Fundacja wcześniak

Wojciech Bryś

34. tydz., 1790 g, 49 cm, 6.11.2010 r.

Cud narodzin naszego Synka był niespodziewanie poprzedzony nagłym odejściem wód płodowych. Stało się to w piątek 5 listopada 2010 r. wieczorem, a już następnego dnia w sobotę Wojtuś był na świecie. Nic nie wskazywało na taki bieg wydarzeń… Do tej pory cała ciąża przebiegała bez jakichkolwiek zakłóceń… Na szczęście cała wyprawka była już gotowa, z wyjątkiem… torby do szpitala J Dzidziusiowi tak spieszyło się na świat, że urodził się w 34. tygodniu ciąży. Ważył zaledwie 1790 gramów. Do samego końca nie znaliśmy płci dziecka. Tak właśnie razem z mężem chcieliśmy. Imiona jednak mieliśmy wybrane zarówno dla chłopca, jak i dla dziewczynki. Razem z mężem bardzo lubimy niespodzianki, a można powiedzieć, że Wojtek zapewnił nam je w nadmiarze od pierwszych sekund swojego ziemskiego życia…

Liczyłam bardzo mocno na to, że będę mogła przytulić Wojtka zaraz po narodzinach, choć na chwilkę do piersi, niestety nie było nam to dane… mimo swoich 9 punktów w skali Apgar powędrował prosto do inkubatora, natomiast mój odpoczynek po porodzie siłami natury nie trwał długo. Po niespełna dwóch godzinach o własnych siłach byłam już przy synku i przez szybkę w inkubatorze mówiłam mu, jak bardzo go kocham.

Pomimo przedwczesnego porodu nic nie wskazywało na poważniejsze komplikacje zdrowotne Wojtka. Wiedzieliśmy, że synek będzie musiał zostać w szpitalu dłużej ode mnie, nie przypuszczaliśmy, że sprawy skomplikują się aż tak bardzo. W dniu mojego wyjścia ze szpitala, tj. w czwartej dobie po porodzie, lekarka poinformowała nas, że w badaniu USG główki Wojtka stwierdzono krwawienie dokomorowe III stopnia. L Niezwykle trudno było nam to przyjąć do wiadomości. W kolejnym badaniu USG komory były coraz większe i wciąż się powiększały. Niestety zarówno my, jak i lekarze nic nie mogliśmy zrobić… pozostało nam tylko cierpliwe oczekiwanie na to, co przyniosą kolejne dni. Dla duchowego wsparcia i zapewnienia Wojtusiowi opieki dobrych Aniołków postanowiliśmy ochrzcić synka jeszcze w szpitalu. Pomimo tego że Wojtek karmiony był od samego początku przez sondę, nie zraziło mnie to i każdego dnia trzykrotnie odciągałam mleko dla synka w szpitalu w kuchni mlecznej. Nie zapomnę, kiedy pierwszy raz Wojtek przez sondę otrzymał moje mleko, była to zawrotna ilość 3 mililitrów!!! Dopiero po dwóch tygodniach nastała dla mnie bardzo ważna chwila… po raz pierwszy mogłam nakarmić Wojtka z butelki własnym mlekiem, wziąć go na ręce i przytulić do siebie. Nie zapomnę tego momentu do końca życia!

W szpitalu każdy dzień był bardzo podobny do poprzedniego, a my nie mogliśmy doczekać się, kiedy Wojtek pojawi się w domu. Przybierał regularnie na wadze i trenował umiejętność ssania, cały czas jednak tylko przez smoka w butelce. Tata powtarzał Wojtkowi każdego dnia, że najważniejsze o czym musi teraz pamiętać, to oddychanie, że po każdym wdechu musi być wydech i odwrotnie J Od samego początku nasz synek był bardzo spokojny i nie płakał, co zostało mu do dnia dzisiejszego. Płacz w wykonaniu Wojtka oznacza przeważnie głód, ewentualnie zmęczenie… a w ostatnich dniach pierwsze ząbki J

Ostatecznie po miesiącu leżenia w inkubatorze Wojtek nareszcie poznał swój dom… byliśmy bardzo wzruszeni i szczęśliwi zarazem. Perspektywa pierwszych Świąt Bożego Narodzenia spędzona wspólnie z naszym Skarbem dodawała nam wszystkim sił.

Zdawaliśmy sobie jednak sprawę z tego, że czeka nas bardzo dużo pracy. Jednym z najważniejszych zaleceń dla Wojtka, jakie dostaliśmy, było to, żeby systematycznie rehabilitować Maluszka i regularnie udawać się z nim do rozmaitych poradni i lekarzy specjalistów, żeby cały czas mieć kontrolę nad jego stanem zdrowia. Od samego początku pobytu w domu  Wojtek jest ćwiczony kilka razy dziennie zarówno przez rehabilitantów, jak i przez nas samych.

Poza tym nie ma praktycznie ani jednego tygodnia bez wizyty u lekarzy specjalistów. Dzięki tym wszystkim zabiegom i staraniom Wojtek dzielnie „goni” w rozwoju swoich rówieśników urodzonych o czasie. Jest bardzo pogodnym dzieckiem, powoli uczy się siadać i przymierza się do pełzania, a może nawet i do raczkowania… czas pokaże 🙂

W międzyczasie okazało się jeszcze, że wyniki badań krwi Wojtka są nieprawidłowe. Poziom hemoglobiny i żelaza był dużo poniżej normy, do tego stopnia, że trzeba było przetoczyć Wojtkowi jedną jednostkę krwi. Po przeprowadzeniu zabiegu Wojtek nabrał kolorów i stał się jeszcze bardziej ruchliwy niż do tej pory, a morfologia krwi wróciła do normy 🙂

W naszej walce o zdrowie Wojtka zawsze mogliśmy i możemy liczyć na wsparcie rodziny i pomoc ludzi dobrej woli. Cały czas wierzymy w to, że pomimo wszystkich zdrowotnych problemów Wojtuś wyrośnie na sprawnego i prawidłowo rozwiniętego chłopca. Będziemy go wspierać i pomagać mu ze wszystkich swoich sił.

Wreszcie na zakończenie chciałabym jeszcze dodać, że moje liczne próby przystawiania synka do piersi i odciągania mleka zakończyły się sukcesem… Wojtek dopiero po dwóch miesiącach odkrył, do czego tak naprawdę służy pierś i od tego czasu mleko mamy jest jego ulubionym pokarmem 🙂

—-

Kwiecień 2014 r.

 

Witajcie, to znów ja… Kilka dni temu Tata pokazał mi zdjęcia na stronie Fundacji Wcześniak i przeczytał całą moją historię słowami na papier wówczas przelaną. Aż chce się dziś powiedzieć – „Rety, jak ten czas szybko ucieka” – zwłaszcza z perspektywy 3,5-latka, bo tyle właśnie wiosen sobie liczę. Choć słyszę często – „ojej, jaki on malutki”, to i tak wiem swoje, że jestem już przecież dużym chłopcem.

Od czasu, kiedy pisał tutaj mój Tata, w moim życiu zmieniło się bardzo dużo… zacznę od tego, co w zasadzie najważniejsze… od mleka. Mleko od Mamy piłem prawie do drugiego roku życia. Piłbym pewnie jeszcze dłużej, ale Mamusia pewnego pięknego dnia oznajmiła, że… „mleko się skończyło”. Z pewną dozą podejrzliwości, ale jednak dałem wiarę tym słowom i przerzuciłem się na wodę oraz mleko takie samo, jak piją dorośli. Rodzice powiedzieli mi, że to jest mleko prosto od krowy. Póki co wciąż próbuję zrozumieć i wyobrazić sobie, jak to jest możliwe, że człowiek pije mleko od krowy?! 🙂

Jako dzielny 3,5-latek staram się korzystać z życia pełną piersią i czerpać z niego całymi garściami… już jakiś czas temu nauczyłem się chodzić, później nauczyłem się mówić i teraz poznaję tajniki języka polskiego. Czasami, a może nawet często, dziwię się i nie potrafię pojąć, dlaczego coś mówi się tak, a nie inaczej (choć na logikę wydawać mogłoby się, że ma być właśnie „inaczej”). 🙂

Moim ulubionym do niedawna słowem było „dlaczego?”, ale od czasu kiedy spostrzegłem, że zarówno moi rodzice, jak i ogólnie ludzie dorośli mocno głowią się nad znalezieniem odpowiedzi na (wydawać mogłoby się) proste pytania, dałem sobie spokój. Poczekam cierpliwie i jak już będę starszy, to sam sobie poszukam tych odpowiedzi. Jeśli dorośli nie wiedzą, to przecież już się pewnie nie dowiedzą i muszę radzić sobie sam! 🙂

Do moich ulubionych czynności należy zabawa, a zwłaszcza wszelkie jej odmiany związane z muzyką i graniem na instrumentach. Bardzo lubię grać na harmonijce. Mógłbym na niej grać i grać, tylko niekiedy muszę zrobić przerwę, bo robię się czerwony i tata woła… „oddech weź”. Przy zabawach muzycznych często jest wiele śmiechu. J Z innych zabaw bardzo interesuję się układaniem puzzli. Podobają mi się zwłaszcza te ze Świnką Peppą i z Kubusiem Puchatkiem. Jest to bardzo wciągająca zabawa i czasami trzeba się nieźle namęczyć, żeby dopasować do siebie poszczególne elementy.

Ostatnio odkryłem w sobie nową pasję, a mianowicie jestem domowym mechanikiem. Mam swój zestaw narzędzi, ale zdecydowanie wolę skrzynkę z narzędziami Taty. Kiedy nikt nie patrzy, po cichutku skradam się do szafy, jeszcze ciszej ją otwieram i z błyskiem w oku, a nawet dwóch oczach wyciągam narzędzia Taty. Rodzice nie wiedzą, że ja wiem, gdzie one są w domu położone i lepiej niech tak pozostanie. Nie muszą przecież o wszystkim wiedzieć. A teraz mój APEL do wszystkich czytających moją opowieść… CICHO SZA!!! Nic im nie mówcie, że wiem o narzędziach. W przeciwnym razie pochowają je przede mną i ciekaw jestem, kto wówczas będzie naprawy w domu wykonywał?! 🙂

Jeszcze jedną moją pasję jest słuchanie i oglądanie bajek i gazetek. Dzięki nim mój świat jest wciąż bardziej kolorowy i to z nich dowiaduję się wielu interesujących informacji, a moi książkowi przyjaciele są zawsze ze mną. Najwierniejszym spośród nich w ostatnim czasie stał się Koziołek Matołek. Wiem, że na niego mogę zawsze liczyć.

Jeżdżę z Tatą na różne zajęcia, gdzie wspólnie z „Ciociami” bawimy się w przeróżne zabawy, a czasami nawet wymyślamy zupełnie nowe. Dorośli mówią, że to rehabilitacja, ale ja nie lubię tego słowa, bo jest dla mnie zbyt skomplikowane do wymówienia. W każdym bądź razie chyba wszyscy są zadowoleni z postępów, jakie robię, bo często słyszę, że rozwijam się coraz lepiej i że będzie dobrze. Nie za bardzo póki co rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi, ale widzę często po zajęciach zadowolone i uśmiechnięte twarze moich rodziców, więc wiem, że to, co robię, jest dobre i właściwe. Mama i Tata mówią, że są ze mnie dumni, kiedy udaje mi się zdobyć jakąś kolejną nową umiejętność.

Muszę przyznać, że życie jest dla mnie fantastyczną Przygodą. Jestem szczęśliwy i choć napotykam wiele trudności i przeszkód, nigdy się nie poddaję. Staram się zawsze z optymizmem patrzeć w przyszłość. Dziś wiem już z całą pewnością, że z wszystkich, nawet najtrudniejszych sytuacji, trzeba starać się wychodzić obronną ręką, bo jest to możliwe, a zdobyte nowe doświadczenia należy wykorzystywać każdego kolejnego dnia. Jest to bardzo często trudne i pracochłonne, ale późniejsze efekty rekompensują cały wcześniejszy trud.

Póki co pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie. Bądźcie silni i nie poddawajcie się! Cieszę się, że mogłem podzielić się z Wami najważniejszymi informacjami dotyczącymi mojej Przygody! Jeszcze o mnie usłyszycie!!! 🙂

—-

Dzieje Wojtka ciąg dalszy…

Hop, hop, jest tam kto…? Poznajecie mnie? Mam już 5 lat, a właściwie 5 lat i 2 miesiące. Jestem dzielnym przedszkolakiem, rosnę jak na drożdżach i wciąż poznaję tajniki otaczającego mnie świata. To nadzwyczajne, jakie wszystko dokoła mnie jest ciekawe. Niekiedy jestem blisko odkrycia jakiejś tajemnicy, ale nie wiedzieć dlaczego, rodzice nie zawsze podzielają mój entuzjazm… zwłaszcza, kiedy robię eksperymenty podczas kąpieli. Od kilku dni na przykład jestem już o krok od stworzenia eliksiru szczęścia, ale mama zawsze wejdzie do łazienki w nieodpowiednim momencie. Ostatnio nakryła mnie, gdy mieszałem sól kuchenną z szamponem, a wcześniej gdy wyduszałem pastę do zębów do wody. Chciałem przecież tylko, żeby woda w wannie nabrała nadzwyczajnych właściwości. Mówię mamie często: „spokojnie, wszystko jest pod kontrolą”, ale nie wiedzieć dlaczego, kiedy to słyszy, wcale nie robi się spokojniejsza. Wierzę jednak, że kiedyś moje doświadczenia naukowe przyniosą pożądany efekt i stanę się poważanym w całym świecie naukowcem.

Nadal zadaję dużo pytań, jednak w tej kwestii nic się nie zmieniło. Dorośli tak, jak kiedyś, nadal nie znają odpowiedzi na wiele spośród nich. Ostatnio mój tata zrobił wielkie oczy, kiedy zapytałem go: „Dlaczego narysowałeś kółko do góry nogami?”.  Niby proste pytanie, a w odpowiedzi usłyszałem tylko ciszę i jedyne, co tata zrobił, to się do mnie uśmiechnął. Myślał chyba, że w ten sposób mnie udobrucha, ale nie ze mną takie numery. Za jakichś czas zapytam go o to samo ponownie, dam mu trochę czasu, żeby przejrzał kilka książek w poszukiwaniu

odpowiedzi. Niezmiennie doskonalę umiejętności społeczne. Uczę się współdziałać z rówieśnikami i współpracować z nimi przy wykonywaniu rozmaitych zadań w przedszkolu. Wśród kolegów i koleżanek czuję się naprawdę dobrze, bo znajdujemy razem wspólny język. Z dorosłymi natomiast różnie to bywa, bo nie zawsze mnie rozumieją. Czasami mam nawet wrażenie, że są z innej planety. Mówią niektórzy, że kobiety są z Wenus, a mężczyźni z Marsa. Czy to prawda? Nie wiem, nie znam się… ale wiem jedno, dzieci na pewno pochodzą z Ziemi. To do nas należy ta planeta!!! 🙂

Cały czas jeżdżę na różnego rodzaju zajęcia. Choć niekiedy najzwyczajniej w świecie nie mam na to ochoty, to tata zawsze przekona mnie, że warto jechać i faktycznie po zajęciach zawsze jestem zadowolony i cieszę się, że dałem się namówić. Większość tygodnia mam zaplanowaną, ale są również takie dni, w których mam całkowicie wolne. Wtedy oddaję się wyłącznie przyjemnościom, tj. bawię się, oglądam bajki, no i eksperymentuję. Najczęściej wieczorem, leżąc już w łóżku obmyślam swój autorski program, jak będzie wyglądał jutrzejszy dzień. Zazwyczaj zakłada on, że rano idę obudzić rodziców… nie potrafię jednak zrozumieć tego, że oni rzadko kiedy chcą się ze mną bawić przed godziną szóstą rano. Jest to dla mnie nie do pomyślenia, bo przecież zabawa jest najlepszym, co może człowieka w życiu spotkać. No, ale niestety nie każdy podziela moje zdanie.

Jak przystało na zodiakalnego skorpiona, staram się zawsze bronić swoich racji. Nie pojmuję tylko tego, dlaczego innym nie zawsze to pasuje, zwłaszcza rodzicom, którzy przecież też są skorpionami. Wiem, że celowo planowali, żebym urodził się w innym czasie niż skorpionowym, ale zrobiłem im psikusa i urodziłem się przed wyznaczonym czasem, żeby nie mieli łatwo, lekko i przyjemnie. Niech wiedzą, że nie tylko oni są uparci.

Cierpliwie dążę do obranego wcześniej celu. Małymi kroczkami osiągam określone plany i jestem bardzo szczęśliwy, gdy daję radę zdobyć coś, co do niedawna było dla mnie nieosiągalne. Kiedy byłem na turnusie rehabilitacyjnym i do ćwiczeń miałem drabinkę gimnastyczną, początkowo szło mi bardzo ciężko to, żeby odpowiednio ją wykorzystać, czy też żeby się po niej wspinać. Z czasem sprawiało mi to coraz mniej problemów, a teraz kiedy dziadek zamontował taką drabinkę w moim pokoju, mogę ćwiczyć, bawić się przy niej i wspinać się na nią do woli… wychodzi to już nawet całkiem zgrabnie. Dodatkowo wspomnę jeszcze tu tylko, że jeszcze ani razu z niej nie spadłem, choć kilka razy było już naprawdę blisko, uff (tylko nic nie mówcie moim rodzicom… oni nie wiedzą, że wspinam się także pod ich nieobecność)!!! Do sufitu mam jeszcze przymocowaną linę, więc z drabinki przechodzę często na tę linę i jestem wtedy tarzanem. Gdy huśtam się na linie, czuję się wolny jak ptak. Niesamowite uczucie… spróbujcie sami (po kryjomu, bo inaczej Wasi rodzice także pewnie się nie zgodzą). Oczywiście nie chciałbym nikogo sprowadzać na złą drogę, ale mam naturę wojownika (imię mnie do czegoś zobowiązuje) i buntownika (tata mówi, że mam to po mamie).

Dzięki mamie uczę się tego, w jaki sposób okazywać swoje emocje. Cieszę się, że wskazuje mi ona, że każda z nich jest właściwa i tego, żeby żadnej z nich nie tłamsić w sobie. Dzięki temu jestem szczęśliwy, bo umiem zarówno śmiać się i radować, jak również płakać i być smutnym, A co najważniejsze mam do tego prawo. Tak, jak i mam prawo do tego, by mówić, że coś mi się nie podoba oraz do tego, żeby otwarcie mówić o swoich pragnieniach. Ze swojego słownika jakiś czas temu wyrzuciłem słowo „muszę” i od tego czasu jestem spokojniejszy, działam bez presji i zbędnego napięcia i mam świadomość, że nie jestem zniewolony ciągłym „muszeniem”. To też daje pewną wolność. Spróbujcie zrobić tak samo, bo warto. Cieszę się także z tego, że rodzice wsłuchują się w to, co do nich mówię i choć nie zawsze spełniają moje prośby (mówią, że to ze względu na moje dobro i bezpieczeństwo), to współpraca między nami wygląda naprawdę obiecująco i co najważniejsze… wszyscy jesteśmy po tej samej stronie mocy!!! 🙂

Niedługo w przedszkolu będę miał balik. Nadal mam jeszcze pewne wątpliwości, w jaką rolę się wcielę. Z jednej strony chciałbym być rycerzem, ale z drugiej strony chciałbym być wojownikiem ninja. Zarówno rycerz, jak i wojownik ninja walczą o dobro tego świata. To zupełnie tak, jak ja… też chciałbym, żeby dobro zawsze zwyciężało. Wiem, że żeby ochronić dobro przed złem, potrzebny jest często upór i zawzięcie, ale jestem już dużym chłopcem i jestem gotowy na różne wyzwania. Mam tylko nadzieję, że cała moja drużyna zabawek stanie po mojej stronie i wspólnymi siłami zapewnimy bezpieczeństwo całemu światu. Tata zawsze powtarza, że to dlatego, że w swoim krótkim życiu przeszedłem już tak dużo, dziś nie są mi straszne żadne wyzwania.

Życie jest dla mnie nadal fantastyczną przygodą i każdego dnia próbuję je nieco okiełznać. Ono jednak nie daje za wygraną i każdego ranka zaskakuje mnie na nowo. Bardzo podoba mi się to, że nigdy nie wiem, tak do końca, co może przynieść mi kolejny dzień i czego mogę się po nim spodziewać. Tymi optymistycznymi wieściami na dziś będę kończył, ale wkrótce odezwę się znów, żeby opisać Wam relacje z mojego życia. Na zakończenie napiszę Wam moje credo – „Nie poddawajcie się, bo świat należy do nas!!!”.

 

Styczeń 2017

PIĘKNE JEST TO ŻYCIE!!!

Witajcie wszyscy! Jestem bardzo szczęśliwy i zadowolony, że znowu tu jestem, że znowu jest mi dane opowiedzieć Wam o mojej Przygodzie, o moim szczęśliwym życiu pełnym nieoczekiwanych zwrotów akcji. Jestem w nim głównym bohaterem i zazwyczaj mam to szczęście, że mogę odgrywać główną rolę, ale czasami zajmuję miejsce w tylnym rzędzie, żeby z dalszej perspektywy przypatrywać się wszystkiemu, co mnie otacza. Nadal uwielbiam robić różne eksperymenty, zwłaszcza po ostatniej Nocy Naukowców. Śmiało mogę powiedzieć, że podobnie, jak w ubiegłym roku, bycie odkrywcą i naukowcem jest tym, co w ciągu ostatnich 12 miesięcy fascynowało mnie najbardziej. Nie zawsze doświadczenia przynosiły spodziewany efekt, a niekiedy nawet zupełnie przeciwny do oczekiwanego, co nie zmienia faktu, że będę podejmował kolejne próby osiągnięcia coraz to wyższego poziomu umiejętności. Tata zapełnił całe wielkie pudło różnymi materiałami potrzebnymi do przeprowadzenia doświadczeń. W wolnych chwilach zaglądamy do książek, w których opisane są dokładnie poszczególne eksperymenty i wykonujemy te, na które mamy w danej chwili czas, siły i chęci.

Nieustannie zastanawiam się nad tym, kim zostanę, kiedy będę już dorosły?! W trakcie jednej z podróży oznajmiłem rodzicom, że skupię się w swoim życiu na czterech obszarach aktywności. Po pierwsze będę chemikiem, po drugie majsterkowiczem, po trzecie konstruktorem, a po czwarte (i to chyba jest to, na czym zależy mi najbardziej) będę…WOLNYM CZŁOWIEKIEM!!! Pracę nad osiągnięciem tego ostatniego rozwiązania, rozpocząłem już teraz, bo na naukę nigdy nie jest zbyt wcześnie. Dobrze, że mam oparcie w moich rodzicach, na których zawsze mogę liczyć.

Oprócz snucia planów na przyszłość, uwielbiam robić delikatne psikusy… tak już mam i raczej nie planuję tego zmieniać, bo dzięki temu życie jest bardziej kolorowe, jest pełne uśmiechu i niespodzianek. PIĘKNE JEST TO ŻYCIE! Uwielbiam się też śmiać, a do tego przydatne są też dobre żarty. Ostatnio wymyśliłem nawet jeden sam: pytam tatę: „Tato, a dlaczego słoń ma trąbę?". Tata po chwili odpowiedział mniej więcej tak… „???". No to nie pozostało mi nic innego, jak rozwiać wszelkie wątpliwości taty… „Bo nie jest żyrafą", hihihi, nieźle co? Jak na pierwszy raz! Będę próbował wymyślać kolejne dowcipy, a jeśli uda mi się to, wówczas na pewno podzielę się z Wami moimi pomysłami.

Zaczynam w coraz większym stopniu udzielać się też w kuchni. Lubię pichcić razem z mamą. Staram się podpatrywać, kiedy mama przygotowuje jakieś smakołyki. Jest wówczas szczęśliwa i mówi, że to jest jej żywioł. Dzięki niej nauczyłem się gotować kompoty. Mama nazwała mnie „kompotowym specjalistą". Nawet, jeśli coś mi się nie udaje, to nigdy się nie poddaję i podejmuję kolejne próby. Niekiedy nawet po jego ugotowaniu, rozlewam gotowy napój do kubków. Jest to bardzo ciekawy proces, móc spoglądać na napełniające się płynem naczynia. Potrafię też samodzielnie obrać i pokroić owoce potrzebne do kompotu. Najbardziej lubię kompoty z jabłek i z gruszek.

Pozostając przy kulinariach, to nie wiem, czy już Wam wspominałem, ale tym, co najbardziej lubię jeść, są naleśniki. Zazwyczaj przygotowuje je moja mama, a ja pałaszuję je później tak chętnie, że aż trzęsą mi się uszy. Jednak pewnego dnia było inaczej… Mama była wówczas razem ze mną w kuchni, ale zajmowała się czymś innym. Poprosiłem ją, żeby pomogła mi trochę, a ja spróbuję przygotować ciasto na naleśniki. Jak postanowiłem, tak zrobiłem i moje pierwsze w życiu ciasto na naleśniki było gotowe, a mama później dokończyła potrawę na patelni. Tata po zjedzeniu powiedział, że bardzo mu smakowało i że jest ze mnie dumny. To dla mnie bardzo ważne i niezwykłe, że czas spędzony w kuchni może być tak owocny i zarazem tak bardzo może zbliżać do siebie rodzinę.

Niezmiennie moim ulubionym zajęciem jest zabawa. Uwielbiam się bawić zarówno w domu, jak i na dworze na placach zabaw. Niekiedy mamy tylko z rodzicami nieco odmienne zdanie na temat tego, kto ma po zabawie posprzątać. Staram się tłumaczyć mamie i tacie, że nie jest to tak jednoznaczne i oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Raz nawet mieliśmy z tatą poważną dyskusję na tym polu. Kiedy tata zaczął sprzątać po naszej zabawie, nagle odzywa się do mnie: „Właściwie Wojtku, to ty też powinieneś sprzątać, a nie tylko ja!". Czułem, że coś się święci, ale zachowałem przytomność umysłu i szybko odpowiedziałem: „Nie tato, wiesz przecież, że wszyscy mają jakieś obowiązki… a ja mam inne",hihi. Kątem oka dostrzegłem, że tata nie spodziewał się takiej odpowiedzi i znieruchomiał, zupełnie jakby nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Po chwili uśmiechnął się jednak szeroko i wspólnymi siłami wzięliśmy się za sprzątanie.

Z nowości dotyczących moich zabaw, to w tym roku zacząłem dostrzegać walory gry w piłkę nożną. Coraz częściej w przedszkolu, a także po przedszkolu z kolegami, bądź też z tatą, gramy w piłkę. Najbardziej lubię stać na bramce. Mam nawet swoje rękawice bramkarskie. Kiedy udaje mi się obronić strzał, jestem bardzo szczęśliwy, bo wiem, że znów pomogłem swojej drużynie i że koledzy są szczęśliwi, tak samo, jak i ja.

Jestem już „zerówkowiczem". Od września natomiast pójdę do szkoły. Niby wiem, że czas płynie nieustannie i nic nie jest w stanie go zatrzymać, ale tak bardzo chciałbym, żeby moje koleżanki i koledzy pozostali przy mnie także po zakończeniu przedszkola. Rozumiemy się świetnie, spotykamy się nawet poza przedszkolem i nie wyobrażam sobie, że mogłoby ich zabraknąć. Póki co jednak staram się nie wybiegać aż tak daleko w przyszłość i korzystam z ostatnich chwil mojej edukacyjnej beztroski.

Cieszę się również z tego, że moi rodzice mają do mnie coraz więcej zaufania. Wprawdzie latem chyba trochę nadużyłem tego zaufania, ale jestem coraz starszy i coraz bardziej świadomy. Sytuacja latem wyglądała tak… szykowaliśmy się z mamą do wyjścia na plac zabaw. To wtedy w głowie pojawił mi się zwariowany pomysł. Żeby go zrealizować potrzebne było jednak równoczesne spełnienie dwóch warunków albo może bardziej potrzebny był sprzyjający zbieg okoliczności… Wtedy tata wyszedł z domu i nie zamknął drzwi na klucz, a mama poszła na chwilę do łazienki. O to chodziło… hm, tylko czy to faktycznie był zbieg okoliczności? Nie sądzę… to było przeznaczenie, hi hi. Pomyślałem: „Teraz albo nigdy". Pobiegłem szybko do skarbonki i wyciągnąłem z niej 5 zł. Po cichutku otworzyłem drzwi wejściowe do mieszkania i jeszcze ciszej wyszedłem z domu. Na twarzy momentalnie poczułem powiew wolności. Tak,œświat stanął przede mną otworem. Zbiegłem po schodach i wybiegłem przed klatkę. Byłem na dworze. Sam. Tu zaczyna się druga część opowieści…

W tym czasie tata zadzwonił do mamy, żeby dowiedzieć się, czy jesteśmy już na placu zabaw. Mama odpowiedziała, że jeszcze nie, ale zaraz zejdziemy. Okazało się jednak, że mnie nie było już w domu. Na placu zabaw też mnie nie było. Spokojnie, spokojnie, ja miałem wszystko pod kontrolą. Wiedziałem, co robię i tylko ja to wiedziałem. Po około 10 minutach uśmiechnięty od ucha do ucha pojawiłem się obok zdenerwowanego i wyraźnie wystraszonego taty. Ujrzeć jego zdziwienie na twarzy, kiedy mnie zobaczył… bezcenne! A ja? Stałem uśmiechnięty z lodem w wafelku w ręce i krzyknąłem z ogromną radością: „Tato, patrz, pierwszy raz zrobiłem samodzielnie zakupy bez niczyjej pomocy. Kupiłem sobie loda rożka". Widać było, że tata odetchnął z wielką ulgą. Przytulił mnie i powiedział, że jestem bardzo samodzielny, ale na przyszłość mam pamiętać o tym, żeby informować o tym, że wychodzę i dokąd wychodzę.

Jak pewnie wszystkim wiadomo, uwielbiam słuchać, kiedy ktoś czyta mi książki. Od pewnego czasu przestało mi to jednak wystarczać. Poczułem, że to jest już ta pora, żeby nauczyć się czytać samemu. Dzielnie ćwiczyłem z tatą przez długi czas. Wielkimi krokami zbliżały się moje urodziny. W przeddzień urodzin poprosiłem tatę, żeby na chwilę przestał czytać i chwyciłem książkę, którą czytał. Był to „Pan Kuleczka. Światło". Zacząłem czytać i na dobry początek przeczytałem całą stronę rozdziału „Telefon". W dniu urodzin natomiast, już po zakończeniu przyjęcia, ponownie chwyciłem ten sam rozdział „Pana Kuleczki" i tym razem przeczytałem dwie strony. Dwa dni później wiedziałem już, że dziś jest ten dzień, że nadeszła wiekopomna chwila… przeczytałem samodzielnie cały rozdział „Telefon", czyli aż 6 stron (wprawdzie z obrazkami, ale cicho sza… liczy się, że było 6 stron książki).

Nadal uwielbiam grać na instrumentach muzycznych, słucham piosenek i układam chętnie klocki wszelkiego rodzaju. Niezmiennie uczęszczam na przeróżne zajęcia, choć zmienia się ich specyfika i częstotliwość. Na szczęście moi rodzice zawsze znajdują czas i siły, żeby wszędzie ze mną jeździć i aktywnie pomagają mi w zdobywaniu nowych umiejętności. Cieszę się, że razem tworzymy tak dobrze zgrany zespół, w którym każdy na każdego może liczyć i w którym wszyscy wspierają się nawzajem. Aha, zapomniałbym… Od kilku tygodni zacząłem nosić w uchu aparat, który znacznie polepszył moje słyszenie. Dzięki niemu słyszę wyraźnie poszczególne wyrazy, słyszę też dokładniej różnice w wymawianych przeze mnie literach, dzięki czemu znacznie łatwiej przychodzi mi nauka prawidłowej wymowy.

Mam nadzieję, że ten świeżo rozpoczęty 2017 r. przyniesie wiele niespodzianek, wiele zaskoczeń, że spełnią się moje marzenia (mam nawet takie jedno wyjątkowe, ale powiem Wam o nim dopiero wtedy, kiedy już przygotuję mojego tatę na konieczność jego realizacji. Trzymajcie kciuki, żeby mi się to udało, hi hi).

Życzę Wam wszystkim cudownego roku, pełnego fascynujących przygód, jak najmniej codziennej prozy życia i całego mnóstwa fantastycznej zabawy, bo jakże nudne byłoby życie bez możliwości wprowadzania swoich, nawet najbardziej zwariowanych pomysłów w życie, właśnie podczas niej.

Do usłyszenia wkrótce. Z pewnością niedługo znów się odezwę i opowiem Wam o moich kolejnych świeżo zdobywanych doświadczeniach, o przeżyciach, o marzeniach, o planach oraz o ich realizacji. Bądźcie szczęśliwi i unoście się na skrzydłach, niczym ptaki. Z wysokości, choć wszystko jest mniejsze, widać więcej i marzenia zataczają szersze kręgi. Ja wciąż w nie wierzę i to pozwala mi na zdobywanie kolejnych szczytów.