Fundacja wcześniak

Odchodzenie i utrata dziecka

o. Michał ‚Mrozek OP, Instytut Tomistyczny, Warszawa-Służew

O życie trzeba walczyć do samego końca. Miłość zawiera lekarstwo nadziei i wiary, których potrzebuje każdy człowiek. Przede wszystkim dziecko. Nie bójmy się kochać i być blisko do końca. Miłość niesie życie, bo Bóg jest miłością. Miłość uzdrawia i daje poczucie sensu nawet wtedy, kiedy medyczne diagnozy zawodzą, kiedy po ludzku jest źle, a nawet bardzo źle. Nie trzeba wtedy osuwać się w rozpacz i smutek. Zamiast tego warto szukać nowego sposobu na wyrażenie miłości. Na podtrzymanie nadziei i dodanie otuchy. Może jeszcze prościej i konkretniej. Miłość już tutaj na ziemi jest silniejsza od śmierci. Duchowo można żyć światłem do końca i dawać nadzieję aż po jego kres. Takie towarzyszenie odchodzącemu człowiekowi jest wielką, choć trudną łaską. I pozwala przejść przez śmierć w nowy sposób. Z miłością do ostatniego dnia, do ostatniej godziny. Póki jest życie, niech nie będzie śmierci, ale życie w bliskości. A gdy przyjdzie godzina rozłąki, przekażmy ich dalej: Bogu. Zanim to jednak nastąpi – wykorzystajmy wszelkie dostępne nam możliwości zarówno medyczne, jak i ludzkie, aby uratować życie dziecka oraz aby mu towarzyszyć jak najbliżej we wszystkich etapach, przez które przechodzi.

Jest to święty i trudny czas. Pozwólmy Bogu być Bogiem, a sobie – być tylko i aż człowiekiem. Nie jest w naszej mocy zatrzymanie czy uchronienie bliskich przed śmiercią, gdy Bóg po nich przychodzi. Muszą odejść tam, gdzie woła ich Bóg. To samo kiedyś będzie dotyczyć także mnie samego. Nie musimy mieć sposobu na śmierć i nie mamy go. Możemy w wierze i miłości powiedzieć najtrudniejsze amen. Ale zanim ono nastąpi – bądźmy blisko. Trzymajmy za rękę. Kochajmy oczami. Dotykiem. Byciem. Dawajmy nadzieję poprzez obecność, gesty czułości, proste pytanie, w czym możemy pomóc i jak. Często nasi bliscy w ostatniej godzinie mają bardzo zwyczajne potrzeby, które możemy spełnić, przynosząc ulgę. Każda śmierć jest dla człowieka nie w porę. Szczególnie śmierć dziecka. Mojego dziecka.

Tak bardzo pragniemy życia i nieśmiertelności, że nie wierzymy nawet we własną śmierć. Jest w nas bunt. Tym silniejszy, im większa miłość do życia, do drugiego człowieka. Tym większa jest strata. Tym większa wyrwa.

Wiara w Boga może pomóc. Daje nadzieję i siłę. Ktoś najbliższy bezpowrotnie odszedł, ale nie do bezimiennej pustki, ale do kochającego Boga. Jest w rękach Chrystusa Zbawiciela. Wiara jednak nie koi sama z siebie bólu. Ludzką rzeczą jest tak dojmujące przeżycie pustki i nieobecności własnego dziecka. To doświadczenie sięga głębiej, niż byśmy chcieli czy byli tego świadomi. Cierpienie i bunt stają się naszym cieniem i stałym towarzyszem. Dlaczego mnie to spotyka? Po co? Nie dociera do nas żadne wyjaśnienie, ludzie nawet najbliżsi mówią do nas językiem, który właśnie przestaliśmy rozumieć. Świat wydaje się być obojętny i obcy, jakby był za szybą. Żyjemy w nim tylko fizycznie, ale psychicznie jesteśmy poza nim.

A jednak doświadczamy chrześcijańskiej nadziei. Wierzymy i modlimy się, aby nasi bliscy byli w niebie. Chcemy w to wierzyć, gdy nasza dusza zapada w ciemność. Mamy nadzieję, że ci, którzy odeszli, nie czują się źle. Gorzej bywa za to z nami: ogarnia nas dojmująca pustka i brak. Potrzebujemy wsparcia. Potrzebujemy czyjejś obecności. Może także konkretnej pomocy z codziennymi zajęciami, które stały się nagle tak obce i stawiają nam niespodziewanie opór ponad nasze siły. Potrzebujemy modlitwy. Bezpieczeństwa i prostoty. Żadnych zbędnych słów i gestów, żadnych sztuczności. Żadnych wyjaśnień i tłumaczeń. Potrzebujemy żałoby i łez, samotności. Czasem potrzebujemy ludzi, choć czasem też nam przeszkadzają. Próbujmy to prosto wyrazić: teraz potrzebuję być sam albo posiedź przy mnie. Jeśli ktoś potrafi przy nas być, pomilczeć z nami, jesteśmy mu bardzo wdzięczni.

Niezbędny jest czas na oswojenie się: z tym, na co nie ma lekarstwa, z pustką, której nic nie może wypełnić, ze łzami i płaczem; z cmentarzem, który staje się naszym przystankiem w drodze do wieczności.

Potrzebujemy tego, co zamyka pierwszy i najbardziej trudny etap żałoby: uroczystego i wspólnego pożegnania. Jest to ważne także w przypadku utraty dziecka we wczesnych etapach ciąży. Warto starać się o ciało dziecka, gdy jest to tylko możliwe. Jest to nasze ludzkie prawo. Potrzebujemy pogrzebu, złożenia ciała naszej bliskiej osoby do grobu oraz powierzenia jej duszy Bogu i aniołom. Wspólnie przeżytej liturgii. Ma to głęboki sens. Warto zatroszczyć się o pogrzeb. Może my sami albo nasi bliscy mają znajomego księdza, który zechce nam potowarzyszyć bliżej w tym trudnym momencie. Odprowadzić razem nasze dziecko do przystani kościoła i cmentarza. Wierząc w Chrystusa, Rybaka nieśmiertelności, który przybywa ze świętymi, zabrać nasze dziecko do wieczności. Dzieci są naszymi osobistymi świętymi w niebie. Nie są aniołkami ani nigdy nimi nie będą. Są i pozostaną na zawsze ludźmi. W dniu przyjścia Chrystusa zmartwychwstaną jak my sami. Odchodząc do Boga, będą mogły nam pomagać.

Życie dziecka i więź z nim rozwija się w czasie, dlatego śmierć nie jest przez nas przeżywana jednakowo. Im wcześniej dziecko odchodzi, tym bardziej dyskretna to śmierć. Stąd bywa, że ludzie nie rozumieją naszego żalu i naszych potrzeb. Dlatego warto – także w szpitalach, w kancelarii parafialnej czy na cmentarzu – uzbroić się w cierpliwość, a może po prostu poprosić kogoś o pomoc. Trudno jest bowiem unieść wszelkie prawne i organizacyjne zawiłości z tym związane: wystawienie karty zgonu, ustalenie mszy świętej, pogrzebu. Pozwoli to jednak pełniej przeżyć ten czas. Potrzebujemy jakiegoś konkretnego miejsca pamięci i obecności naszego dziecka. Nawet tego zmarłego tak bardzo wcześnie. Potrzebujemy łez z powodu bolesnego rozstania. Odblokowania tego, czego na co dzień się wstydzimy: smutku i płaczu; łez osobistych i także tych wspólnych z najbliższymi. Wspólnoty modlitewnej w porcie cmentarza, z którego aniołowie zabierają nasz szloch i modlitwę wraz z dymem kadzideł nadziei i oddalają się tam, gdzie kiedyś i my mamy nadzieję popłynąć wraz z nimi.

Mamy niezawodną wiarę, która mówi, że nadejdzie dzień ponownego spotkania w wieczności. Na sądzie ostatecznym powstaniemy z martwych na głos Chrystusa. Na razie czeka nas długa rozłąka. Mamy nadzieję spotkać kiedyś w niebie tych, którzy dziś tam odchodzą. To będzie ostatecznym i pełnym uzdrowieniem cierpienia rozstania. Wieczność w miłości – jeśli tylko Bóg raczy nas przyjąć do siebie – ukoi wszelki ból, osuszy każdą łzę. Nie będzie już rozłąki, nie będzie choroby ani śmierci. Mamy nadzieję, że zmartwychwstaniemy, tak jak Chrystus zmartwychwstał. Bo Jego słowa nie przeminą. Będzie to radość i Wielkanocy, i Bożego Narodzenia, radość nowej i pełnej bliskości. Będziemy wreszcie w domu, gdzie Bóg będzie wszystkim we wszystkich. Taka jest nasza wiara i nadzieja. Głębszy sens bólu i tęsknoty, przez które przechodzimy.

Może potrzebujemy już teraz uczyć się nowego języka kontaktu z dzieckiem, łączności, która sięga poza śmierć, dzięki Chrystusowi i poprzez eucharystię. Bo nasz Pan zbudował w sobie most między wiecznością a teraźniejszością. Jako zmartwychwstały Chrystus jest po śmierci naszym pośrednikiem między wiecznością a czasem. Jest Zbawcą. Przyjmując Jezusa w komunii świętej, możemy poprosić Go o to, aby przekazał naszym bliskim to, czego nie zdążyliśmy im powiedzieć. Możemy Go poprosić, aby dał nam możliwość duchowego z nimi kontaktu. Szczególnym miejscem na to jest cmentarz, gdzie pozostało ciało dziecka albo symboliczne miejsce, które się z nim wiąże.

Potrzebujemy żałoby, czyli odpowiedniego czasu na przeżycie smutku i straty. Czasu łez i nierównego przeżywania rzeczywistości, z którą nie możemy się pogodzić. Żałobę mierzy się raczej latami niż miesiącami. Choć trudno tutaj o jakieś sztywne ramy czasowe, ma sens wyznaczenie sobie określonego czasu żałoby, w którym wyrażamy na zewnątrz nasz smutek. Poprzez czerń i unikanie wszystkiego, co postrzegamy jako nietakt wobec smutku naszego serca. Trzeba się trzymać jego wskazówek. To ono bowiem najbardziej potrzebuje czasu, aby przeżyć i strawić ból i smutek. Abyśmy mogli wrócić do codzienności i do zwykłego biegu.

Może nie trzeba ukrywać niczego przed rodzeństwem zmarłego dziecka? Często boimy się, że dziecko zostanie przytłoczone naszym smutkiem i tragedią, z którą sobie sami nie radzimy. Dziecko bardziej niż dorośli wyczuwa, że coś się stało. Chce zrozumieć. Niepokój rodzi jakaś mroczna tajemnica, o której dorośli szepczą. Może najprostsze rozwiązania są najlepsze? Może ma sens powiedzenie po prostu, że braciszek, a może siostrzyczka, zmarli? Nawet pod sercem mamy. Albo w szpitalu, tuż po urodzeniu. Nikt nie wie, dlaczego tak się stało. Jest to bardzo trudne i smutne. I dlatego jedziemy do kościoła na pogrzeb. Aby się pożegnać.

Najprostsze słowa uzdrawiają, nierzadko także nas samych. Może nasz smutek i łzy są jak najbardziej na miejscu, nawet wobec dziecka? Przecież często dziecko widzi łzy u swoich bliskich, rówieśników, samo też płacze. A może dobrze jest popłakać razem?

Zdarza się, że człowiek z niewiedzy i emocjonalnego splątania przechodzi te niezwykle trudne chwile samotnie i nierzadko w chaotyczny sposób. Bywa, że nasze działanie jest wypadkową tego, na jakim etapie bliskości z Bogiem oraz innymi jesteśmy, co wiemy w danym momencie. Ktoś nam coś podpowiedział i zasugerował, a nie zawsze były to dobre rady, nawet w szpitalu czy ze strony bliskich. Mogło nam zabraknąć czegoś bardzo istotnego: żałoby, łez, bycia blisko, pożegnania, modlitwy, czy wreszcie pogrzebu i mszy świętej. Bywa, że towarzyszy nam niepokój i poczucie winy, że nie dopełniliśmy jakiegoś obowiązku. Boimy się, że mogło to spowodować jakąś duchową szkodę, której mogliśmy uniknąć.

Obowiązują tutaj podobne prawa, jak w przypadku wszelkiego zła, które wydarzyło się w naszym życiu. Musimy pogodzić się z tym, że przeszłości już nie zmienimy. Co się stało, to się nie odstanie. Naszym obowiązkiem jest natomiast zatroszczenie się o to, na co mamy jeszcze wpływ teraz. Nie jest wolą Bożą to, abyśmy zagryzali się w poczuciu winy za to, co było. Jest wolą Chrystusa, żebyśmy nawracając się do Niego, doświadczyli Jego Boskiej mocy uzdrowienia i przebaczenia, pojednania ze sobą i z innymi. Po zmartwychwstaniu Jezusa nie ma już nigdy sytuacji bez wyjścia. Zawsze możemy w jakiś sposób zaradzić złu, przede wszystkim prosząc Boga o pomoc.

Potrzebujemy dobrego rozeznania, kogoś mądrego, kto pomoże nam nazwać i odróżnić to, co jest faktycznie naszą winą i zaniedbaniem, a co jest kwestią naszych skrupułów i jałowego zadręczania się. Często pomaga tutaj głęboka przyjacielska rozmowa, wypowiedzenie naszych niepokojów, lęków, obaw, przeżycie ich wraz ze smutkiem. Wtedy odchodzą, rozwiewają się. Łatwiej rozeznać nasze myśli i nasze uczucia. Może potrzebujemy tych, którzy już to przeżyli. Może pomogą nam przebyć tę życiową noc. Może potrzebujemy się pomodlić razem. Tak jak umiemy. Z małżonkiem, z rodzicami, z dziećmi. Poprośmy o modlitwę innych.

Wobec grzechów potrzebujemy lekarstwa spowiedzi i zadośćuczynienia. Wielką pomocą może być spowiedź. Gdy to możliwe – rozmowa z księdzem, do którego po prostu mamy zaufanie. Modlitwą i miłością można – dzięki Chrystusowi – przekroczyć wszelkie zło, odkryć ukrytą w Bogu szansę zamiany ran w nowe życie. Do Chrystusa bowiem należy ostatnie słowo.

Pojednanie z Bogiem, z innymi i ze sobą potrzebuje czasu. Nie trzeba go na sobie wymuszać jako kolejnego narzuconego sobie obowiązku. Raczej może trzeba pozwolić sobie na odkrycie do niego drogi. Na przyjęcie lekarstwa od Boga i od ludzi. Może będzie to czas na dopuszczenie do siebie smutku i żałoby, których zabrakło. Może będzie to nadanie dziecku imienia oraz próba nawiązania z nim kontaktu w modlitwie. Może wypowiedzenie tęsknoty czy nawet buntu wobec utraconego świata, wobec zbyt trudnej próby, która na nas spadła. Może modlitwa psalmem 130: „Z głębokości wołam do Ciebie Panie, Panie wysłuchaj głosu mego”. Może rozmowa i spowiedź.

Pamiętajmy o Chrystusie, który uczyni wszystko nowe, który naprawił to, co najgłębiej w nas zepsute, aby u Niego szukać pomocy. „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki”.