Fundacja wcześniak

Wojciech Kułakowski

31. tydz., 1050 g, 44 cm, 16.08.2010 r.

Witam!

Jestem mama Wojtusia ur. 16.08.2010 r. w Toruniu w 31 tc., z waga 1050 g, 44 cm, Apgar 4/6/6/7. Był taki malutki, pełno kabelków i respirator oraz monitor, patrzeliśmy na to z pełnym przerażeniem, lekarze zadali nam pytanie, czy mamy dziecko w domu i czy jest zdrowe? My odpowiedzieliśmy, że tak jest i jest zdrowe tylko ma astmę, a pani doktor na to, że to nie będzie zdrowe, będzie chore, bo ma wylew krwi do  głowy. Zaczęła opisywać, jaka część głowy jest zalana, a my z przerażeniem patrzyliśmy, o co jej chodzi? Te wylewy mogą spowodować wodogłowie albo ujawnić w ciągu 2 lat dziecięce porażenie mózgowe. Mało tego, jest to dziecko z hipotrofii wewnątrzmacicznej, za małe do wieku ciążowego i to dziecko jest urodzone w zamartwicy!

Szok, zero jakiegokolwiek pocieszenia i wytłumaczenia.

Wojtuś był karmiony przez sondę od 3. dnia po urodzeniu, ja wyszłam w 5. dobie do domu, a on został jeszcze. Powiedziano nam, że nie musimy osobiście mleka wozić, może to być ktoś znajomy, bo ja ściągałam pokarm i woziłam, a do szpitala miałam 60 km. Powiedziałam, że będziemy przywozić ten pokarm sami, by chwilkę pobyć z dzieckiem.

Przybierał dobrze i miał się coraz lepiej, aż do 26 sierpnia, gdy wyjęto go z inkubatora, ważył tylko 1320 g. Dla mnie to on był za mały, by go wyjmować, ale lekarze tak zadecydowali i już 27.08 był chory. Weszłam na oddział i nie było go na sali z łóżeczkami, nogi mi się ugięły, pani doktor mówi, jak gdyby nic, że nie poradził sobie z otoczeniem szpitalnym i bakteriami, brzuszek miał duży, leżał znowu w inkubatorze, miał pełno kabelków i monitory monitorujące kolejne bezdechy. Pani doktor mówi, że 10 dni „głodówy” i może będzie dobrze, zaczęły się bezdechy i coraz więcej aparatury i kabelków. 30.08 stracił przytomność, pękło mu jelito, zadzwoniłam i powiedzieli, że czekają na wyniki, ale za chwilę kazali nam przyjechać pilnie, bo musi dostać krew i jedzie do Bydgoszczy na operację, stan bardzo ciężki.

W Bydgoszczy w szpitalu uniwersyteckim im. Jurasza wieczorem miał operację. Jeszcze przed operacją anestezjolog stwierdziła, że jak dziecko ma wylewy krwi do mózgu 4 st., to co my chcemy osiągnąć, powaliło mnie to na kolana. Pan chirurg opisał nam, jak będzie wyglądać operacja i ile jelita wytną, bo może być to dużo i dziecko będzie żyło na kroplówkach, ale okazało się, że tylko 3 cm wycięto i dostał stomię. Czekaliśmy długo na poprawę stanu jego zdrowia, ale zaczęło być dobrze z brzuchem, to płuca były bardzo słabe, bo posocznica gronkowcowa osłabiła je. Cały czas był na respiratorze.

24.09.2010 został przewieziony do szpitala im. Biziela i znowu przyjechaliśmy, bo mówią nam, że dziecko od wczoraj leży bez dokumentacji medycznej, bo go tak przywieźli, a dokumentów brak, a ma dostać krew, bo ma silną niedokrwistość! Tego było już za dużo, wybuchłam i pytam się, czy to dziecko ma pecha, czy co? Ja żadnych wpisów nie mam, bo to wszystko z nim jeździ. Po paru chwilach dokumenty się znalazły, dojechały do tego szpitala, 3 października został wyjęty z inkubatora, mogłam go wziąć na ręce i nakarmić butelką, potem zaczął ssać pierś i tak dorosnąć miał do 2600 g, aby można mu było zespolić jelita. Retinopatia 2. st., ale poprawiał się stan i obyło się bez operacji.

Wojtus ssał pierś, jak tylko mogłam, to jechałam do szpitala, okazało się, że mu przepuklina wyszła przy przetoce, a i to że dziecko od 30.08.2010 ma cały czas szwy, które wrosły, bo to już był prawie 2 miesiąc, dopiero łaskawie mu je zdjęli. Płacz niemiłosierny, ja nie mogłam na to patrzeć, mąż wyszedł i 25.10.2010 pojechał z powrotem do Jurasza, by czekać na zespolenie. 03.11.2010 odbyła się operacja, podczas której okazało się, że wystąpiły komplikacje, bo grube jelito zrosło się  i trzeba czekać, aby to się zagoiło 10 dni i teraz miał apendikostomię, czyli z wyrostka robaczkowego. Nie ma chyba gorszego widoku, jak patrzenie na cierpiace dziecko. Wreszcie udało – 26.11.2010 nastał szczęśliwy dzień i Wojtek wyszedł do domu!

Był to naprawdę szczęśliwy dzień, córka  miała urodziny 01.12.2010 r. Babcia i Dziadek przyjechali zobaczyć wnuka i na torcik urodzinowy. 02.12.2010 rano Wojtek całą noc słabo jadł i rano był bardzo chory i odwodniony i po konsultacji z Bydgoszczą kazali nam udać się do szpitala w Brodnicy, bo tu mieszkamy i tu miał dostać karetkę, aby przewieźć nas do Bydgoszczy. Tak się nie stało, bo tutejsi lekarze leczyli go na wirusa, bo w worku z apendikostomii była woda, zamiast gęściejszej treści stolec. Miał wymioty, dostał leki na wirusa grypy żołądkowej, stękał i tylko na brzuszku chciał leżeć, mówiłam lekarzom, że go boli, bo mu wodniaki w miosznie się powiększyły, były ogromne, moszna zrobiła się granatowa, a oni na to, że ja się nie znam, smektę dostał, to wymiotował. Z 05.12.2010/06.12.2010 wymiotował całą noc, żaden lekarz nie zajrzał, co u nas się dzieje, tylko pielęgniarka pytała się, czy mam w co go przebrać, rano był taki słaby, a usg wcześniejsze wykazało, że ma zaleganie mas kałowych. Tłumaczyłam, że coś jest nie tak, a oni swoje. Wreszcie zaczęło się coś dziać i łaskawie zrobiono badania i zawieźli nas na konsultacje do Grudziądza, a potem do Bydgoszczy.

Lekarze tam zaczęli odbarczać te jelita lewatywą, już nie mógł nic dostać jeść, całą noc chodzili, czy nie trzeba będzie już operować i czy jelita nie popękały, bo te lekarstwa zapchały całkiem jelita. było już dobrze, ale zaczęło się coś znowu dziać. 20 grudnia mówiono, że na święta pójdziemy do domu, może w wigilie, ale po zrobieniu badań 21.12.2010 Wojtus kolejny raz poszedł na stół operacyjny. Okazało się, że były ogromne zrosty i znowu czekanie 10 dni, czy się uda, bo ma dodatkowe zespolenie jelita cienkiego z grubym. Po drodze 2 razy jeszcze po morfinie zasłabł. Udało się, 6 stycznia dostał znowu moje mleko, no i 13.01.2011 poszliśmy do domu.

To jest szczęśliwy dzień, rozpoczęła się rehabilitacja, liczne kontrole, ale Wojtuś zaczął przybierać 1400 g na miesiąc, bo jak wychodził, to ważył 3385 g.

Teraz skończy 13 miesięcy, zaczyna chodzić, a rehabilitacja trwała od marca do końca lipca. Jest uroczym i bardzo pogodnym dzieckiem. Nie choruje, tylko tam taki katar czy kaszelek zwalczamy inhalacjami i syropkami.