Fundacja wcześniak

Marcel i Ksawery Gajowiak

Marcel  – 29. tydz, 1290 g, 42 cm, ur. 8.09.2011 r.

Ksawery  – 29. tydz., 1360 g, 43cm, ur. 8.09.2011 r.

Nasza historia rozpoczyna się 26 marca 2011 r., kiedy dowiedzieliśmy się, że zostaniemy rodzicami. Nie spodziewaliśmy się jednak, że dwa dni później lekarz oznajmi nam, że będą to aż dwa maleństwa. Początkowo byliśmy w szoku, martwiliśmy się, jak damy sobie radę, ale kiedy brzuszek zaczął rosnąć, nasze wątpliwości zniknęły. Byliśmy dumni, że urodzę aż dwoje dzieci – w końcu nie każdej kobiecie się to zdarza. Uznaliśmy to więc za taki mały cud. Całą ciążę czułam się dobrze. Nikt z nas nie spodziewał się, że nasza historia tak się potoczy. 5 września w poniedziałek (29. tydzień ciąży) zaczęłam lekko krwawić. Wystraszona zadzwoniłam do swojego lekarza, który natychmiast kazał mi jechać do szpitala. W szpitalu jednak lekarze stwierdzili, że nie mam się czym martwić, bo wszystko jest w porządku. Dla bezpieczeństwa jednak zostawili mnie na obserwacje. Następnego dnia rano rozpoczęły się skurcze początkowo, co kilka godzin, a popołudniu były już co 8 minut. Szybko podano mi leki na podtrzymanie i zastrzyki na rozwój płucek. Miałam bezwzględny zakaz wstawania. Byłam wykończona ciągłymi skurczami i modliłam się, aby wytrzymać jak najdłużej. Jednak nic to nie pomogło.

W czwartek popołudniu – 8 września skurcze miałam już co 4 minuty. Położne zawiozły mnie na badanie. Pamiętam tylko jedno zdanie lekarza, 4 cm rozwarcia – szybko trzeba zrobić cesarskie cięcie. Byłam załamana. Kilka dni temu na badaniu moje dzieci nie miały nawet po 1 kg. Byłam pewna, że chłopcy (bo nosiłam pod sercem dwóch chłopaków) nie przeżyją. Położne w ekspresowym tempie zakładały mi cewnik i welflony potrzebne do znieczulenia, mąż wypełniał za mnie dokumenty, a ja cały czas płakałam. Oboje byliśmy przerażeni. Wszystko trwało może ze 2 minuty, po czym szybko zawieziono mnie na salę operacyjną. Podano mi znieczulenie zewnątrzoponowe i rozpoczęto cięcie. Bardzo chciałam wszystko słyszeć. Byłam pewna, że to będzie pierwszy i ostatni raz, kiedy zobaczę swoje dzieci. Cały czas płakałam. Byłam cała roztrzęsiona. Podano mi jakiś lek i usnęłam.

Obudziłam się dopiero po wszystkim. Przewieziono mnie na salę pooperacyjną. Nie wiedziałam nawet, czy moje dzieci żyją. Położna nie chciała udzielić mi żadnych informacji. Po jakimś czasie przyszedł do mnie mój mąż z moją mamą. Powiedzieli mi, że widzieli chłopców, że żyją i są na oddziale intensywnej terapii noworodka. Marcel miał 1290 g i 42 cm długości, a Ksawery 1360 g i 43cm długości. Oboje zostali zaintubowani i podłączeni do respiratorów. Zaraz po przewiezieniu na oddział noworodkowy oboje zostali także ochrzczeni. Nie wiadomo było czy chłopcy przeżyją. Ich stan był krytyczny. Byłam załamana. Kobiety leżące ze mną na sali pooperacyjnej miały swoje dzieci przy sobie, mogły je dotknąć, przytulić, a ja nawet nie widziałam swoich synków i nie wiedziałam, czy zdążę ich zobaczyć. Całą noc modliłam się, aby chłopcy przeżyli do rana, abym mogła ich chociaż na chwilę zobaczyć. To była najgorsza noc w moim życiu. Rano, kiedy przyszedł mój mąż, zawiózł mnie na wózku do chłopców. Kiedy zobaczyłam ich takich maleńkich, podłączonych do tych wszystkich aparatur, rurek i kabelków byłam przerażona, a łzy same popłynęły mi po policzkach. Nie mogłam ich nawet dotknąć. Nie wiedziałam wtedy, że chwil pełnych łez i strachu o życie chłopców będzie jeszcze wiele.

Stan chłopców kilkakrotnie się pogarszał. Chłopcy w szpitalu wymagali trzykrotnie transfuzji krwi. Mieli zakażenia. Karmieni byli przez sondę. Zaczynaliśmy od 0,5 ml mojego odciąganego pokarmu. Kilkakrotnie przerywano karmienie ze względu na zalegania. Nie zapomnę naszej radości, kiedy pierwszy raz nie mieli zalegań i mogli dostać po 1 ml mojego pokarmu. Chłopcy bardzo długo walczyli z bezdechami. Długo też wymagali tlenoterapii.

Rozpoznanie kliniczne Marcela to: zespół zaburzeń oddychania II stopnia, niewydolność oddechowa, umiarkowana zamartwica urodzeniowa, zakażenie wewnątrzmaciczne, bezdechy, krwawienie dokomorowe II stopnia, posocznica, żółtaczka wcześniaków, niedokrwistość, dysplazja oskrzelowo-płucna, noworodkowe zapalenie spojówek, retinopatię II stopnia.

Rozpoznanie kliniczne Ksawerego to: niewydolność oddechowa, zespół zaburzeń oddychania III stopnia, umiarkowana zamartwica urodzeniowa, infekcja wrodzona, niedokrwistość, bezdechy, krwawienie dokomorowe II stopnia, żółtaczka wcześniaków, dysplazja oskrzelowo-płucna, infekcja wtórna, retinopatia II stopnia w jednym oku.

3 listopada (prawie 2 miesiące po urodzeniu) mogliśmy zabrać chłopców do domu. Nie zapomnę tego dnia do końca życia. Byliśmy tacy szczęśliwi, mimo że nie wiedzieliśmy, jak dalej potoczą się losy chłopców i jak będą się oni rozwijać. Chłopcy wyszli do domu z wagą Ksawery 2460 g i Marcel 2530 g i ogromną listą zaleceń. Raz w tygodniu jeździliśmy do Poznania na kontrole okulistyczną. U chłopców stwierdzono retinopatię 2 stopnia. U Marcela w obu oczkach a u Ksawerego w jednym. Na szczęście retinopatia wycofała się w styczniu. Kontrolę okulistyczną mamy teraz dopiero za rok. W marcu chłopcy dostali ostatnią dawkę leku Synagis, który mieliśmy dofinansowany ze względu na ich dysplazję oskrzelowo-płucną.

Obecnie chłopcy mają 7 miesięcy (4,5 miesiąca wieku korygowanego). Marcel waży 6920 g, a Ksawery 7800g. Ksawery wymaga intensywnej rehabilitacji – walczymy u niego ze wzmożonym napięciem w prawej rączce i prawej nóżce. Rehabilitujemy go kilka razy dziennie metodą Vojty. Tą samą metodą ćwiczony jest również Marcel. Codziennie masujemy także chłopców metoda Shantala i stymulujemy ich. Chłopcy są pod opieką neurologopedy, pulmonologa (oboje mają astmę dziecięcą), gastrologa, audiologa, ortopedy, kardiologa, rehabilitanta i neonatologa. Dość często synkowie mają również wykonywane usg główek, aby kontrolować wszystkie zmiany.

Codziennie cieszymy się z każdego dnia spędzonego razem. Wiemy, że to prawdziwy cud, że nasze dzieci żyją. Nie wiemy jeszcze jak będą się rozwijać i co czeka nas dalej, ale jesteśmy dobrej myśli i wkładamy wiele wysiłku, aby mogli oni cieszyć się w przyszłości normalnym życiem. Nasi synkowie są dla nas wszystkim i nie wyobrażamy sobie życia bez nich. Każdego dnia dziękujemy Bogu za to, że przeżyli.

Wszystkim lekarzom i pielęgniarkom na czele z panem Ordynatorem z Oddziału Noworodkowego w Koninie dziękujemy za uratowanie życia naszym dzieciom.