja też nigdy nie pytałem. Nigdy nie było między nami takiej rozmowy, że usiedliśmy, zaparzyliśmy sobie herbatę i wieczorem mama mi wszystko opowiedziała jak to było, dlaczego jej wody odeszły, kiedy. Znam to tak wyrywkowo jak Ci opowiadam, a tutaj karetka, a tutaj właśnie ich Ekshibicjonista w szpitalu, a tutaj jak jadłeś, także nigdy nie rozmawiałem z mamą tak bardzo dokładnie na ten temat.

KN: Rozmawialiśmy przed nagraniem o tym, że mało się mówi o wcześniakach. My się znamy już kilka lat, a ja też dopiero dowiedziałam się niedawno, że jesteś wcześniakiem i dlatego powstał ten program, dlatego bardzo mi zależało żebyś z nami był, bo musimy więcej i częściej mówić o wcześniakach.

BJ: Mam wrażenie, że wcześniej tak się nie mówi. Jeżeli mam być zupełnie szczery, to kiedy zadzwoniłaś do mnie i zaprosiła do programu mówię „O, Fundacja Wcześniak, fajnie”, ale szczerze, byłem święcie przekonany, że to jest nowa fundacja, która dopiero teraz pojawiła się na rynku i zajęła się wcześniakami. Kiedy dowiedziałem się, że fundacja wcześniak ma 18 lat. Mówię: „Wow, ja o takiej fundacji nie słyszałem”,  a myślę że jest ważne żeby wspierać rodziców. Ja nie jestem specjalistą, nie jestem psychologiem, nie jestem neonatologiem, nie mam nic wspólnego z oddziałami położniczymi, ale mam gdzieś takie głęboko wewnętrzne przeczucie, że dawanie takiej dobrej energii rodzicom wcześniaków pozwoli wcześniakom szybciej dojść do zdrowia. Mam takie poczucie, że to dziecko leżące w plastikowym pudełku w inkubatorze czuje. Czuje, który to jest dotyk położnej, czuje, który to jest dotyk matki, czuje energię matki. Więc ja zawsze mówię, że miałem okazję kilka razy rozmawiać z rodzicami wcześniaków, zresztą przeżyłem bardzo ciężkie chwile, ponieważ kiedyś w szpitalu w Poznaniu na ulicy Polnej przygotowaliśmy materiał o Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. Trafiliśmy na neonatologię, zobaczyłem te maluszki w tych inkubatorach. To takie ogarnęło mnie wzruszenie, ale był też tam taki bardzo trudny moment, gdzie zobaczyłem rodziców przy inkubatorze. I rodzice byli zapłakani, bardzo smutni i pomyślałem, że to dziecko to czuje. Pomyślałem sobie, że zgrzytajmy zębami, rzucajmy szklankami, płaczmy, pytajmy Boga „dlaczego moje dziecko a nie inne” w domu. Jak wchodzimy do szpitala, jesteśmy przy inkubatorze nawet gdybyśmy mieli trochę grać, starajmy się uśmiechać, dawać dobrą energię, bo dziecko to czuje. I wydaje mi się, że jak czuje dobrą energię od rodziców, to bardziej mu się chce.

KN: Ja często rozmawiam tutaj zazwyczaj z mamami wcześniaków i one opowiadają, że są zestresowane tym, żeby dotknąć dziecko, sprawdzają czy nie mają za zimnych dłoni i zawsze kończymy rozmowę w ten sposób, że warto siedzieć przy tym inkubatorze, jeśli można dotknąć – to dotknąć, jeśli można kangurować – to kangurować, ale jeśli nie można wyjąć maleństwa z inkubatora, to można zawsze poczytać bajkę.

BJ: Pośpiewać, poczytać bajkę, po prostu pomówić. To jest tak, że możemy opowiadać, tak: „Siedzę przy inkubatorze, jestem twoją mamą, mamusia jest tutaj, a na dworze świeci słońce”, opowiadać, bajki czytać. Nie rozumiem czym dziecko w inkubatorze miałoby się różnić od dziecka w brzuchu. Skoro kobieta jest w ciąży i mąż, tata potrafi przykładać ucho, pukać w brzuch, mówić do tego brzucha, zresztą podobno są takie teorie, że dziecko rozpoznaje głosy i łatwiej wtedy przekonuje się do taty, szybciej lgnie do tego taty, jak tata do tego brzucha mówi, bo dziecko zna głos. Czym to by się miało różnić od dziecka w inkubatorze, dokładnie tak samo, jeśli lekarze pozwalają, jeśli można wejść na oddział, jeśli można spędzić czas z dzieckiem. Ja myślę, że to też na tych oddziałach, gdzie można, to też ułatwia sprawę lekarzom. Tych inkubatorów jest wiele, te oddziały mają wielu małych pacjentów i oczywiście tam jest wspaniały personel, ale trudno, żeby od każdego lekarza i każdej pielęgniarki wymagać, żeby to małe dziecko traktował jak swoje i spędzał z nim cały czas, bo on ma jeszcze innych pacjentów, którymi się musi zaopiekować, więc wydaje mi się, że jeśli jest taka możliwość, to jest to też odciążenie lekarzy, żeby usiąść przy inkubatorze, posiedzieć z dzieckiem, pobyć z nim, w razie czegoś się coś dzieje, dziecko się rozpłacze, zawiadomić lekarza, że coś się dzieje. Oczywiście nie wszędzie można.

KN: Ale też budujemy tą więź, nie tracimy kontaktu z dzieckiem.

BJ: Tak, a ten kontakt jest zupełnie ważny, to jest to o czym mówiłem, ja w swoim dorosłym życiu, mam 42 lata, kolejny raz podkreślamy, ale mam takie poczucie, że gdzieś mi coś zostało zabrane, że została mi zabrana ta taka więź z mamą. Co prawda więź z mamą mam dobrą, bardzo się kochamy, ale myślę, że te pierwsze dni, to położenie po porodzie na ciało matki, ten oddech matki, ta pierś mamy zamiast plastikowego smoka i sztucznego mleka to jest coś, co my wcześniaki tracimy, my już tego nigdy nie odzyskamy, bo to są chwile, które się przeżywa raz w życiu, już nigdy więcej do tego nie wrócimy i potem w jakiś sposób w dorosłym życiu staramy się to nadrabiać.

KN: Bartku, ale ja specjalnie zaprosiłam Cię do odcinka, który będzie wprowadzał w taką świąteczną atmosferę, dlatego że wiedziałam, że twoja historia skończyła się dobrze. Niejednokrotnie rozmawiam z rodzicami wcześniaków, których historie nie potoczyły się tak…

BJ: Jak chcieli, jak sobie wymarzyli.

KN: Tak dokładnie, ale u Ciebie ja nie muszę opisywać, wystarczy spojrzeć, że wcześniakiem jest się całe życie, ale to nie znaczy, że skutki wcześniactwa będą z nami przez całe życie. Ty jesteś zdrowy, rozwijasz się zawodowo, prywatnie szczęśliwy, zdrowy chłopak.

BJ: Wiesz co, to też to się wszystko działo w czasie dorastania. To było tak, że jako chłopiec, mały chłopiec też odczuwałem to, że byłem wcześniakiem, to nie było tak, że mama mnie wyniosła w beciku ze szpitala, lekarze powiedzieli „OK można wyjść, dziecko już jest w porządku” i właściwie wszystko było wszystko było OK. Nie, miałem np. poważne problemy z jedzeniem. Co nie zjadłem, to jako cztero-, pięcio-, sześciolatek od razu zwymiotowałem.

KN: I ja znam tę historię.

Tak, od razu zwymiotowałem i do pewnego momentu można było z tym walczyć, a w pewnym momencie po prostu było to irytujące i denerwujące. To jest mniej więcej tak, jak za każdym razem przy ubieraniu dziecko urządza nam awanturę.

KN: Tylko wiesz Bartek, teraz jak mówimy o tym, że to co zjadłeś to zwymiotowałeś, to od razu mówimy „refluks”.

BJ: Tak, refluks wcześniaka. Kiedyś czegoś takiego nie było, więc moja mama od razu myślała, że mam problemy z wpustem do żołądka i w pewnym momencie już była tak zdesperowana, a z drugiej strony tak wściekła, że – to jest też historia, która krąży u mnie w domu – zdenerwowana wzięła mały, drewniany stołeczek. Ten stołek wsadziła do wanny, mnie w wannie na ten stołek i mówi „A masz, a teraz jedz i rzygaj do woli” i mnie karmiła tą łyżką, a ja łykałem, łykałem, zjadłem i nie było żadnego problemu. Bardzo dużo chorowałem jako dziecko. Chorowałem, przeziębiałem się, pamiętam wysokie gorączki, pamiętam lekarzy przyjeżdżających, bardzo dużo zastrzyków się nadostawałam jako dziecko. Kiedyś to się ładowało w tą małą pupinę tą penicylinę. Pamiętam, że bardzo na uszy chorowałem, głównie u laryngologa przesiadywałem. Pamiętam, miałem taką czerwoną czapeczkę z pomponikiem, zawsze kompres mi mama robiła na ucho i tak siedziałem z temperaturą w tej czerwonej czapeczce. Miałem też misia, wielkiego misia, który niesamowicie pachniał penicyliną, ponieważ – wylądowałem jako prezenter pogody, a ja chciałem być lekarzem – jak nie histeryzowałem i nie krzyczałem przy zastrzyku, to zawsze na tyle na tyle ile można było pani pielęgniarka, która przyjeżdżała na zastrzyk zostawała mi tam igiełkę, strzykawkę i tam resztkę tej penicyliny.  No i ja ładowałem w tego misia.

KN: Robiłeś zabiegi.

BJ: Ładowałem zastrzyki, więc misiu pachniał penicyliną. Pamiętam też, że miałem taką wspaniałą panią, nawet pamiętam imię, Ida miała na imię, pani pielęgniarka, która robiła mi zastrzyki. Zaczynała robić zastrzyk, ja zaczynałem krzyczeć, a ona krzyczała razem ze mną, więc krzyczeliśmy, płakaliśmy we dwójkę. No i tak krok po kroku, miesiąc po miesiącu, rok po roku jakoś to się wszystko tak ułożyło, że jest OK.

KN: Bartek, a ja Cię namówię na to, żebyśmy pokazali naszym widzom takiego małego Bartka? Mamy jakieś zdjęcia jak byłeś maluchem?

BJ: Wiesz co, takim maluchem z inkubatora nie.

KN: Podejrzewam, że wtedy można było.

BJ: Ale mam takie zdjęcia, trzy czy cztery zdjęcia takie z mamą, tatą i z babcią, mojej mamy mamą. Mam takie czarno białe zdjęcia, które rodzice mi zrobili, mam je do dzisiaj, mam je w swoich zdjęciach w telefonie komórkowym. Na tych zdjęciach nie wyglądam jak wcześniak, już jestem taki wyżyłowany, odkarmiony. I nawet jak kiedyś był właśnie Międzynarodowy Dzień Wcześniaka wrzuciłem to czarno białe zdjęcie i ktoś skomentował na moich mediach społecznościowych „To tak wygląda wcześniak?!”

KN: Za dobrze wyglądałeś.

Tak, ale to już było sporo, sporo po odejściu ze szpitala. Zresztą ja bardzo szybko zacząłem też dochodzić do siebie. Ta waga po urodzeniu spadała, a potem systematycznie ona gdzieś rosła, więc szybko mnie mama odkarmiła.

KN: Ja tutaj korzystają z okazji, że mam Cię przed kamerą śmiało powiem, że zapraszam Cię do bycia ambasadorem Fundacji Wcześniak, bo wydaje mi się, że nie ma lepszej pomocy dla rodziców wcześniaków, jak usłyszeć historie innych rodzin.

BJ: Wiesz co, powiem Ci, że to jest trochę tak, jak z rodzicami dzieci, które chorują na choroby onkologiczne. Miałem kilka razy okazję być w swoim życiu na oddziałach onkologicznych i zazwyczaj te dzieci nie potrzebują odwiedzin. Są dzieci, które tam siedzą kilka miesięcy, przygotowują się do przeszczepu szpiku. One potrzebują energii, potrzebują ludzi, ale są też takie dzieci, które są w takim stanie, albo aktualnie po przeszczepach, czy przed samymi przeszczepami, gdzie one potrzebują ciszy, spokoju, żeby nie bolało. Z nimi w tych szpitalach są rodzice i ja czasami miałem takie poczucie, że ja tam jestem w tych szpitalach bardziej dla rodziców niż dzieci. Nie zapomnę takiego momentu, kiedy usiedliśmy sobie na oddziale normalnie oparci pod ścianą, na podłodze z dwójką rodziców i tak sobie najzwyczajniej w świecie po prostu porozmawialiśmy. Z jednej strony odcięliśmy się trochę od tej szpitalnej rzeczywistości opowiadając o różnych rzeczach. Z drugiej strony, to był taki trochę powiew dobrej energii. Myślę, że z rodzicami wcześniaków jest tak samo, oni potrzebują oderwania się. Nie tego żeby zapomnieć o tym, że mają dzieci w inkubatorze, ale tego żeby zobaczyć, nie chcę powiedzieć „coś pozytywnego”, nie chcę powiedzieć „światełko w tunelu”, bo to strasznie głupio brzmi, ale dobrą energię, żeby nie tylko narzekać, żeby nie tylko mówić, że dziecko jest ciężkim stanie, w inkubatorze, nie wiadomo czy przeżyje, żyć cały czas tym stresem, tylko żeby choć na chwilę złapać oddech i zobaczyć, dobrze no może być pozytywnie no urodził się 26., 25., 27 .tygodniu, no ale skoro taki Jędrzejak urodził się 43 lata temu, gdzie medycyna nie była tak rozwinięta, to dlaczego ten profesor neonatologii, który jest specjalistą ma nie pomóc żeby moje dziecko było zdrowe.

KN: Znamy już Twoją historię od podszewki więc teraz chciałabym Cię prosić o to, żebyśmy razem złożyli życzenia świąteczne naszym widzom.

BJ: No tak, no mamy okres przedświąteczny, pewnie w domu, nie chcę powiedzieć jeszcze pachnie karpiem, bo karp będzie smażony dopiero pojutrze, ale myślę, że rodzinnych, wspaniałych świąt. Te święta w ogóle będą dziwne, bo nie wszyscy się pewnie spotkamy. Są te limity, ale życzę przede wszystkim zdrowia. Tak naprawdę, szczerze, od serca zdrowia, bo jak jest zdrowie, to potem się wszystko układa. Życzę dystansu do otaczającej rzeczywistości. Patrzmy czasami na życie przez różowe okulary i wszystkiego dobrego.

KN: To ja do twojego zdrowia dorzucę spokój.

BJ: Święty spokój.

KN: Tak jest. Do zobaczenia w kolejnym odcinku.

 


Poprzedni odcinek:

Pośpiesznym na świat – odcinek 16 – Zapraszamy do wypożyczalni