Fundacja wcześniak

Michalinka Bednarczyk

34. tydz., 1650 g, 45 cm, 3.01.2012 r.

Jest 3 stycznia 2013 roku. Dokładnie rok temu o 23:05 urodziła nam się Michalinka. Ale zanim zacznę opowiadać dalej, cofnijmy się o 6 dni. To był ostatni czwartek starego roku (2011). Dokładnie o 4.30 w drodze do łazienki odeszły mi wody. Chyba? Wracam do łóżka, kładę się obok męża i czekam na skurcze. Nie przychodzą… zasypiam. Rano myślę, że pewnie dziecko jest już duże i nacisnęło mi na pęcherz…Codziennie mi naciskało…

2 stycznia 2012 roku mam kontrolną wizytę u lekarza prowadzącego ciążę. Mówię o zdarzeniu. Stwierdza pomniejszona ilość wód płodowych. Daje skierowanie na USG i każe jechać ze spakowaną walizką – tak na wszelki wypadek. No tak, tyle że u nas nic nie gotowe, nic nie kupione do szpitala, nawet łóżeczko nie złożone… Miałam rodzić w lutym!

Ale w szpitalu, nie robiąc mi USG, stwierdzono, że to nie wody płodowe. Wracamy do domu. Następnego dnia czuję się źle, jakby połamana, stan podgorączkowy… Jedziemy do innego szpitala. Tam znowu nic nie wskazuje na to, że to są wody płodowe!

KTG nie wykazuje skurczy, chociaż ja je czuję! W końcu gdy powiedziałam, że muszę iść do łazienki, bo znowu coś leci, poproszono o podpaskę – polano odczynem i co? „Pani rodzi!” Boże, co za szczęście, że akurat wtedy pociekły te wody! Szybka akcja, dziecko ułożone pośladkowo. Decyzja – cesarka. Wyjmują dziecko. „Łożysko jakieś małe – daj do badania” – słyszę głos przy mnie. A za sobą słyszę drugi „No oddychaj. Oddychaj. Decyduj się malutka”. Co się dzieje? Ok., oddycha. Znowu ten sam głos „45 cm,1650 g”. Myślę – jaka maleńka i nawet do głowy mi nie przyszło, że moje dziecko to wcześniak urodzony na koniec 34. tyg., że przez miesiąc (od ostatniego USG do porodu) przybrała tylko ok. 200 g.

Kładą mi maleńką, płaczącą istotę na klatce piersiowej. Do dziś pamiętam, jak na mnie spojrzała, przestała płakać, gdy się z nią przywitałam mówiąc „hej”. To była taka chwila, że nawet nie wiedziała, co powiedzieć. Już każą się pożegnać. Daję kilka całusów w policzek. I tyle widziałam moje dziecko przez następne 15 godzin…

Nikt nie przyszedł, nie powiedział, co się dzieje. Mąż tylko, że ją badają i nie chcą go wpuścić. Dali tylko coś do podpisania… Pojechał do domu.

O 10.00 był obchód. Mam powoli wstawać. Mąż przyjechał, poszedł od razu na oddział neonatologii, potem do mnie mówiąc, że mała jest w inkubatorze, ale nic nie wie. Pomógł mi wstać, umyć się. I gdy szykowaliśmy się, by pójść do córki, przyszła jej pani doktor. Była godz. chyba 14.00? Tyle czasu minęło i nikt do tego czasu nie przyszedł powiedzieć cokolwiek.

Lekarz zaczyna mówić. Słyszę tylko pierwsze słowa, że jest słaba, niedożywiona, że nie utrzymuje ciepła, że przez sączące się wody doszło do infekcji, która przeszła na dziecko, że stópka jest wykrzywiona… dalej już nic, tylko mój płacz…

Idziemy do Misi. Leży w inkubatorze. Podchodzę i płaczę. Mówią, że mogę dotknąć, ąle gdy to robię, to ona płacze, jakby ją bolało. Nie chcę dotykać, chcę wyjść. Wychodzę. Nie mogę patrzeć. Odważyłam się pójść o 12.00 w nocy. Wyjęli mi ją do kangurowania. I wtedy poczułam, że muszę tu być. W końcu poczułam, że mam dziecko. Byłam szczęśliwa, ale i pełna obaw oraz strachu. Ale jednak szczęśliwa!

 

Dni mijały powoli. Czekaliśmy, by nerki zaczęły pracować. Zaczęły po 3 dniach. Gdy robiliśmy krok do przodu, to zaraz się cofaliśmy. Wyjęli ją z inkubatora, ale karmili sondą. Misia przybrała na wadze, ale zaraz dostała silnej żółtaczki (14,9 mg/dl). Misia zaczęła jeść z butelki i wyjęli sondę, ale za dwa dni przestała i znowu ją założyli… I tak w kółko…

Ważenie każdego pampersa. Karmienie 30 ml mleka trwające godzinę… Patrzenie z nadzieją na wagę…

Aż nadszedł dzień mojego wypisu… I wtedy stał się cud. Dali mi dziecko do pokoju (7. doba życia)! A więc zostałam i ja! Byłyśmy już razem i to się teraz liczyło. Dwa razy dziennie szłyśmy na antybiotyk do „ciotek” z neonatologii. Poza tym miałyśmy siebie i poznawałyśmy się. Spałyśmy razem, wpadłyśmy w nasz rytm karmienia. Michalinka przybierała na wadze.

Wypuścili nas po 13 dniach. W dniu wypisu ważyła 1950 g. Rano dostała ostatnią dawkę antybiotyku. Dostałyśmy kartę wypisu i listę specjalistów do odwiedzenia. I tyle, a dalej radź sobie sam człowieku!

 

Za dwa dni kontrola w szpitalnej przychodni neonatologicznej. Niestety waga spadła do 1870 g. Miałam karmić na przemian swoim mlekiem i mlekiem dla dzieci przedwcześnie urodzonych. Za dwa dni znowu kontrola. Potem już co tydzień, co miesiąc. Ale pomiędzy zjawiałyśmy się w naszej przychodni na ważenie. Michalinka znowu przybierała na wadze.

 

Następnie Centrum Zdrowia Dziecka – okulista i audiolog. Wszystko w porządku, kontrola okulistyczna za miesiąc, a audiolog za pół roku. Chirurgia dziecięca – nacięcie wędzidełka. Kontrola bioder. Neurolog – zleca rehabilitację, która trwa do 8. miesiąca życia Michałki. Pamiętam jej słowa „Czytając to, co jest w karcie wypisu, to, co tyle dziecko przeszło, to jest zadziwiające, że jest teraz w tak dobrym stanie”. Tak, Michalinka od początku swojego istnienia jest twardą babką. Dzielną. Silną. Chyba ma to po mnieJ

Kontrola u kardiologa wykazała dziurkę, która się nie zrosła. Mamy pokazać się w sierpniu, wtedy okaże się, czy to wada serca.

Kontrola okulistyczna co pół roku. Nie ma żadnych wad, ale pani powiedziała, że wcześniaki często je mają i żeby to kontrolować.

 

Neurolog chce nas widzieć w lutym, a potem da nam spokój na pół roku.

Ciężko jest być rodzicem wcześniaka. Był taki miesiąc (luty 2012), że wolnych dni od kontroli lekarskich

miałyśmy trzy (plus weekendy). Było też tak, że nie wiedziałam, co robić, bo nasz pediatra nie ma doświadczenia z wcześniakami, kontrola w neonatologii ma być za jakiś czas, a ja potrzebuję porady. Brakowało mi w tym czasie wsparcia i pomocy. Wiele rzeczy dowiadywałam się z Internetu, ale przecież to nie jest zawsze wiarygodne źródło.

Czuję się też pokrzywdzona, bo zamiast cieszyć się macierzyństwem, jeździłam po lekarzach, szpitalach, rehabilitacjach… Nie mogłam wrócić do pracy, bo kto by jeździł z małą w te wszystkie miejsca? Tak naprawdę zaczęłyśmy się sobą cieszyć we wrześniu, kiedy to neurolog powiedziała „No, teraz to już nic nie masz z wcześniactwa. Można zakończyć rehabilitację”. To był mój kolejny najszczęśliwszy dzień.

Czytając o innych dzieciach przedwcześnie urodzonych, wiem, że są groźniejsze przypadki, że nasz w porównaniu z nimi był „light”. Jednak wiem, jak jest trudno w tej sytuacji i wiem, że inni mają jeszcze trudniej. Dlatego marzę, by powstał program, aby pomagać takim jak my. By dzieci były objęte ochroną. By każdy mógł uzyskać poradę, pomoc lekarską. By te dzieci były pod opieką specjalistów przez co najmniej 2 lata, bez kolejek do nich. Po prostu – mija pół roku i dziecko ma wizytę u kardiologa i nie musi na nią czekać tylko jest wpisana w jego kartę zdrowia i to ona czeka na dziecko. By mamy wcześniaków miały dłuższy macierzyński, chociażby o tyle, ile ich dziecko przebywało w szpitalu. Mam nadzieję, że Państwo w końcu dojrzeje to tych zmian.

A dziś… dziewięciokilogramowa, zdrowa Michalinka śpi obok mnie. Ten rok nie należał do lekkich. Ale teraz będzie już tylko lepiej. Nasze początki zawszę będą w mojej głowie. Minął rok, a one są jakby żywe, nadal bolą i doprowadzają do łez. To są emocje, które pewnie kiedyś miną, ale teraz żyją jeszcze we mnie. Nie wiadomo, dlaczego urodziłam wcześniej i że córka nie rozwijała się od 31. tyg. ciąży. Łożysko było małe, pępowina cienka. Badania nie wykazały żadnych nieprawidłowości. Po prostu, musiało tak być.

Pisząc to – płaczę, ale jestem najszczęśliwszą mamą pod słońcem.

P.S. Codziennie robiłam córci zdjęcie w szpitalu, zapisywałam wagę w kalendarzu. Potem co miesiąc zdjęcie, waga i wzrost. Wszystko jest w albumie. Piękna pamiątka, na której widać jak rosła.

Michasia rozwija się bardzo dobrze. W przeciągu dwóch miesięcy od wyjścia ze szpitala urosła aż 10 cm. Chyba będzie wysoka – po tatusiuJ

Każdy jej postęp jest uwieczniony zdjęciem lub zapiskiem w albumie. I tak:

W kwietniu zaczęła się głośno śmiać.

W czerwcu krzyczy, piszczy, gaworzy, pluje, chichra się i odkrywa swoje stópki.

W lipcu sama siedzi, podpierając się rączkami, siedzi w krzesełku do karmienia, nauczyła się pić z niekapka.

W sierpniu sama siada, widzimy pierwszy ząbek, za tydzień kolejny, sama pływa żabką na basenie.

We wrześniu kończymy rehabilitację! Poza tym próbuje raczkować i wstawać, zrywa mi firanki, kiedy do nich dotrze.

W październiku woła „am”, „mama”, „baba”, pięknie raczkuje i chodzi przy meblach.

W listopadzie chodzi trzymana za rączki, ma już trzy ząbki. Pod koniec miesiąca trenuje schodzenie z narożnika.

W grudniu zaczęła robić „papa”, klaskać, przybijać „piątkę”, pokazywać paluszkiem co chce, pokazywać rączką że czegoś nie ma, sama stoi, ma pięć zębów, słychać „tata”, pokazuje pieska, kotka, gdzie jest nosek, oko, próbuje dopasować kształtem klocki do otworu, w święta pomaga ubierać choinkę i piec ciasteczka a noc sylwestrową po prostu przesypiaJ

Dziś ujrzałam kolejny ząbek – już szósty. I sama stanęła z siadu.

Czyż to nie piękne? Nie zadziwiające? Że taka mała, krucha istota tak szybko dogoniła (ba! nawet przegoniła) rówieśników 🙂

 

Pozdrawiamy

Michalinka

Marzena

Łukasz