Fundacja wcześniak

Wiktoria Obrzazgiewicz

Od samego początku moja ciąża przebiegała z problemami. Mieśniaki miały tendencję do powiększania się. Nadciśnienie, nawracające zakażenia układu moczowego, plamienia towarzyszyły mi niemal cały czas. Musiałam wciąż brać leki. Podawano mi immunoglobulinę, bo mam Rh-. Na usg wszystko wychodziło w porządku. Poważniejsze problemy zaczęły się ok 23 tygodnia. Miałam bóle. Obawiano się przedwczesnego porodu więc założono mi pesar. Po tygodniu wróciłam do domu i właściwie miałam leżeć i brać leki. Niedługo potem poczułam, że coś może być nie tak. Miałam wrażenie, że dzidzia przemieściła się w dół, do tego miałam jakieś obfite upławy. Miałam delikatne pobolewanie. Po wizycie w jednym z łódzkich szpitali i zrobieniu KTG (o usg się nie doprosiłam)stwierdzono, że z dzieckiem jest w porządku. Była niedziela a ja wróciłam do domu pełna obaw. Po paru godzinach miałam okropne bóle i stwierdziliśmy z mężem, że nie ma co zwlekać i jedziemy do CZMP. Ok g. 19:30 było wiadomo, że rodzę. Skurcze co 5 minut. Dostawałam leki na wyciszenie skurczy ale nie pomagały, nawet przez chwilę. Okazało się także, że mam zakażenie e.coli. Lekarz stwierdził, że poród naturalny jest dla mnie bezpieczniejszy ale dziecko może nie przeżyć. Ok. godziny 23 miałam już skurcze co minutę, a potem co pół. Nie miałam już siły dłużej czekać. Podpisałam dokumenty dotyczące cesarskiego cięcia. Na sali dostałam znieczulenie i podłączono mi kroplówki. Trzęsłam się przez cały zabieg i jeszcze godzinę po.

Wiktoria przyszła na świat w poniedziałek o pół godziny po północy, w 26 tygodniu. Córkę pokazali mi tylko przez moment, w inkubatorze. Zapytali o imię i chrzest. Mąż czekał na korytarzu. Jego też zapytano. Powiedział to samo. Już na początku mieliśmy wybrane dla niej imię. Została ochrzczona tego samego dnia. Przez pół nocy nie spałam. Mąż wysłał mi zdjęcie na telefon naszego maleństwa. Ważyła 580 gram. Leżała na intensywnej terapii. Przez pierwsze kilka dni mąż wziął wolne i szliśmy do Wiktorii razem. Ja byłam na 5 poziome, ona na poziomie 0. Początkowo wolałam wózek , bo ból rany był nie do zniesienia. Właściwie to prawie przez 2 tygodnie męczyłam się przy każdym wstawaniu i podnoszeniu nogi zanim doprosiłam się o posiew z rany. Okazało się, że jest zakażenie bakterią e.coli. Po otrzymaniu antybiotyku ból zaczął znikać i czułam się już dużo lepiej. Mój trzytygodniowy pobyt w szpitalu był o tyle dobry, że mogłam częściej odwiedzać dziecko. Pokarm zaczęłam ściągać chyba drugiego dnia po porodzie, ale niewiele leciało. Dopiero trzeciego dnia ściągnęłam około 40 ml siary.

Dzidzia jadła malutko. Początkowo 0,5 ml, potem 1 ml przez kilka dni. Pierwszy tydzień przebiegał spokojnie, choć przeszła żółtaczkę. Słyszałam, że będą próbowali ją ekstubować bo oddechowo radziła sobie dobrze. Potem przemieścili jej inkubator i wzięli posiew z rurki intubacyjnej. Oczywiście miała w płucach bakterię, tą samą co mnie męczyła. I wtedy zaczęły się problemy z respiratorem. Miała skoki saturacji. Co tydzień inna bakteria w płucach. Zmieniano jej też kilka razy systemy wentylacji, bo miała bezdechy. Codziennie tak samo, nic się nie poprawiało. Pasteryzowano początkowo moje mleko z obawy, że bakreria mogła się dostać także tam. W posiewie wszystko wyszło w porządką więc potem Wiktoria mogła dostawać mleko mamy z wszystkimi składnikami odżywczymi.

Modliliśmy się za nią od 3 miesiąca ciąży. Po porodzie zaczęłam zmawiać nowennę pompejańską. Modliłam się podczas ściągania mleka. Potem szłam do Wiktorii. Raz miała taki spadek saturacji, że myślałam, że to koniec. Okazało się, że to gęsta wydzielina nie pozwalała jej oddychać. Później zdażały się jej podobne spadki, na szczęście interwencja lekarza nie była potrzebna za każdym razem. Kilka razy wyciągnęła sobie rurkę z płuc i trzeba ją było intubować od początku. Po miesiącu powiedziano nam, że ma stwierdzoną dysplazję oskrzelową i może mieć problemy z oddychaniem. Bałam się, że respirator zniszczy jej płuca. Któregoś dnia modliłam się płacząc i prosząc aby wreszczcie mogła oddychać bez respiratora. Jak poszłam do szpitala otrzymałam dobrą wiadomość, że wreszcie nie ma bakterii, a antybiotyk odstawiono trzy dni wcześniej i będzie można jej podać sterydy na rozwinięcie płuc. Wieczorem już dostała. Następnego dnia Wiktoria bardzo szybko odychała, jakby przebiegła parę kilometrów. Powiedziano mi, że nadrabia zaległości. Rokowania były dobre. Lekrarka prowadząca sprawdzała gazometrię prawie co godzinę i parametry sztucznego podtrzymywania oddechu na monitorze szły w dół. Pani doktor żartowała, że dzidzia chce nam się przewentylować. Następnego dnia mąż przed pracą pojechał do szpitala. Jeszcze spałam jak przyszedł sms, że Wiktoria została ekstubowana poprzedniego dnia po 23. Byliśmy szczęśliwi i jednocześnie pełni napięcia czy da radę wytrwać bez respiratora, który towarzyszył jej od przez 41 dni od narodzin. Na twarzy miała maseczkę od CPAPu. Ledwie było widać ją widać, ale najważniejsze, że nie musiała już mieć rurki w tchawicy. Nadal miała spadki saturacji i tętna, ale zazwyczaj sama regulowała. Po dwóch tygodniach zaczęły się próby oddychania bez pomocy aparatu tlenowego. Początkowo parogodzinne, potem parodniowe. W grudniu opuściła inkubator i okazało się, że lepiej sobie radzi oddechowo niż w inkubatorze. Rurka z tlenem leżała obok bo zdażało jej się gorzej oddychać. Zaczęła też jeść ze smoczka. Pierwszego dnia malutko, a następnego już 20 ml. Zaczęliśmy się uczyć karmienia dziecka z butelki. Niedługo potem przeszła już na oddział opieki pośredniej. Tam po kilku dniach monitorowania jej pulsu przeszła na monitor oddechu.

Waga Wiktorii początkowo nas smuciła. Po fizjologicznym spadku masy ciała jej najniższa waga wynosiła 470 gram. Słabo przybierała. Po miesiącu było ok 700 gram i wtedy po raz pierwszy pozwolono mi ją wciąć na ręce, na chwilę (nadal była na respiratorze). Raz ważyła więcej raz mniej. Wahało się to dość długo. Kiedy jej sytuacja oddechowa była dość stabilna pozwalano też na kangurowanie. Raczej dobrze to znosiła i rzadko spadała jej saturacja. Kiedy była już na CPAPie starałam się przytulać ją jak najczęściej. Nawet mąż raz kanurował. Gdy osiągnęła 1,5 kg wreszcie zaczęła przybierać na wadze z dnia na dzień. Na oddziale opieki pośredniej mogliśmy brać ją na ręce bez pytania. Miała już ponad 2 kilogramy.

Początkowo z oczkami nie było problemów, choć wciąż nie były dojrzałe. Dopiero czwarte badanie wykryło retinopatię w I stopniu. Kolejne wskazywało już na II stopień. Co tydzień badano jej wzrok. Gdy miała 3,5 miesiąca szykowaliśmy się do wypisu (zresztą nie pierwszy raz – zawsze coś wypadało). Okulistka uznała, że lepiej zrobić jej zabieg, bo to już prawie III stopień. Tak więc Wiktoria przeszła laseroterapię. Musiała być przez to znów zaintubowana.Na szczęście parę godzin po zabiegu wróciła na swój oddech. Wczesznijsze wypisy były przesunięte z powodu bakterii w kale oraz torbieli na jajniku (na szczęście tylko do obserwacji). I wreszcie mogliśmy z dzieckiem przyjechać do domu. W dniu wypisu ważyła 3400 gram.

Jesteśmy wdzięczni wszystkim lekarzom i pielęgniarkom z neonatologi w CZMP za wspaniałą opiekę nad naszym maleństwem. Dzięki Bogu trafiłam do tego szpitala i dzidzia była w dobrych rękach. Nie było żadnych problemów z główką ani z serduszkiem (tylko początkowo otwarty przewód tętniczy po narodzinach, który na szczęście sam się zamknął).

Obecnie Wikusia ma ponad roczek. Nadal jesteśmy pod opieką wielu poradni specjalistycznych. W szczególności neurologicznej i okulistycznej. Za dwa miesiące może już dowiemy się czy córka ma jakieś wady wzroku. Wiktoria musi być rehabilitowana. Ma słabe napięcie mięśniowe i jeszcze nie raczkuje ani nie siedzi. Do tego dochodzą problemy z jedzeniem. Pomimo rozszerzania diety i zagęszczania mleka dzidzia słabo przybiera na wadze. Waży ok 6,7 kg. Wymaga mojej stałej opieki. Sama borykam się z problemami zdrowotnymi, które po porodzie przybrały na sile. Jesteśmy jednak dobrej myśli, że dzięki Bożej opiece, pomocy specjalistów i dobrych ludzi przetrwamy wszystkie przeciwności i wkrótce wszelkie niedomagania zdrowotne odejdą w zapomnienie.