Fundacja wcześniak

Szymon Białkowski

33. tydz., 2120 g, 49 cm, ur. 12.01.2016 r.

Szymek jest naszym czwartym dzieckiem – pierwszym, któremu dane było się urodzić.

Wiadomość o ciąży dość szybko, bo już w 4. Tygodniu, przyjęliśmy z wielką radością, ale też z jeszcze większą obawą, gdyż do tej pory radość oczekiwania na dziecko kończyła się ok. 7. tygodnia. Z drżeniem serc czekaliśmy na rozwój sytuacji. Minął 5., 6., 7., 8. tydzień, pierwsze USG, serduszko bije, ciąża rozwija się prawidłowo. Powoli zaczynaliśmy wierzyć, że tym razem wszystko będzie dobrze. Badania prenatalne uspokoiły nas całkowicie. Do końca 26. tyg. ciąża przebiegała podręcznikowo.

27 listopada 2015 r. kilka minut po północy obudziłam się, bo poczułam, że coś mi leci. Były czyste, bezwonne i lały się ciurkiem, prawie nie miałam wątpliwości, że to wody.
W drodze do szpitala próbowałam tłumaczyć sobie, że w XXI wieku istnieją sposoby zatrzymania płynących wód, przecież dopiero zaczynał się 27. tydzień i na poród było stanowczo za wcześnie. Niestety na izbie przyjęć niczym wyrok usłyszeliśmy, że zabierają mnie na blok porodowy, a poród może rozpocząć się w każdej chwili. Dostałam kroplówkę
na zatrzymanie skurczy i sterydy na rozwój płucek malucha, rozpoczęła się dramatyczna walka z czasem. Wiedzieliśmy już, że nasze dziecko urodzi się wcześniej, pytanie brzmiało tylko: kiedy?

Kroplówka pomogła, akcja porodowa się nie rozpoczęła, wód było mało, ale dziecko rosło i rozwijało się prawidłowo, więc odliczaliśmy każdy kolejny przetrwany dzień. Mąż spędzał ze mną w szpitalu całe dnie, co było dla mnie ogromnym wsparciem. Choć wiem,
że jemu też było ciężko, nie dawał tego po sobie poznać, żeby dodatkowo mnie nie martwić. Ogromną siłę dawała nam świadomość, że tłum znajomych i nieznajomych ludzi szturmuje Niebo w naszej intencji.

Po dwóch tygodniach przeniesiono mnie z bloku na oddział, co oznaczało na tyle stabilną sytuację, że mogłam zadomowić się w szpitalnej sali na dłużej nieokreślony czas z naciskiem na „dłużej”. Trudny to był dla nas okres, tym bardziej, że zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Przerażała mnie perspektywa spędzenia ich w szpitalu, a nie przy rodzinnym stole, a jednocześnie wiedziałam, że to jeszcze nie czas, by Szymek przyszedł na świat.

Minęły święta, Sylwester, zaczął się styczeń i z każdym dniem byłam coraz bardziej gotowa powitać na świecie mojego malutkiego synka. Pierwsze skurcze pojawiły się w nocy 10/11 stycznia 2016 r., ale ponieważ nie było rozwarcia, a na USG i KTG nie wychodziło nic niepokojącego, lekarz uznał, że to skurcze przepowiadające. Następnej nocy skurcze nasiliły się, ale mój lekarz prowadzący wciąż nie widział potrzeby rozwiązania ciąży. 12 stycznia podczas popołudniowego KTG okazało się, że serduszko po każdym skurczu zaczynało bardzo zwalniać. Lekarz dyżurujący zalecił powtórzenie badania, po którym podjął decyzję
o cesarskim cięciu, gdyż grozi zamartwica płodu.

Szymek przyszedł na świat o 21:35 w 33. tygodniu ciąży, ważył 2120, miał 49 cm.
i dostał 8/7 w skali Apgar. Od początku był na własnym oddechu. Tylko w pierwszej dobie miał podany do inkubatora tlen. W piątej dobie został przeniesiony z inkubatora do łóżeczka. Dobrze trzymał temperaturę, nie wychładzał się. Był tylko jeden problem – Szymon nie chciał jeść i musiał być karmiony sondą. Pani doktor tłumaczyła to tym, że dziecko walczy z infekcją (była wrodzona i brał antybiotyk) i nie ma siły jeść. Faktycznie, po odstawieniu leku w 9. dobie, Małemu stopniowo wracał apetyt i w 13. dobie kiedy opuszczał szpital, spokojnie wypijał porcję 40 ml mojego ściągniętego mleka.

Dzięki położnej, która nas odwiedzała, od 30 stycznia mój syn przeszedł tylko na pierś
i chętnie się do niej przytula do dziś.

Szymek ma teraz 10 miesięcy (kor. 8,5) i rozwija się zgodnie z wiekiem urodzeniowym. Pozostajemy wprawdzie pod opieką poradni hematologicznej i patologii noworodka, a także chodzimy na turnus rehabilitacyjny, ale po wcześniactwie nie ma już śladu. Mały raczkuje, siada, staje, chodzi przy meblach i stawia pierwsza kroki. Zaczyna również gaworzyć, a my każdego dnia dziękujemy Bogu, że ta historia ma takie szczęśliwe zakończenie.