Fundacja wcześniak

Z zapisków rodzinnych

Magdalena Sadecka-Makaruk, mama 6-letniego Joachima z 29. tyg. i 4,5-letniego Jonatana z 38. tyg.

Frazeologia stosowana

Poniedziałek, 14 kwietnia 2008 r.

W poniedziałki jeździmy na zajęcia z integracji sensorycznej, zwanej przez Joasia i nas wszystkich – sybitacją. No i ponieważ wciąż trwa remont i przebudowa ul. Puławskiej w okolicach mojej pracy, to dojazd zamiast 15 minut zajmuje mi 30. Do tego akurat w poniedziałek Jonatan musiał dokończyć bardzo ważny rysunek, który malował hamastrami (flamastry po ichniemu), a Joaś pokazać mi nowe skarby w swojej szufladce z marynarzem, w której znajdują się m.in. takie rarytasy jak: zepsute pióro pani Asi (wychowawczyni grupy Joasia, czyli Zajączków), cekinek od sukienki jakiejś dziewczynki i mapa piratów, którą narysował z kolegą Mikim. No i wyjście z przedszkola zajęło nam nieco dłuższą, niż planowałam, chwilę. Więc pędzę, jak mogę, drogą konstancińską i retorycznie zadaje sobie i chłopcom pytanie: „Ciekawe, czy zdążymy na tę naszą sybitację?”. A na to odpowiada mi Jonatan, głosem pełnym wewnętrznego spokoju i niezmąconej pogody ducha:

– Nie martw się Mamo, trzymam kciuki za zębami, na pewno zdążymy. 
No i faktycznie, zdążyliśmy.


Słodkie lenistwo

Środa, 16 kwietnia 2008 r.

Nie wiem, czy to pogoda, czy niewyspanie, ale ledwo wróciliśmy do domu po przedszkolu, jak padłam nieżywa. Zdążyłam włączyć chłopcom grę „Pszczółka Maja” i poprosiłam, żeby dali Mamusi odpocząć, bo nie mam na nic siły. – Dobrze, dobrze – zapewnił mnie Joaś. – Możesz sobie poleżeć. Włóż sobie szlafroczek – dodało nawet moje troskliwe dziecię. – My sobie pogramy, a Ty sobie poczytaj. No to nie czekając na ewentualną zmianę zdania, szybko skorzystałam i zaległam na łóżku, zatapiając się w artykule z „Twojego Stylu”. Nie wiem, czy minęło 5, czy może nawet 8 minut, jak usłyszałam:
– Mamo, może zrobimy ciasto? – zapytał z zachętą w głosie Joaś.
– O nie, nie dzisiaj Syneczku, nie mamy śmietany – wybrnęłam jakoś.
– No to może coś innego z Twoich przepisów, do czego nie trzeba śmietany? – zachęcał starszy.
– Nie, Joaś, naprawdę dzisiaj nie mam siły – bronię się, jak mogę, przed dodatkową robotą kuchenną.
– Hm? To może coś byśmy zjedli – proponuje. – Popatrz Mamo, jakie mamy puste brzuszki – mówi, wciskając okolice jelit na znak panującej tam pustki.
– No właśnie, mój tez jest puśty – wtóruje mu brat.
– To może zrobimy budyń – proponuje Joaś. – Ja pomieszam z mleczkiem. Może śmietankowy?
– Ja kcę cekoladowy – podkreśla młodszy.
Tia. No to se poleżałam.


Barek na kółkach

Piątek, 25 kwietnia 2008 r.

Otóż od pewnego czasu zauważyłam, że moje dzieci zrobiły sobie z samochodu taki jeżdżący na kółkach, przenośny barek. Codziennie rano wynoszą z domu stertę jedzenia (typu paluszki, krakersiki, rogaliki chipity z nadzieniem kakaowym), a do tego różne wody smakowe, których ostatnio są wielbicielami i inne smakołyki w stylu kakao w kartoniku lub żelki, mentosy czy obowiązkowe już tik-taczki, których zażywanie Jonatan poleca, mówiąc, że na wszystko pomogą – od głodu po ból brzuszka.

Dzisiaj dla odmiany zajadali się obwarzankami, pysznymi skądinąd, więc co chwila wpraszałam się, aby któryś z Synków mnie poczęstował. Najpierw dostałam jednego od Joachimka, więc w podziękowaniu powiedziałam, że ma dobre serduszko. Już po chwili dostałam kolejnego od Jonatana, który dając mi obwarzanka, podkreślił, że to od niego. Więc też powiedziałam, że ma dobre serduszko. No i tak minęło parę kursów, popartych miłą wymianą zdań i wzajemnych uprzejmości. Po czym Joaś poprosił Jonatana, aby go teraz poczęstował, bo jego obwarzanki już się skończyły. Na co usłyszał:
– Nie, nie dam Ci, bo mam już mało. Tyrko tsy – stwierdził dobitnie młodszy brat.

No więc się wtrąciłam i nawiązując do poprzedniej konwersacji, łagodzę sytuację, mówiąc, że na pewno Jonatan podzieli się z Joasiem, bo przecież ma dobre serduszko. A na to usłyszałam w odpowiedzi:
– Nie, Mamo, teraz mam już złe serduszko i się nie podzielę. 
No i idyllę szlag trafił.


Podsumowanie

Wtorek, 29 kwietnia 2008 r.

Wracaliśmy sobie radośnie z przedszkola, pełni zgody i dobrego humoru, miło gawędząc i jak zwykle podjadając to i owo. Ale ledwo weszliśmy do domu, czar prysnął i się zaczęło:

– Mamo, włącz mi kompjuter, ja chce gjać w pijatów!
– A ja chcę w Zig Zaca!
– Nie, nie w Zig Zaca, tylko w pijatów!
– Mamo, powiedz mu, żeby nie siadał na fotelu, bo ja tu siedzę!
– Nie! Ja! Ja nic nie widzę!
– Nie pchaj się, bo jest mi ciasno!
– Ja chce pijatów!
– A ja Zig Zaca!
– Oddaj mi myszkę, ja gram pierwszy!
– Nie, ja!
– Ja!
– Mamo, on mi zabiera myskę, zabierz go stąd!

No i wtedy wrzasnęłam i powiedziałam, że jak się nie uspokoją, to to, i to, i jeszcze to. Na co moje starsze dziecko konspiracyjnym szeptem, który niestety słyszałam, powiedziało do młodszego brata:

– Taka była miła, a teraz na nas krzyczy, nie?
– To pjawda – skwitowało młodsze.

No to mnie podsumowali, nie ma co.