Fundacja wcześniak

Victoria Szram

23. tydz., 600 g, ok. 20 cm, 11.05.2010 r.

Witam mam na imię Patrycja, jestem mamą Victorii, a oto jej historia.

Kochajmy Wcześniaki….

Nazywam się Victoria Szram, urodziłam się 11 maja 2010 r., w Szkocji w mieście Dundee… Chociaż dopiero mam 2,5 latka, to wiele już  przeszłam. Moja mamusia trafiła ze mną  do szpitala już w 20. tyg. ciąży, ponieważ odeszły jej wody… strach był ogromny, ponieważ gdybym się urodziła  w tym tygodniu, nie miałabym żadnych szans na przeżycie. Ale się udało. Moja kochana mamusia dotrwała do końca 22. tyg. ciąży i się zaczęło…. urodziłam się nad ranem w 23. tygodniu z wagą 600 gramów, szybciutko mnie owinęli w jakąś  bąbelkową folię i wynieśli do innego pomieszczenia. Tam czekał na mnie już cały sztab wspaniałych neonatologów i pielęgniarek… po kilku próbach udało się, przyjęłam tlen:) ale nadal była wielka niewiadoma, co będzie dalej ze mną… Byłam tak maleńka,  że mieściłam się cała w dłoni. Miałam problemy z oddychaniem, ponieważ moje płucka nie były jeszcze przygotowane do samodzielnej pracy, więc byłam podłączona do respiratora (lekarze mieli ciężką pracę ze mną), co najgorsze okazało się, że dostałam wylewy  2. i 4. stopnia… Rodzice martwili się tylko o jedno, aby nie doszło do martwicy mózgu… reszta była nieważna, po prostu miałam żyć. Wszyscy lekarze bali się o moją małą główkę, ale na całe szczęście ominęło mnie wodogłowie, lecz  to nie był koniec moich kłopotów. Moje płucka potrzebowały tyle ilości tlenu,  że lekarze postanowili poddać mnie następnym zabiegom… Podali mi przez respirator naturalny miąższ płucny, surfaktant, po czym  respirator  wpompowywał mi kilka oddechów na sekundę… niby się udało, ale niestety jedno płucko się zapadło. Mamusia strasznie płakała, nie dosyć, że moje płucka jakby ich nie było, to jeszcze jedno się zapadło… Ale wspaniali lekarze poddali mnie jeszcze jednej próbie… i co? wszystkim niedowiarkom oczy wyszły ze zdziwienia… po prostu się udało:) a miałam dopiero 2 tygodnie.

Poźniej próba podawania mleka (oczywiście mleczko mojej mamusi) – wszyscy się bali, że może dojść do martwiczego zapalenia jelit, ale i to mnie ominęło. Wiele się działo, myślałam, że kłopoty już za mną, ale niestety nie. Następny wielki problem to przerwany  przewód tętniczy Botalla. Moje płucka zalewały się krwią i lekarze musieli podawać mi więcej tlenu, aby móc wypompować ją z moich maleńkich płucek… Ale udało się, bez operacji. Został mi podany specjalny lek, który miał za zadanie zamknąć ten przewód, problem był jeden, mógł mi uszkodzić nerki, ale lekarze mówili mojej mamusi, że mają antidotum i że nie ma się o co  martwić. I również i tutaj nam się udało… Wkrótce po tym wszystkim zaczęłam samodzielnie oddychać z niewielką pomocą cpap…. Jaka to była wielka radość, jak mnie rodzice zobaczyli bez respiratora. Mamusia od początku siedziała przy mnie całymi dniami, ale w nocy musiała wracać do domku, ponieważ moje rodzeństwo czekało na Nią… nie mogłam być przecież samolubna, musiałam się mamusią dzielić. Wiele było jeszcze pracy ze mną, niby już było wszystko dobrze, wszystko szło w dobrym kierunku i co??? dorwała mnie pewnej nocy  sepsa  i musiałam wrócić  znowu na respirator, następna walka…:( Ale ja należę do bardzo upartych i się nie dałam. Jeszcze tego samego dnia, ale nad ranem jedna ze wspaniałej ekipy pielęgniarek zawołała moją mamusię, żeby pokazać jej następny cud. Ja jak nigdy poczułam się idealnie i chciałam bez pozwolenia wszystkich „Mądrych Głów” wyciągnąć sobie rurkę od respiratora, ale nie udało się  i musiałam zaczekać aż do popołudnia, aby móc zejść z respiratora, ale w zamian dali mi coś na spanie:))

Miałam osteopenię wcześniaczą i złamane żeberko oraz wiele innych problemów ze zdrowiem. Wiele razy puchłam, wiele razy miałam  podawaną krew – transfuzję i wiele razy rodzice płakali i się bali … .Aj… nie wspomniałam jeszcze o retinopatii, oczywiście że ją miałam, ale 1. Stopnia, która się samoistnie cofnęła :)Lekarze okuliści z niedowierzeniem oglądali moje niebieskie oczka. Po tym wszystkim, po dobrych 3 miesiącach przenieśli mnie do pokoju obok 🙂 Awansowałam i już pozbyłam się domku (inkubatora). Tam mnie uczono jeść, a byłam strasznym głodomorem i jak nie miałam na czas podanego mleczka, to?…. Możecie sobie wyobrazić? Krzyczałam, ile sił miałam….  Mamusia próbowała karmić mnie piersią, ale niestety nie dałam rady, mamy mleczko za szybko leciało , a ja nie dawałam rady tak szybko je przełykać. Karmiona byłam buteleczką, ale resztę jak nie miałam już siły jeść, to podawali mi przez sondę.

Od 11 maja do września mieszkałam sobie w szpitalu… Później już był czas do domku. Najpierw dali mnie moim rodzicom na kilka godzin, a za kilka dni już na zawsze…,wyszłam na tlenie o 0.01 l /na minutę. I tak z wąsikami chodziłam do grudnia… Później zaczęła się moja wspaniała przygoda i zabawa z wodą. Lekarze bardzo się bali, ale co tam dla mnie… nic nie mieliśmy z mamusią  do stracenia. I  tak zaczęłam uczęszczać do Water Babies… Nie choruję, strasznie broję, widzę, słyszę, mówię, po prostu rozwijam się jak moi rówieśnicy… Dziękuję Moim rodzicom, że nigdy nie przestawali  wierzyć we mnie, że zawsze byli i będą, na dobre i na złe… Chciałabym podziękować wszystkim wspaniałym lekarzom i pielęgniarkom z Ninewells Hospital Dundee za wspaniałą i fachową opiekę nade mną, wiele im zawdzięczam i zawsze będę  o nich pamiętać… A teraz kilka słów do mam wcześniaków. Nigdy i to nigdy nie przestawajcie w nas wierzyć, bo MY WCZEŚNIAKI możemy wiele znieść… i chcemy żyć…