Fundacja wcześniak

Wiktor Wołczyk


– 34. tydz., 2000 g, 45 cm, 19.02.2006 r.

Ciąża z Wiktorkiem to było bardzo duże zaskoczenie. Mam już 9-letniego synka i nie planowałam więcej dzieci (wiadomo im później, tym gorzej). Nie byłam bardzo zachwycona i później miałam nawet wyrzuty, że może dlatego ktoś mi pogroził palcem z góry i pokazał, że mogłam stracić największy skarb. Ciąża była ciężka, początkowo nie mogłam pozbierać się psychicznie, potem nie czułam się najlepiej fizycznie. Wyniki miałam bardzo dobre, ciśnienie niskie, nawet troszkę za niskie, poza tym wszystko w normie. W drugiej połowie 7. miesiąca zaczęłam niesamowicie puchnąć, ale wyniki badań moczu były w porządku, a ciśnienie w normie. 3 lutego byłam na kontrolnej wizycie u lekarza, jeszcze wszystko było w porządku (tylko ta opuchlizna – miałam problemy z nałożeniem butów). Mój lekarz kazał mi codziennie kontrolować ciśnienie. Ok. 9 lutego ciśnienie skoczyło mi na 160/90, uznałam, że jestem zmęczona (sprzątałam w domu), czułam się bardzo słabo i wystarczy, że troszkę odpocznę. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że coś może być nie tak. W poniedziałek 13 lutego rano zrobiłam kontrolne badania (pojawiło się białko w moczu). Po południu poszłam na wizytę do lekarza i kiedy zmierzył mi ciśnienie (170/90) natychmiast skierował mnie do szpitala. Ja cały czas nie zdawałam sobie sprawy z zagrożenia, dopiero gdy w szpitalu zobaczyłam miny lekarzy i podłączono mi kroplówkę, dawano jakieś zastrzyki (później dowiedziałam się, że to na rozwój płuc u dziecka), zaczęłam dopuszczać do siebie myśl, że chyba jest poważnie. Lekarzom udało się obniżyć ciśnienie, leżałam plackiem na oddziale patologii ciąży, miałam za zadanie leżeć i się nie denerwować. To była niedziela, wiadomo troszkę leniwa, troszkę późniejszy obchód. Przed obchodem mierzenie ciśnienia. Młoda pielęgniarka zmierzyła mi, nic nie powiedziała i wyszła, za chwilkę przyszły już we dwie z innym ciśnieniometrem.

Potem to pamiętam jak przez mgłę. Lekarze: „Proszę Pani musimy zakończyć ciążę” (okropnie to brzmi „zakończyć ciążę) i moje tłumaczenia wolno i wyraźnie, że oni nie zdają sobie sprawy, co mówią, że przecież to jest 34. tydzień, a ciąża trwa od 40 do 42 i że absolutnie nie mogę teraz rodzić. Potem cesarskie cięcie, głos pani anestezjolog „wcale nie jest taki mały”, 7 na 8 pkt Apgar i mignięcie przed oczami tobołeczkiem z takim malutkim pomarszczonym ludzikiem. To był mój Wiktorek. Pamiętam jeszcze bardzo wyraźnie, jak leżałam jeszcze półprzytomna i zobaczyłam jadący inkubator i pamiętam moje przerażenie, że go gdzieś zabierają i moja bezsilność, że nie mogę się ruszyć i nic zrobić. Wiktorek jechał wtedy na prześwietlenie płuc, miał zespół zaburzenia oddychania. Ogromnym szokiem było dla mnie pierwsze z nim spotkanie. Taki maleńki, podłączony do CPAP-u, ta rura wydawała mi się ogromna i ta jego klatka piersiowa taka zapadnięta i tak szybko poruszająca się. Pierwsze dwie doby to była niepewność, lekka bariera informacyjna, pielęgniarki nic nie chciały mówić, lekarze tyle, co konieczne, a ja bałam się pytać. W trzeciej mój synuś został odłączony od CPAP-u, był karmiony przez sondę. Potem nastąpiły próby karmienia go butelką, ale biedactwo męczyło się bardzo, nigdy nie zapomnę, jak przyszłam do niego rano i na inkubatorze leżała karta obserwacji z nocy, był tam na czerwono zaznaczony dwa razy „bezdech – symulacja”. Ja myślałam, że oszaleję. Potem wiele razy miałam chwile załamania, wprawdzie leżałam na osobnej sali, pojedynczej, ale za ścianą słyszałam matki z dzieciaczkami przy sobie. Wiktor nie chciał wcale przybierać na wadze, karmienie go to była droga przez mękę, wypijał dwa łyki i spał w najlepsze. Leżał 14 dni w inkubatorze, a potem gdy dano mi go na salę i był już przy mnie, zaczął pięknie przybierać na wadze. Opuściliśmy szpital w 18. dobie Wiktorka. Ważył 2100 g. Mamy szczęście, bo ominęła nas większość przypadłości wcześniaczków. Kontrole wzroku (coś okropnego!!!) nie wykazały nic niepokojącego, usg główki wykazało tylko ślad po lekkim niedotlenieniu w lewym górnym rogu (następne już było w porządku). Męczyła nas tylko niedokrwistość i to dosyć długo, ale i z tym sobie poradziliśmy.

Wikuś rozwija się dobrze, oczywiście troszkę później niż jego rówieśnicy urodzeni o czasie. Usiadł samodzielnie w wieku 8 m-cy, teraz ma prawie 11 m-cy staje w łóżeczku, ale nóżki mu się jeszcze bardzo kiwają. Jest naszym wielki skarbeczkiem. Ja oczywiście martwię się o niego cały czas, zadręczam lekarzy pytaniami i całkiem niepotrzebnie porównuję go z innymi dziećmi albo przypominam sobie, że mój starszy syn to w tym wieku robił już to lub to. Potem sama sobie tłumaczę, że przecież to wcześniak, że trzeba dać mu czas i trzeba się cieszyć, że to wszystko tak dobrze się skończyło. Pani dr neonatolog powiedziała, że z takiej gestozy, jak u mnie była, on jest naprawdę w świetnym stanie. Cieszę się bardzo, że jesteście, wiele rzeczy dowiedziałam się właśnie od Was. Pozdrawiam Was serdecznie i wszystkich rodziców malutkich wcześniaczków.

Lipiec 2007 r.

Wiktorek ma rok i 5 miesięcy.

Już właściwie zapomnieliśmy o jego trudnym starcie. Przypominają tylko o tym zdjęcia maleńkiego, pomarszczonego ludka, na które teraz z niedowierzaniem patrzymy (jak on taki mógł być?). Dokładnie w dniu, kiedy skończył 13 miesięcy, Wiktor zaczął chodzić, teraz właściwie już biega, wspina się na wszystko co tylko możliwe, każde wzniesienie traktuje jak swój prywatny Mount Everest. Waży 10 200 kg, więc nie za mało i nie za dużo. Pochłania niesamowite ilości jedzenia, w przeciwieństwie do starszego syna lubi prawie wszystko. Zaczyna mówić pojedyncze wyrazy, ma też swój prywatny słownik zrozumiały jedynie dla najbliższych członków rodziny. Wydaje mi się, że rozumie już wszystko. Każdego dnia dziękuję, że w naszym przypadku to wszystko tak pięknie się skończyło. Patrząc na Wiktorka i jego rówieśników urodzonych o czasie, oprócz tego, że jest może troszkę drobniejszy, nie widać żadnej różnicy.