Fundacja wcześniak

Młodsze rodzeństwo naszych wcześniaczków

Temat, który podejmuję, jest bardzo trudny dla większości rodziców wcześniaczków. Im większe są konsekwencje porodu przedwczesnego, tym rzadziej rodzice podejmują rozważania o kolejnym maleństwie. Problem jest mniejszy albo nie ma go wcale, jeśli wcześniaczek jest kolejnym dzieckiem i ma już starsze rodzeństwo. Co jednak, jeśli wcześniaczkiem okazało się być nasze pierwsze dziecko – co wtedy? Ma pozostać jedynakiem czy jednak pozwolimy mu dorastać wśród braci lub sióstr.

Oczywiście, jeśli znane są przeciwwskazania lub trudności medyczne, to wiadomo, że każda ciąża jest ryzykowna. Co jednak, jeśli wcześniactwo przydarzyło się niespodziewanie, jak do końca nie wiadomo, dlaczego tak się stało. Czy warto ryzykować? Co sprawia, że znowu stajemy przed tak wielkim wyzwaniem?
Każde z nas pamięta, jak stało bezsilne nad inkubatorem, z oczami pełnymi łez, jak patrzyliśmy na niekończące się rurki, zabiegi, nakłucia. Jak drżeliśmy, gdy tylko słyszeliśmy dźwięk telefonu – którym mógł być lekarz opiekujący się naszym maleństwem. Jak trudno było walczyć o pokarm, ile razy siedziałyśmy same na sali, mozolnie ściągając laktatorem mleko, które, nie wiadomo dlaczego, wcale nie chciało płynąć. Ile razy słyszeliśmy: „Stan jest poważny, ale proszę być dobrej myśli”. I co znowu mamy przez to przechodzić…. Po co…. Jak widać, nawet najlepsze ciąże mogą zakończyć się przedwcześnie, czy mamy siłę przejść przez to wszystko jeszcze raz?
Nie ma odpowiedzi na te pytania. Nie ma lekarzy gwarantujących nam dotrwanie do końca ciąży. Nie ma naprawdę żadnych lekarstw, które mogłyby nam zapewnić spokój przez te 9 miesięcy. A jednak, pomimo tych wszystkich niewiadomych, decydujemy się na kolejnego maluszka, z nadzieją patrząc w przyszłość, z radością licząc na cud, który się ziści…. Wbrew innym złym myślom i obawom.

W pierwotnym zamyśle artykuł ten miał mieć charakter medyczny i naukowy, który z czasem zmienił się w relację kilku mam, które zdecydowały się na kolejne maleństwo po pierwszym wcześniaczku lub straciły swojego wcześniaczka i dzielnie walczyły o drugie dziecko. Myślę, że tak naprawdę opis tych przeżyć i doświadczeń jest najlepszym sposobem pokazania, jak ważną i trudną decyzją jest kolejne macierzyństwo. Ale jak widać, życie zawsze nas zaskakuje i po trudnych dniach przychodzą te lepsze, piękniejsze… nie ma bowiem większego cudu niż cud narodzin.

Małgorzata Kliś, mama Paulinki (28. tydz.) i Maksymiliana (38. tydz.)
Moje pierwsze dziecko – Paulina przyszła na świat w 28. tygodniu ciąży. Ważyła 1170 g i miała 43 cm. Była bardzo wyczekiwanym przez nas dzieckiem. Kiedy ją urodziłam, nie zdawałam sobie sprawy, co to naprawdę znaczy mieć wcześniaka. Dla mnie oczywisty był fakt, że lekarze ratują dzieci powyżej 500 g. Nie zdawałam sobie sprawy, jakie są konsekwencje urodzenia tak małego i niedojrzałego dziecka. Przez myśl mi nie przeszło, że moje dziecko przyjdzie na świat tak wcześnie.
Po urodzeniu Paulinki czułam jakiś niedosyt. Wszystko stało się tak nagle. Brakowało mi jej delikatnych ruchów pod skórą brzucha, które dopiero niedawno zaczęłam wyczuwać. Taka byłam dumna, że wreszcie inni zaczną zauważać, że jestem w ciąży, będę matką.
Kiedy Paulinka miała 1,5 roku, postanowiliśmy spróbować jeszcze raz. Chciałam znów cieszyć się rosnącym z miesiąca na miesiąc brzuchem. Oczywiście byłam pełna obaw, ale chęć bycia w ciąży była silniejsza od wszystkiego. Znaleźliśmy w Rzeszowie cieszącego się bardzo dobrą opinią lekarza. Na pierwszej wizycie stwierdził brak przeciwwskazań do kolejnej ciąży. Chciałam się bardzo starannie przygotować, aby uniknąć tragicznych niespodzianek i donosić drugie dziecko. Zdecydowałam się na wszelki wypadek rodzić w szpitalu, gdzie jest najlepszy oddział dla wcześniaków. Już na drugiej wizycie (po 2 miesiącach starań) okazało się, że malutki dzidziuś rośnie w moim brzuchu. Nie posiadaliśmy się ze szczęścia, że wreszcie będziemy taką prawdziwą pełną rodziną. Byłam pełna optymizmu, że tym razem wszystko będzie, jak należy.
W 11. tygodniu stało się. Lekarz bardzo długo robił mi USG. Już wtedy czułam, że coś jest nie tak, bo za długo to trwa. Kiedy zeszłam z fotela, ubrałam się i usiadłam, usłyszałam przerażającą prawdę. „Przykro mi, serce dziecka przestało bić. Płód jest martwy i nic już nie możemy zrobić”. Gdyby nie świadomość, że w samochodzie czeka kochający mąż, a w domu 1,5-roczna córeczka, załamałabym się całkiem. Wtedy poległy moje marzenia o licznej rodzinie. Nie wierzyłam, że jeszcze uda mi się zajść w ciążę i ją donosić. Oczekując w szpitalu na zabieg, leżąc na sali z brzuchatymi kobietami, postanowiłam, że się nie poddam. Otuchy dodały mi słowa lekarki i położnych: „Pani jeszcze do nas wróci i to niedługo” .
10 miesięcy później znowu leżałam w tym szpitalu na oddziale Patologii Ciąży. Byłam w 14. tygodniu i oczekiwałam na zabieg założenia szwu na szyjce macicy. Miał on umożliwić mi donoszenie ciąży. Niektóre pacjentki dziwiły się, że mam 24 lata i to już moja 3. ciąża. Ale przecież nie jest ważna metryka, ale to czy kobieta czuje się gotowa zostać matką. Ja już w dzieciństwie uwielbiałam kąpać, przewijać i usypiać w wózku moje lalki dzidziusie. Bardzo żałowałam, że nie mam małego braciszka lub siostry.
Teraz mam swoje ukochane, czasami niegrzeczne, ale i tak cudowne dzieciaki. Pomimo przewagi złych doświadczeń i problemów ciążowych, marzymy z mężem o powiększeniu rodziny. Myślę, że znajdę siłę i cierpliwość, by „wyleżeć” kolejną ciążę. Pomimo trudności udało mi się donosić synka do 38. tygodnia. Nie mówię, że było łatwo. Leki na podtrzymanie kosztowały majątek, jak również częste pobyty w szpitalu. Owocem naszych starań jest 11-miesięczny Maksymek. Mam nadzieję, że nie będzie naszym najmłodszym maluchem. Pozdrawiamy.

Małgorzata i Mariusz Kliś, z Paulinką i Maksymilianem

 

Katarzyna Forgiel – mama Mateusza (30. tydz.) i 30-tygodniowej dzidzi (termin na 11 października)
Gdy dowiedzieliśmy się, że zostaniemy rodzicami, nie posiadaliśmy się ze szczęścia. Nikt z nas jednak nie spodziewał się, że nastąpi to tak szybko. Ciąża przebiegała prawidłowo. Termin mieliśmy wyznaczony na 9 lutego 2004 r., a nasz synek przyszedł na świat 1 grudnia 2003 roku. Urodził się w 30. tygodniu ciąży i ważył 1420 g. Był silnym facetem. Oddychał samodzielnie. W pierwszej minucie dostał 4 punkty w skali Apgar, a w trzeciej minucie 7 punktów. Po przewiezieniu na OION z powodu narastania duszności wymagał wsparcia oddechu metodą CPAP. W 38. dobie życia w stanie ogólnym dobrym z masą ciała 2030 g wypisano naszego bobasa do domku.
Zaczęło się. Zostaliśmy rodzicami po raz pierwszy. Nieprzespane noce. Pierwsze kupki, karmienia, kąpanie itd. Totalny zawrót głowy. Na początku przez pierwsze 2 tygodnie nie mogliśmy się z mężem odnaleźć. Nasz świat zmienił się o 360`. Ale warto było. Mateuszek rozwijał się świetnie. Przybierał na wadze i rósł w oczach. Był bardzo pogodnym i bezproblemowym dzidziusiem. Uwielbiał spacerki. Kąpanie było jego pasją. Gdy miał 10 m-cy zaczął powoli mówić. Cieszyliśmy się bardzo. Rozwijał się świetnie bez żadnych problemów. Tydzień przed roczkiem nasz synuś zaczął chodzić. Obecnie ma 19 m-cy i mówi naprawdę dużo. Można się z nim porozumieć. Pokaże i powie po swojemu, o co mu chodzi. Jest mały jak na swój wiek, ale wszystkiego mieć nie można.
Obecnie jestem w ciąży z drugą dzidzią. To już 30. tydzień. Wszyscy drżymy o to, aby ta dzidzia nie urodziła się za wcześnie jak jej braciszek. Ciąża przebiega prawidłowo, chociaż wykryto u mnie toxoplazmozę. Biorę leki – rovamycynę do końca ciąży. Czuję się świetnie. Dzidzia rozwija się prawidłowo i jest zdrowa, co potwierdziło badanie usg. Teraz w tej ciąży staramy się nie myśleć o tym, co będzie. Nie szykujemy nic dla dziecka. Żyjemy chwilą, z tygodnia na tydzień. Wczoraj wróciłam ze szpitala. Zauważono u mnie grzybicę, którą już wyleczyliśmy (cieszymy się z tego ogromnie). Założono mi już szew na szyjkę macicy, aby uniknąć tak wczesnego porodu. Teraz moi chłopcy zajmują się domem i mną. Nie wolno mi nic robić i muszę się oszczędzać. Boję się strasznie o dziecko, ale staram się optymistycznie patrzeć na to wszystko i nie dopuszczam do siebie złych myśli. Teraz nie boję się macierzyństwa. Już wiemy, co i jak. Chociaż mam dopiero 23 lata (mąż 24) jestem szczęśliwa, że mogę być mamą i żoną. Jestem z tego dumna. Mam ślicznego synka, który rozwija się prawidłowo, chociaż jest wcześniaczkiem. Kochamy go najmocniej na świecie i nie wyobrażamy sobie życia bez niego. Teraz tylko boimy się o to, czy będziemy umieli przelać naszą miłość na drugą dzidzię. Mateuszek jest bardzo zazdrosny (chociaż codziennie daje mi buziaka w brzuszek dla dzidzi). Boję się, że sobie nie poradzę z obowiązkami. Dwójka dzieci..hmmm, trudne zadanie. Jednakże jesteśmy optymistami i myślę, że sobie poradzimy. Mamy nadzieję, że nasz mały urwisek dostosuje się do nowej sytuacji i będzie ok.

Chcielibyśmy pozdrowić wszystkich wcześniaków i ich rodziców. Uszy do góry! Będzie ok. Trzeba tylko pozytywnie myśleć. Buziaki
Katarzyna i Marcin Forgiel

Agnieszka Kus – mama Dominika (33. tydz.) i Filipa (37. tydz.)
Dominik urodził się w 33. tygodniu ciąży. Teraz ma już prawie 3,5 roku, jest bardzo rozgadanym, niskim chłopczykiem. Powoli zaczyna rozmawiać w dwóch językach, choć najwięcej mówi po polsku. Widzę, że rozumie, gdy się do niego mówi po angielsku, lecz odpowiadać zazwyczaj woli po polsku, jeśli musi złożyć całe zdanie. Ale odpowiedzi są na temat! W sumie nie widać już tego, że jest wcześniakiem, rozwija się prawidłowo, nie choruje, jedyne co mogę powiedzieć negatywnego na jego temat to fakt, że jest okropnym niejadkiem. Trzeba go przekupywać, by coś zjadł.
W wieku dwóch lat zaczął chodzić do przedszkola. Od tego czasu stał się bardzo samodzielny. Nauczył się sam jeść, ubierać, dzielić zabawkami i co najważniejsze sprzątać rozrzucone zabawki po sobie. W wieku dwóch i pół roku przestał załatwiać się w pieluchę, a od kilku tygodni nawet w nocy już jej nie potrzebuje. Jest bardzo pogodnym dzieckiem, choć od miesiąca stał się bardzo zazdrosny. No i ma powód! 8 czerwca 2005 roku dołączył do nas mały braciszek Philip Adam, urodzony pierwszego dnia 37. tygodnia z wagą 2930 g i wzrostem 49 cm.

Tym razem obyło się bez cesarskiego cięcia i przeżycie zobaczenia w lustrze maleństwa, które się właśnie rodzi, jest nie do opisania. Wspaniałe było to, że mogłam małego wziąć zaraz na ręce, czego niestety jak większość mam wcześniaków nie doświadczyłam za pierwszym razem.
Najtrudniejsze było podjąć decyzję, aby zajść w ciążę, mężowi zajęło prawie rok, by mnie przekonać! I myślę, że naprawdę było warto. Jak widać historia nie powtórzyła się tym razem, ale przez całą ciążę lekarz zalecił, abym bardzo się oszczędzała. Sprzątanie i zakupy spadły na męża. W ostatnim dniu 34. tygodnia podczas wizyty w szpitalu, po całym dniu bólu w krzyżu i biodrach, maszyna pokazała, że mam skurcze, szyjka macicy była również krótka i miękka, lekarz zdecydował, że czas rodzić. A ja uparta dusza powiedziałam, że jak nie odeszły wody, to ja nie będę rodzić. Wróciłam więc do domu, zrezygnowałam z pracy i leżąc w łóżku przez pierwszych kilka dni, a następnie dużo odpoczywając, przeciągnęłam ciążę o dwa tygodnie!
Dominik pomimo zazdrości, którą okazuje oczywiście w czasie karmienia małego, jest szczęśliwy, że ma małego braciszka. Mówi, że nie chce go oddać, pomaga przewijać małego, to znaczy podkłada małemu pieluchę i próbuje smarować go kremem. Nie lubi, gdy zbyt dużo ludzi naraz patrzy na Philipa, wtedy zakrywa mu buzię rączkami lub pieluszką. Bardzo lubi małego całować i głaskać, mówiąc, że to jego „maleńki człowieczek” lub „little brother Philip”.
Cóż jeszcze mogłabym napisać, głowa do góry, za drugim razem będzie prawdopodobnie lepiej, ale jak już napisałam wcześniej, myślę, że podjęcie decyzji o samym zajściu w ciążę jest o wiele trudniejsze niż kolejne miesiące samego bycia w ciąży.
Pozdrawiamy,
Agnieszka, Krzysztof, Dominick & Philip Kus

Agnieszka Kaluga – mama Martynki (27. tydz.) i Bartka (29. tydz.)
Jestem mamą Martynki i Bartusia, dwóch wcześniaków. Ciąża z Martynką (planowana i wyczekiwana) stała się ciążą trudną od czwartego miesiąca, kiedy z silnymi skurczami trafiłam do szpitala. Mnóstwo leków, leżenie, strach, rosnący mięśniak macicy, ale udało się na tyle zapanować nad sytuacją, że „wróciłyśmy” do domu. Prowadziłam bardzo oszczędny tryb życia, maleńka rozwijała się prawidłowo, stosowałam się do wszelkich zaleceń lekarskich i czekałam na kwiecień 2002 – czyli termin planowanego porodu. Łykałam fenoterol – ale „doraźnie, gdy twardnieje brzuch” wg zaleceń. I to był, jak się okazało, błąd. W nocy z 6 na 7 stycznia z silnymi bólami trafiłam do szpitala. Rozwarcie na 8 cm zrobiło się w oka mgnieniu, nikt nie wierzył, że uda się powstrzymać poród dłużej niż godzinę. Błagałam o podanie mi leków hamujących poród. Tylko ja wierzyłam, że tego dnia nie urodzę. Wytrzymałam bez ruchu, na wznak, z pośladkami uniesionymi wyżej niż klatka piersiowa, cztery i pół doby. Ponoć nawet „pobiłam” szpitalny rekord – nikt w takim stanie tyle nie wytrzymał – ale jakoś nie czułam się dumna; raczej wściekła na siebie, że „nie dałam rady”. 11.01.2002 – szybka cesarka dla dobra Martyny, OIOM i równia pochyła.
Maleńka urodziła się w 27. tyg. ciąży z wagą 1000 g. Rodzice wcześniaków wiedzą aż za dobrze, jaki strach i bezradność towarzyszy pierwszemu spotkaniu z tym niewielkim, bezbronnym człowiekiem podłączonym do migających, gigantycznych aparatów. Wrodzone zapalenie płuc, kłopoty z nerkami, niewydolność oddechowa, 3 wylewy – w tym ostatni już 3. na 4. stopień – wreszcie zamartwicze zapalenie jelit. Za dużo jak na naszą córeczkę. Walczyła naprawdę dzielnie; mimo stanu zapalnego próbowała sama oddychać. Układ Bottala zarósł sam, serce biło mocno… Odeszła 20.01.2002 r., pierwszy raz trzymałam ją w ramionach, gdy… już jej z nami nie było.
Czas żałoby to czas – pustynia w moim sercu i pamięci. Nie robiłam nic, absolutnie nic. Do tego doszły solidne problemy ze zdrowiem. Rana po cesarskim cięciu zaczęła ropieć, wciąż miałam podwyższoną temperaturę, infekcje w drogach rodnych (waginoza) – której nie dało się wyleczyć prawie… półtora roku, gronkowce – gdzie się dało, totalny spadek odporności. Sześć miesięcy po porodzie znalazłam się na stole operacyjnym – trzeba było usnąć prawie 7-centymetrowego mięśniaka macicy. Moje ciało wciąż rozczarowywało. Nie działały żadne leki, nawet najsilniejsze. A tak bardzo chciałam móc zajść w ciążę, urodzić dziecko. Szukałam dobrego lekarza, alternatywnych metod leczenia. Niemal cudem w końcu się udało (pomógł pewien lek testowany w poznańskim instytucie mikrobiologii, który jednak nie trafił na polski rynek – nad czym ubolewam, bo pomógł wielu osobom) – mój ginekolog powiedział: „Pani Agnieszko, jest pani zdrowa. Do zobaczenia w ciąży”. Długo nie trwało – za miesiąc przyszłam do niego z podwójną kreską na teście. Niewymowny strach i przeczucie, że nie donoszę tej ciąży, przeplatał się z wiarą w opiekę Martynki. Pierwszy trymestr minął bez zarzutów. W siedemnastym tygodniu ciąży, obstawiona lekami, trafiłam znów do szpitala – i zostałam do porodu. Niewydolność szyjkowo-cieśniowa, zespół lejka (szyjka rozwierała się i od dołu, i od góry…), ból. Leżałam w tym samym szpitalu, gdzie na świat przyszła córeczka. Piętro wyżej była neonatologia. Sporo wysiłku kosztowało mnie, by nie myśleć nocami, że nad moim łóżkiem, nad głową jest miejsce, gdzie po raz pierwszy i … ostatni zobaczyłam nasz upragniony cud. Dużo bym dała, by zapomnieć ów czas szpitalny.
Bartuś Tadzik urodził się 23.10.2003 r. (znów cesarka) w 29. tyg. z wagą 1300 g. Ab. 5, 5, 7. Był we mnie dłużej o… 10 dni niż Martynka. Tylko i – jak się okazało – aż. Dzięki temu, że lekarze spodziewali się przedwczesnego rozwiązania, dostałam w dwutygodniowych odstępach 3 dawki celestonu – sterydu na rozwój pęcherzyków płucnych. Bartek szedł jak burza. Z każdym dniem było lepiej. Pani od RTG nazwała go małym Herkulesem.
Jest wiele racji w słowach, że wiemy o sobie tyle, ile nas sprawdzono. Gdyby ktoś powiedział mi wcześniej, że po śmierci pierwszego dziecka zdecyduję się na drugie – nie uwierzyłabym. A jednak. Naprawdę warto „wypłynąć na głębię”, rzucić się w morze – nagroda przerosła nasze wyobrażenia. Patrzeć jak Bartuś rośnie, rozwija się, zaczyna raczkować, gaworzyć, jak próbuje… polizać wiatr, wyciąga rączki, śmieje się w głos… – nie ma nic piękniejszego. Jest naszym słoneczkiem i sensem życia.

Agnieszka i Bartosz Kalugowie

„Dlaczego. Organizacja Rodziców po Stracie oraz Rodziców Dzieci Chorych” –www.dlaczego.org.pl

Tamara Zgadzaj – mama Mikołaja (26. tydz.) i Mai (37. tydz.)
Całą ciążę przechodziłam wspaniale. Dobrze się czułam i wszystko robilam. Lekarz prowadzący w 25. tygodniu ciąży – to był początek kwietnia 2003 roku, pozwolił mi na wyjazd na Wielkanoc na Mazury. Była to poważna decyzja, gdyż mieszkam na Śląsku. W nocy z 7 na 8 kwietnia ni stąd, ni z owąd odeszły mi wody. Byliśmy przerażeni, bo to był dopiero 26. tydzień ciąży. Dużo za wcześnie. TO DOPIERO BYŁ PÓŁMETEK!!!
Wezwaliśmy pogotowie, które zawiozło mnie do szpitala. To niestety było TO. Już nic nie mogłam zrobić. Lekarz kazał mi się zdecydować na rodzaj porodu. Cesarskie cięcie czy poród naturalny. Cięcie dawało maluszkowi większe szanse, gdyż nie musiał się wysilać, żeby się przecisnąć. Wybrałam oczywiście cięcie. Zaraz po wyciągnięciu maleństwa widziałam go przez ułamek sekundy i od razu zabrali go karetką do innego szpitala. Mnie w trzeciej dobie po cięciu wypisano ze szpitala. Mikołaj ważył 850 g, był taki maleńki.
Okazało się, że został zarażony gronkowcem typu – skórny. Zawsze rano byłam przy jego inkubatorku i odchodziłam po południu z duszą na ramieniu. Było nam bardzo trudno patrzeć, jak mały się męczy. Nigdy nie oddychał sam – zawsze przez respirator. Mogłam go głaskać, mówić do niego, ale nigdy nie miałam go w ramionach. Tak bardzo nam Go brakuje. Nawet teraz, gdy to piszę, to łzy same mi spływają po policzkach. Żył dokładnie 10 tygodni. To było najtrudniejszych 10 tygodni w moim życiu.
A potem stał się cud. W przeddzień, w którym zmarł Mikołaj, zaszłam w ciążę. Teraz
mamy 7-miesięczną, piękną, ZDROWĄ córeczkę. Ma na imię Maja i tak sobie myślimy, że to jest to samo dziecko co wcześniej, tyle że dziewczynka.

Tamara Zgadzaj, z córką Mają

Magdalena Makaruk, mama Joachima (29. tydz.) i Jonatana (38. tydz.)
Joachim skończy we wrześniu trzy latka. Wyrósł nam pięknie na dużego, samodzielnego i bardzo pogodnego chłopca. Po jego wcześniactwie nie ma już prawie śladu, a nawet pod względem wzrostu i wagi przerósł swoich rówieśników. Cieszymy się każdego dnia jego nowymi umiejętnościami, a zwłaszcza nowymi słówkami, które przyswaja niezwykle szybko. Ale mimo jego tak dobrego rozwoju z pewnym niepokojem rozmawialiśmy o kolejnym dziecku. Niby nie było żadnych powodów do obaw, ale przy pierwszej ciąży też wszystko przebiegało dobrze, aż do 29. tygodnia kiedy to nagle, nie wiadomo dokładnie dlaczego, odeszły wody i zaczął się poród.
Ale oboje z mężem chcieliśmy mieć większą rodzinę i tak naprawdę jak Joachim skończył roczek, zostawiliśmy decyzję losowi – będzie drugie dziecko wtedy, kiedy będzie miało być. Nie musieliśmy długo czekać – już w grudniu okazało się, że jestem w ciąży. Oczywiście była radość, ale był też strach, czy historia się powtórzy. Przy Joachimie mieliśmy po prostu dużo szczęścia, bo obydwoje wiemy, że tak wczesne wcześniactwo może skończyć się bardzo różnie… Gdybym miała szczerze odpowiedzieć na pytanie, co jest trudniejsze: czy podjęcie decyzji o kolejnym dziecku, czy już samo bycie w ciąży – to odpowiedziałabym, że to pierwsze. Teoretyczne i hipotetyczne rozważania wywołują więcej emocji i obaw niż sam fakt, że ma się w sobie nowe życie. Ciąża sprawia, że każda kobieta instynktownie skupia się na swoim maleństwie i tak postępuje, aby to przede wszystkim jemu było dobrze. Ja też dbałam o siebie, kontrolowałam badania, robiłam usg, ale bez przesady – w domu miałam półtoraroczne dziecko, które wymagało z każdym dniem coraz więcej uwagi i pracy, i z ciążą czy bez trzeba było się nim zająć. Nie miałam więc czasu na leżenie do góry brzuchem, bo zwyczajnie obowiązki domowe i zawodowe mi na to nie pozwalały. Poza tym przez całą ciążę nie myślałam o czyhających zagrożeniach, tylko cieszyłam się każdym mijającym tygodniem i dobrymi wynikami. A już najwięcej radości sprawiło nam trójwymiarowe usg połówkowe, na którym bardzo dokładnie obejrzeliśmy sobie naszą niespodziankę – do końca nie wiedzieliśmy, kto tam sobie mieszka.
Oczywiście wizja wcześniactwa i inkubatorów nie zniknęła, ale starałam się, aby nie zaćmiła mojego dobrego nastroju i radości bycia w ciąży. Co prawda już od 7. miesiąca miałam spakowaną torbę i byłam gotowa jechać do szpitala, ale na szczęście nie było to potrzebne. Wytrwaliśmy razem do końca 38. tygodnia i wtedy 18 lipca urodził się nam drugi synek – Jonatanek dwa razy cięższy i o 13 cm dłuższy niż jego starszy brat w dniu urodzin. Ten moment szczęśliwego rozwiązania wynagrodził wszystkie wielomiesięczne obawy, niedogodności i strachy. Teraz jesteśmy już czteroosobową rodziną, a w naszym domu dokazuje dwóch zuchów, każdy w inny sposób. Współtworząc ten artykuł, chciałabym dodać otuchy i wiary tym wszystkim rodzicom wcześniakowym, którzy chcieliby mieć kolejne dziecko, ale przeżycia związane z posiadaniem wcześniaka skutecznie to pragnienie zagłuszają. Prawda jest taka, że dziecko urodzone o czasie i zdrowe wychowuje się o wiele łatwiej i mniej stresowo, no i oczywiście takie dziecko szybciej rośnie i zdobywa nowe umiejętności. A historia, jak widać, nie musi się powtórzyć.

Pozdrawiamy serdecznie
Magdalena, Tomasz, Joachim i Jonatan Makarukowie