Fundacja wcześniak

Nadia Maria

32. tydz., 990 g, 37 cm, ur. 10.11.2010 r.

Nic nie zapowiadało przedwczesnego porodu. Z zajściem w ciążę nie było problemu, zero dolegliwości, świetne wyniki badań, książkowe przybieranie na wadze. „Ciąża to nie choroba” słyszałam dookoła, więc do końca 6. m-ca pracowałam. Wszystko przebiegało idealnie, aż do 28. tc., w którym zaczęły się „stawiania macicy”. Twardnienie brzucha pojawiało się coraz częściej, a mnie od kilku tygodni martwił jego niezmieniający się obwód. Lekarz prowadzący przepisał leki – tygodniowa kuracja domowa nie przyniosła efektu i zostałam skierowana na oddział patologii ciąży. Po tygodniowym podawaniu środków rozkurczowych wypisano mnie z rozpoznaniem hipotrofii płodu i zaleceniem leżenia na lewym boku. Wizytę kontrolną ginekolog wyznaczył za 14 dni. To był 31. tydzień ciąży, a wg USG płód odpowiadał wielkością na 27. tydzień – usłyszałam, że dziecko będzie małe, bo ja i mąż jesteśmy szczupli. W szpitalu robiono mi kilkakrotnie KTG – macica nie wykazywała skurczów porodowych, a nieprawidłowe tętno dziecka tłumaczono podawanymi lekami.

Za kilka dni miałam wyznaczone trzecie badanie genetyczne, które tak naprawdę dało szansę naszej córeczce. Pani doktor postawiła sprawę jasno: znaczna hipotrofia, małowodzie – trzeba jak najszybciej poszukać szpitala, gdzie w warunkach klinicznych będzie można monitorować ciążę i ewentualnie wcześniej ją zakończyć.

Znalezienie miejsca w takim szpitalu, który dodatkowo ma odział przygotowany na przyjęcie wcześniaków, jest niestety bardzo trudne. Nam się udało i zostałam wieczorem przyjęta na Oddział Ginekologii w Szpitalu Miejskim w Rudzie Śląskiej. Zrobiono mi badanie i dostałam zastrzyk na rozwój płuc. Rano kolejne badania i w południe usłyszałam: „Zdecydowaliśmy się o 20.00 zakończyć ciąże, KTG jest fatalne, najprawdopodobniej dziecko do tego czasu nie przeżyje”. Była to najstraszniejsza informacja, jaką usłyszałam w życiu. Nie wiedziałam, co mam zrobić, byłam zupełnie nieprzygotowana. Czułam, że za kilka godzin zabiorą mi moją córeczkę, a ja nic nie jestem w stanie zrobić, żeby ją uratować. Nie da się opisać, jaką bezradność czują wówczas rodzice. Strach był tak paraliżujący, że podczas cięcia nie miałam odwagi nawet zapytać, czy córeczka żyje, a sam lekarz też nie udzielił mi takiej informacji. Kiedy przywieźli mnie na salę pooperacyjną, czekał na mnie mąż i wtedy dowiedziałam się, że nasze maleństwo żyje, ale stan jest ciężki.

Nadia ważyła 990 g, mierzyła 37 cm, otrzymała 4/6 pkt Apgara. Od początku była dzielna – oddychała. Wsparto ją jedynie nCPAPem. Następnego dnia mogłam ją zobaczyć – nigdy nie wyobrażałam sobie, że dziecko może być takie malutkie – dłonie wielkości paznokcia małego palca, paluszki chudziutkie jak zapałki, główka jak piąstka. Wiedziałam, że muszę być silna, bo mam dla kogo – zakochałam się bezgranicznie i modliłam się, o to żeby przeżyła. Komplikacje pojawiły się w drugiej dobie – nie trawiła pokarmu, bardzo złe wyniki płytek krwi – zdiagnozowano NEC I st. Trzeba było transportować na OIOM z zapleczem chirurgicznym, ale każdy pobliski szpital odmówił – brak miejsc. Miejsce znaleziono w WCM w Opolu, gdzie przetransportowano nasze maleństwo w 4. dobie. Moment, kiedy kazano mi się pożegnać z dzieckiem, był dla mnie najtrudniejszy. Po paru godzinach udało mi się wypisać i pojechać do Opola. Stan się ustabilizował i tam po raz pierwszy mogłam przytulić mój Skarb. Odpięto nCPAP i nasz Herkules oddychał bez wspomagania. Z martwiczego zapalenia jelit wyszła bez operacji, a po 10 dniach zaczęła trawić 2 ml mleka mamy. Po antybiotykoterapii płytki krwi znacznie wzrosły. Gdy pierwszy raz zrobiła „kupkę”, płakaliśmy ze szczęścia J Pobyt na OIOM-ie i kangurowanie było dla mnie ukojeniem, tam odżywałam, miałam energię, rana po cięciu nie bolała. Gdy wychodziłam wieczorem, już tęskniłam. Po 20 dniach Nadię przetransportowano z powrotem do Rudy Śląskiej, gdzie miano ją „utuczyć”. Apetyt jej dopisywał, nauczyła się pić z butelki i powolutku się zaokrąglała.

U naszej córeczki zdiagnozowano: hipotrofię wewnątrzmaciczną, niedotlenienie okołoporodowe, wrodzone zapalenie płuc, martwicze zapalenia jelit I st., żółtaczkę, ROP I st., wylewy dokomorowe I st., przepuklinę pachwinową, zapalenie pępka, niedokrwistość (I transfuzja), naczyniak jamisty przedniej części nosa. Podejrzewano wodogłowie, gdyż głowa rosła w ekspresowym tempie (12 cm w 6 tygodni) – na szczęście kilkukrotne USG i tomografia wykluczyły.

Po 60 dniach spędzonych na OIOM-ie nasza córeczka została wypisana do domu z wagą 2100 g i miarą 47 cm. Piękna i długo wyczekiwana chwila. Od tego momentu zaczęła się walka o zdrowie Nadii i wędrówka po specjalistach. Bardzo martwił mnie naczyniak, który po dwóch tygodniach przypominał truskawkę na nosie. Udało nam się jednak znaleźć ośrodek we Wrocławiu, gdzie wprowadzono metodę leczenia naczyniaków propranololem.

Mieliśmy mnóstwo szczęścia, a nasza córeczka jest małym, wielkim Cudem. Do końca życia będę dziękować Bogu za to, że jest. Trudną drogę pokonałyśmy, bo mamy przy sobie cudownego męża – tatusia, kochane mamy – babcie, rodzinę i znajomych, którzy każdego dnia nas wspierali.

Dziś Nadia ma rok i tydzień – waży 6500 g i mierzy 70 cm. Od samego początku była silna i dzielnie walczyła o życie. Pomimo ciężkiego startu i obciążeń okołoporodowych rozwija się prawidłowo – lekarze są zadowoleni. Torbiele w mózgu uległy regresji, echo okołokomorowe prawidłowe, retinopatia wycofała się, początkowo niedosłuch po kolejnym badaniu Bera dał wynik prawidłowy, przepuklina zniknęła po 4 miesiącach, naczyniak zniknął po 6 tygodniach. Po skończeniu 4 m-cy Nadia nauczyła się pić z piersi i mogę ją karmić do tej pory. Motorycznie dogoniła rówieśników w 9. m-cu życia (7 korygowanych), choć początkowo ruchowo sporo odstawała i bardzo się tym zamartwiałam. Zaczęła przewracać się na boki w 7. m-cu, po czym niesamowicie skoczyła do przodu. Zmagaliśmy się z obfitym ulewaniem, które na szczęście zakończyło się po 10. m-cu. Nadunia jest też niejadkiem – niestety jedzenie i picie nie należy do jej ulubionych zajęć w ciągu dnia. Jest cudownym dzieckiem, a każda wspólnie spędzona chwila jest dla mnie bezcenna.

Rok temu przeżywaliśmy trudny czas, ale dzięki Fundacji Wcześniak nasza nadzieja nie wygasła. Dziękuję wszystkim rodzicom za historie, które w tym trudnym okresie podtrzymywały nas na duchu i nie pozwalały zwątpić w siłę tym malutkich dzieciaczków.

Na koniec z całego serca chcę szczególnie podziękować Pani Dr Baranowskiej, dzięki której nasza córeczka dostała szansę i w odpowiednim momencie skierowała nas do szpitala. Dziękuję Profesorowi Świetlińskiemu oraz całemu zespołowi lekarzy i pielęgniarek Oddziału Neonatologii oraz Ginekologii i Położnictwa w Szpitalu Miejskim w Rudzie Śląskiej oraz Dr Walasowi i całemu zespołowi lekarzy i pielęgniarek OIOM-u w WCM w Opolu za uratowanie życia naszej małej i kruchej córeczki. Jestem wdzięczna za ciepło, szacunek i wyrozumiałość, a przede wszystkim troskę, którą była objęta nasza córcia. Dziękuję Profesorowi Bagłajowi i Dr Gromkowskiej za rewelacyjną terapię leczenia naczyniaka. Dziękuję neurologopedzie Pani Ładzie za motywację i wsparcie w karmieniu piersią. Dziękuję również Pani Joannie Wiaterek–Lipok za rehabilitację i wiarę w naszego małego Herkulesa.