Fundacja wcześniak

Mikołaj Kaczmarek

31. tydz., 1650 g, 15.09.2016 r.

Decyzję o drugim dziecku odkładaliśmy aż 8 lat. Nakładało się na to wspomnienie z pierwszej ciąży, bo leżałam całe 8 miesięcy. Kiedy jednak nadszedł ten dzień, że oboje z mężem byliśmy gotowi, pozostało czekanie na dwie kreseczki na teście.

Piątego marca zrobiłam test i oboje z mężem mieliśmy łzy wzruszenia w oczach. Zaraz po tym pojawiły się wątpliwości i obawy. Na szczęście moja ciąża przebiegała książkowo. Wszystkie badania, każde USG bez odchyleń od normy. Mam wadę wrodzoną (dwurożna macica), tym bardziej byliśmy przeczuleni. Czas leciał, dzidziuś przybierał na wadze, robił fiołki, a my najszczęśliwsi na świecie szukaliśmy większego samochodu, pięknego wózka, malowaliśmy pokoje, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik.

Mąż wyręczał mnie we wszystkim, kazał leżeć, żeby tylko wszystko było dobrze, no i bylo. Aż do 15.09.2016 r. Po szybkim prysznicu położyłam się spać jak co dzień. Wstałam do toalety około 1:00 w nocy, wróciłam z łazienki i poczułam, że spina się mój brzuch. Zjadłam nospę i obudziłam męża. Mąż pogłaskał mój brzuszek i powiedział, że maluszek śpieszy się na świat (jeszcze wtedy nie miał pojęcia, ile w tym racji).
Po nospie zasnęłam, obudziłam się o trzeciej, czując mokrą koszule. Obudziłam krzykiem męża i kazałam zapalić światło, bo wody mi odeszły. Spojrzał na mnie przerażonymi oczami. Kiedy zaświecił światło, jeszcze bardziej się przeraził. Moja koszula, łóżko pływało we krwi, a kiedy wstałam z łóżka, kolejne litry popłynęły na podłogę.

Szybko położyłam się w drugim pokoju i czekałam na karetkę. Sąsiadka przybiegła do starszego syna, wszyscy byliśmy bardzo przerażeni z wypisanym na twarzy „DLACZEGO”? Ratownicy zabrali mnie na plandece do pobliskiego szpitala. Jedyne, co dodawało mi siły, to ruchy mojego syna, ciągle je czułam. Lekarz dyżurny w szpitalu pierwszy rzucił „cięcie robimy”. Ale po badaniu postanowił zaczekać. Nasz synek był bezpieczny, wody płodowe bez żadnych odchyleń. Dostałam kroplowki i zastrzyk ze sterydami na płucka dla małego. Kiedy krwotok delikatnie ustąpił, zadecydowali o przewiezieniu mnie na patologię ciąży do innego szpitala, gdzie mój syn będzie miał fachową opiekę. Po godzinie transportu karetką kolejna izba przyjęć, kolejne badania. Decyzja – na porodówkę.

Leżałam tam od 10:00 rano, wspaniała opieka pomogła mi opanować emocje i strach. Lekarz co chwilę badał i tłumaczył, że robią wszystko, żeby zatrzymać akcję porodową. Niestety po kroplówkach, zastrzykach i wszystkim, co się dało, nadszedł czas na sądne słowa „musi Pani urodzić”.

Nasz syn Mikołaj przyszedł na świat o godzinie 20:45, ważył 1650 g i był silnym chłopcem – zapłakał, a to liczyło się bardzo. Dostał 6 pkt na początek, potem 7 i 8. Był 4 doby podłączony do wspomagacza tlenu, ale lekarz mówił, że radzi sobie świetnie. Kiedy następnego dnia zeszłam do syna i zobaczyłam go w inkubator ku, nie umiałam powstrzymać łez. Mąż mnie wspierał, ale na niewiele to się zdało. Pomoc psychologa była niezbędna. Kiedy po tyg. wyciągnęli go z inkubatora, mieścił się na dłoni męża. Każdy dzień był lepszym od poprzedniego. Z czasem zabrali mu inkubator, zaczął ssać pierś i po miesiącu wrócił do domu. To, co przeżyliśmy, wzmocniło naszą rodzinę i pokazało, jak kruche jest nasze życie.
Wiara w Boga pozwoliła nam wytrwać razem z naszym małym synkiem, kiedy było ciężko i strasznie.

Dziś nasz synuś waży 3300 g i 62 cm, ma dwa miesiące i jest cudowny. Kocham każdy jego ruch, każdy milimetr jego ciałka. Jest największym cudem, jaki mógł nas spotkać.Wcześniaki to bardzo waleczne dzieciaczki i strasznie silne. Czasem mam wrażenie, że w tym małym człowieczku jest więcej siły i walki niż we mnie…..