Fundacja wcześniak

Robert Antoszewski


– 32. tydz., waga 1910 g, dł. 46 cm, ur. 3.01.2003 r.

Nasz synek urodził się z początkiem roku 2003, dokładnie 3 stycznia. Sporo za wcześnie. Jednak ogromnie z mężem byliśmy szczęśliwi, że po prostu jest. Ciąża była planowana i bardzo chciana. Jednak od samego początku tj. 7.-8. tygodnia ciąży pojawiły się u mnie komplikacje. Następowały częste i silne krwawienia. Wielokrotnie zgłaszałam się z tym do szpitala na dyżur. Do dziś zastanawiałam się, dlaczego nigdy mnie tam nie zostawiono. Nie dlatego, że koniecznie chciałam, ale sądziłam, że jest to naturalne. Czasem miałam takie wrażenie, że lekarze nie bardzo wierzyli, że ciąża się utrzyma. My z mężem wierzyliśmy. W ogóle nie było dla nas innej możliwości. Nie przeprowadzaliśmy żadnych rozważań, co będzie jeśli. Dla nas było to oczywiste, że nasz syn (wtedy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy) będzie już zawsze z nami. Przez kilka tygodni szukałam dobrego lekarza. Jego dobroć wyróżniała się nie tylko tym, że jest dobrym fachowcem, ale również tym, że bardzo mu zależało, aby dziecko szczęśliwie się urodziło. Miałam w nim wsparcie. Zawsze po wizycie u Pana doktora byłam szczęśliwa, bo wierzyłam Mu, że wszystko będzie dobrze. Myślę, że lekarz odegrał ogromną pozytywną rolę w całej historii życia naszego dziecka. Jestem za to ogromnie wdzięczna. Kiedy dotrwaliśmy do czwartego miesiąca, krwawienia ustały. Zaczęły się jednak bóle brzucha, skurcze. I tak było już do samego końca. Sylwestra spędziliśmy u znajomych. Było miło, goście wspaniale się bawili. Jednak po północy opuściłam towarzystwo i poszłam spać. Nie chciałam bardzo męczyć dziecka zbyt długim wieczorem. Do domu z mężem wróciliśmy rano. Już wtedy zaczynało się coś dziać. Teraz wiem, że zaczęły odchodzić mi wody. Wtedy sądziłam, że nietrzymanie moczu przybrało apogeum. Nazajutrz rano było już dużo gorzej. Zorientowałam się, że coś jest nie tak. Pojechaliśmy do lekarza. Kiedy tylko mnie zbadał, natychmiast kazał jechać do szpitala. Odeszły mi wody. Zaczęłam się bać. Zadawałam sobie pytanie „Czy będzie dobrze?”. Wspaniała postawa mojego męża w tamtych chwilach spowodowała, że pokochałam tego człowieka jeszcze bardziej, choć wydawało mi się, że bardziej się już nie da. W szpitalu na Karowej zaopiekowano się mną wspaniale. Nasz synek urodził się następnego dnia wieczorem. Widziałam go tylko przez chwilę. Tego cudownego widoku nie zapomnę do końca życia. Zabrano go na oddział wcześniaków. Początkowo nie miałam żadnych informacji, jak jest. Jednak wierzyłam, wręcz byłam pewna, że mój syn jest zdrowy. Po dwóch godzinach, kiedy pozwolono mi wstać, poszliśmy z mężem zobaczyć naszego syna. Był taki malutki. Kiedy na niego patrzyłam, moje serce waliło ze szczęścia jak oszalałe. Tak bardzo go wtedy już kochałam. Szczęśliwie okazało się, że nasz synek jest zupełnie zdrowy. Samodzielnie oddycha. Co prawda pojawiły się wylewy, jednak szybko i ładnie się wchłonęły. Był w szpitalu przez trzy tygodnie. Dwa leżał w inkubatorze ze względu na niską masę ciała, która spadła w pierwszych dnia do 1760. Początkowo był karmiony dożylnie. Nie umiał jeszcze ssać. Jednak szybko się nauczył i jadł już sam. Ja ze szpitala wyszłam po dwóch dniach. Jednak przez cały czas, kiedy nasz synek tam pozostawał, przyjeżdżaliśmy na każde karmienie. Co trzy godziny. Od samego rana do wieczora. Miałam dosyć blisko do szpitala. Chciałam z nim być, nakarmić Go, przewinąć. Być z Nim. Nie do zniesienia była myśl, że Jest sam. Tak było nocami i były dla mnie trudne. Do dziś wspomnienie jest bolesne. Być może dlatego nawet dziś, kiedy ma już dwa lata, nie zostawiamy syna nawet na minutę, jeśli nie ma rzeczywiście takiej potrzeby. Nawet kiedy śpi, wiem, że On czuję naszą obecność i jest szczęśliwy, jak mama i tata są przy Nim. Dziś nasz syn ma dwa lata. Jest wspaniałym dzieckiem. Cudownie się rozwija, jest zdrowy. Nie ma żadnych oznak wcześniactwa, wręcz przeciwnie jest bardzo rozwinięty jak na swój młodziutki wiek. Piszę to po to, aby powiedzieć innym rodzicom wcześniaków, aby poza bieganiem po lekarzach, robieniem koniecznych badań, dali swoim dzieciom ogromnie dużo ciepła i miłości. Niech Te maleństwa wiedzą, że są kochane, potrzebne i wyjątkowe. Wierzę w to, że jest to jedna z najlepszych terapii. Wierzę, że nasz syn jest taki, jaki jest, ponieważ dostaje od nas to wszystko w potężnych dawkach. Nasza ogromna zdrowa miłość do syna sprawia, że jego życie (mam nadzieję) to pasmo niekończącego się szczęścia, radości.