Fundacja wcześniak

Mateusz Kapejewski


– 31. tydzień, waga 1820 g, 47 cm, 19.11.2000r.

Piękny niedzielny poranek…. Rano pojechaliśmy do kościoła, jakoś źle się czuję, chodzenie i stanie sprawia mi problem. Irek ma zaplanowany wyjazd do Gdańska, pyta, czy ma jechać, czy chcę by został… Jedź, przecież nic mi nie jest. Położę się, odpocznę, przejdzie mi. Irek z rodzicami pojechał. Zostałam sama w domu. Położyłam się. Boli…Brzuch na coraz dłuższe chwile robi się twardy… Och ta moja stawiająca się macica… (problem od 26. tygodnia!) Wizyta w toalecie, biegunka! O kurcze, nie wygląda to dobrze! Skurcze coraz bardziej regularne… Jest popołudnie, wrócił Irek – ja już kompletnie spanikowana ryczę – boję się… Dzwonimy do mojego lekarza – opowiadam, co się dzieje (byłam u niego w czwartek, nic nie wskazywało na nadchodzące problemy). Lekarz natychmiast każe mi się pojawić u siebie w gabinecie, badanie, telefon do ordynatora, że rodzi się wcześniak… W szpitalu opóźnili akcję o jakąś godzinę – sterydy na rozwój płuc dla mojego dziecka i inne niezbędne lekarstwa. O godz. 20.00 porodem naturalnym urodził się nasz synek – Mateusz 1.820 kg – 8 pkt Apgar. Oddychał samodzielnie, zdrowy… Zaraz potem został ochrzczony i odwieziony do Gdańska do szpitala klinicznego chorób kobiecych i patologii noworodka. A ja… oszołomiona tymi zdarzeniami nie spałam już do rana. Do czwartku byliśmy oddzielnie – ja w Malborku, mój synek w Gdańsku. Irek z rozdartym sercem jeździł od synka do mnie. W czwartek dotarłam do Gdańska. Dostałam łóżko w pokoju z dwiema dziewczynami. Mój synek był piętro wyżej na oddziale intensywnej terapii. Spotkałam się w końcu z lekarzem prowadzącym i co najważniejsze – dotknęłam i pogłaskałam moją kruszynę…. Już zawsze będziemy razem… nigdy Cię nie opuszczę….Spędziliśmy tam najdłuższe w moim życiu 6 tygodni. Tygodni strachu, nadziei łez… Oczekiwanie, oczekiwanie, oczekiwanie…. Mateusz rozwijał się dobrze, przybierał na wadze, ale była i niedokrwistość – transfuzja krwi, kłopoty z oddechem – oddychał samodzielnie, ale nie regularnie, były też moje kłopoty z piersiami. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia, a my nie wiedzieliśmy, czy uda nam się spędzić je w domu czy w szpitalu. Wróciliśmy do domu 22.12.2000 – dwa dni przed wigilią – sprawiliśmy naszej rodzinie najpiękniejszy prezent w życiu. Przeszliśmy długą drogę, pierwszy rok życia mojego synka to ciągłe wizyty kontrolne u różnych lekarzy – kardiolog, neurolog, okulista, rehabilitacja…. Dziś mój synuś ma dwa latka, biega, śmieje się, dużo mówi. Jest zdrowym, pogodnym, cudownym chłopcem i nie ma śladu, po tym, że przyszedł do nas o 9 tygodni za wcześnie…

Ciąg dalszy naszej historii…

Mateusz rósł i rozwijał się prawidłowo, zaczął chodzić, kiedy skończył 13 m-cy. Dość szybko zaczął mówić. Interesował go i pochłaniał bez reszty cały otaczający świat. Pragnął bardzo towarzystwa innych dzieci. My też pragnęliśmy drugiego dziecka, ale silniejszy od chęci posiadania drugiego bąbla był STRACH. Strach przed ciążą, przed ewentualnymi komplikacjami. Przed urodzeniem Mateusza jedną ciążę we wczesnym stadium poroniłam, potem Mateuszek, poród w 31. tygodniu. Wszystko to było trudne i złożone. Lekarze nie znali przyczyny poronienia (tzw. samoistne – jeżeli oczywiście taki termin funkcjonuje w języku medycznym..). Nie znana też była przyczyna pośrednia tak wczesnego porodu. Bałam się też bardzo, że jeżeli znów urodzi się wcześniaczek, któremuś dziecku nie będę mogła poświęcić tyle czasu, sił i uwagi, ile bym chciała..Bałam się szpitala, bałam się, że sobie nie poradzę. Tak naprawdę bałam się samej myśli o drugim dziecku… Dużo było tych lęków, oj dużo..

I znów z pomocą przyszedł mój mąż. On też się bał, ale On bał się inaczej.. Mój małżonek miał i ma w sobie dużo optymizmu i wiary w życie i w ludzi. Innym się udaje, to i nam się powiedzie. Tym swoim optymizmem ładował moje akumulatory. Mateuszek był zdrowy, pogodny, tylko bardzo wtajemniczeni lekarze wiedzieli, że jest wcześniakiem – inni już tego nie dostrzegali. Przynosił nam swoją radością życia mnóstwo zadowolenia! Dużo nam dały też rozmowy z moim lekarzem ginekologiem-położnikiem, który opiekował się mną od wielu już lat. Lekarz ten budował moje nastawienie – mawiał, że nie ma innego wyjścia, że wykorzystałam już swój limit pecha i tym razem musi być dobrze. Komuś z boku wydawałoby się, że to „takie sobie gadanie”- ale mnie to „gadanie” było bardzo potrzebne. Mateusz miał już prawie 3 latka i powoli, powoli dojrzewałam do „chciejstwa” drugiej dzidzi. Wbrew naszym oczekiwaniom (poprzednio było dużo trudniej!) szybciutko pojawiły się na teście upragnione kreseczki! I co wówczas? Radość i strach.. Co przyniesie los. Mąż szalał z radości, bał się też, ale nie okazywał mi tego, był całym moim wsparciem i podporą. Mateusz średnio świadomy tego, co go czeka, głosił całemu światu, z dumą godną 3-latka, że mamusia ma w brzuszku dzidzię. Ja bałam się bardzo i cieszyłam ogromnie. Czasem nie wiedziałam, czy bardziej się cieszę, czy boję. Ale pokochałam tę naszą kruszynę od pierwszych godzin bardzo i myślę, że ta nasza miłość i poczucie pewności lekarza, że musi się udać, zagłuszyły lęk.

Pracowałam do końca 7. miesiąca, czułam się świetnie, pogodna, radosna chyba jak nigdy dotąd. Kiedy minął 31. tydzień i wyniki nadal były pomyślne, złe myśli odeszły zupełnie.

W okolicach 34. tygodnia wiedziałam, że ciąża zakończy się trochę szybciej, ale wiedziałam też, że z dzieckiem jest wszystko w porządku i że już tak naprawdę wygraliśmy! Wiedziałam, że każdy następny dzień ciąży to większa szansa na pomyślne rozwiązanie. W ostatnim dniu 36. tygodnia (w karcie porodu jeszcze wpisany jest jako wcześniak!) 6 marca 2004 r. o 10.25, w cudowny mroźny i słoneczny poranek przyszedł na świat nasz drugi synuś Jakub (2.950/49cm). Zdrowy i donoszony! To słowa lekarzy, które były lekiem na moje zbolałe ciało i duszę! Dumny tata, który miał w końcu szansę przeciąć pępowinę (przy Mateuszu nie było nam to dane), nasi synowie i ja byliśmy razem i byliśmy bardzo, bardzo szczęśliwi..

Dziś Mateusz ma prawie 4 latka, Jakub skończył pół roku. Chłopcy są zdrowi i cudowni. Braciszkowie świata poza sobą nie widzą. Mateusz jest prawdziwym starszym bratem – kochającym i opiekuńczym. Jakub?….. pierwszym bezzębnym jeszcze wtedy uśmiechem obdarzył nikogo innego jak właśnie Mateusza.

Drogie mamy i tatusiowie wcześniaków, nie bójcie się – albo bójcie się, ale z umiarem.. Zapewniam Was, że warto podjąć próbę – to szansa na wielkie wspólne szczęście i kochającą się wspaniałą rodzinę. Pozdrawiamy serdecznie, życzymy siły i wytrwałości, zdrowia i miłości.

Anna i Ireneusz Kapejewscy z synami Mateuszem i Jakubem.