Fundacja wcześniak

Leon Radkiewicz

31. tydz., 1655 g, 44 cm, ur. 4.10.2014 r.

Leon Radkiewicz – nasz mały, lecz wielki  CUD

Jestem mamą Leonka, wcześniaka urodzonego w 31. tygodniu ciąży z wagą 1655 gramów oraz 44 cm. Chcę opowiedzieć naszą historię, by natchnąć nadzieją rodziców, którzy są w podobnej sytuacji.

Nasza trudna historia zaczęła się już w 6. tygodniu ciąży, gdy wylądowałam w szpitalu z krwawieniem. Po zbadaniu okazało się, że mam dużego krwiaka w macicy około 7×5 cm. Po około tygodniu leżenia wyszliśmy do domu RAZEM, oczywiście z przykazem leżenia i nierobienia niczego, czekając aż krwiak się wchłonie. Jak na pierwszą ciążę, to był dla nas trudny początek. Niestety w 10. oraz 13. tygodniu historia się powtórzyła i z silnymi krwotokami byliśmy w szpitalu. Oczywiście dalej to był ten krwiak z 6. tygodnia, który się niestety nie wchłonął, ale wciąż opróżniał. Na szczęście za każdym razem wychodziliśmy RAZEM do domu z rosnącą fasolką…

Kolejne tygodnie mijały już spokojnie, krwiak praktycznie zanikł. Zaczynaliśmy przygotowywać się na przyjście Leona na świat, zaczęliśmy myśleć, co nam będzie potrzebne, kupiliśmy wózek. W 19. tygodniu zrobiliśmy usg połówkowe, na którym wszystko było dobrze, a po krwiaku pozostały tylko małe ślady. Odetchnęliśmy z ulgą, już mamy za sobą połowę ciąży.

W 21. tygodniu ciąży nagle odeszły mi całkowicie wody… Był to dla nas dramat… Po raz kolejny pojechaliśmy do szpitala. Usg wykazało brak wód płodowych, ale nasze maleństwo przecież wciąż żyło. Ze względu na możliwość zakażenia wewnątrzmacicznego lekarze powiedzieli, że mogą mi tylko zaproponować indukcję – w obawie o moje życie, a wiadomo było, że gdy dziecko się urodzi, niestety nie przeżyje… Załamaliśmy się, bo przecież nasz synek żył pomimo braku wód…czułam, jak się rusza, kopie… i mamy go świadomie uśmiercić? Byliśmy z mężem zdezorientowani  i załamani. Nie wiedzieliśmy, co robić. Lekarze nie dali nam wyboru… Dzięki Bogu za przytomność mojej siostry, która kazała wypisać się nam na własne żądanie i pojechać do innego szpitala! Bo można spróbować utrzymać tę ciąże! Nie miałam pojęcia, że tak można. A lekarze nie raczyli nam nawet przedstawić takiej możliwości ani zaproponować, żeby przewieść nas do innego szpitala, gdzie spróbują utrzymać ciążę. Oni nas już skazali na indukcję. Do tej pory nie umiem zrozumieć postępowania tych lekarzy. Skoro sami nie potrafili, mogli chociaż przekazać nas w ręce lekarzy, którzy podejmą się tego trudnego zadania.

I w ten oto sposób wylądowaliśmy w szpitalu na Karowej w Warszawie, gdzie przeleżałam 10 tygodni bez wód, ale z rosnącym maleństwem w brzuchu. Kilka razy w tygodniu sprawdzano poziom CRP, patrząc, czy nie dochodzi do zakażenia, które za wysokie byłoby wskazaniem do natychmiastowej cesarki. Pobierano posiewy, podawano antybiotyki, kontrolowano stan płodu oraz jego przyrost masy. Podano również dwie dawki kuracji sterydów. Pierwszą w 24. tyg ciąży, a kolejną przypominającą już na porodówce na 3 dni przed porodem. Przez te 10 tygodni byłam targana różnymi emocjami od nadziei po całkowite zwątpienie i załamanie. Mąż dzielnie codziennie do mnie przyjeżdżał, podtrzymując na duchu.

W końcu w 31. tygodniu zaczęłam mieć skurcze, które spowodowały wypadnięcie pępowiny, co było wskazaniem do natychmiastowego cięcia cesarskiego, tym bardziej, że Leonek był ułożony miednicowo, czyli pupką do dołu. Pytanie było, czy maleństwo w ogóle przeżyje? Przecież rozwijało się przez 10 tygodni bez wód, co ma ogromny wpływ na rozwój, a raczej na brak prawidłowego rozwoju płuc. Czy przeżyje? A jeśli tak, to w jakim będzie stanie? Jakie problemy go czekają jako Wcześniaka? Pytania, z którymi męczyłam się przez cały pobyt w szpitalu.

Gdy lekarze już wyjęli dzieciątko z brzucha, po chwili usłyszałam delikatne skrzeczenie. Wiedziałam już wtedy, że moje obawy się nie spełniły. Nasz dzielny synek żył i przeżył. Nawet nie trzeba było go intubować. Założono mu jedynie na niecałą dobę wspomaganie oddechowe w postaci CPAP-u, a po trzech dniach z oddziału intensywnej terapii noworodka przewieziono Leona na oddział patologii noworodka. Awans był bardzo szybki. Wszystkich zaskoczył swoim dobrym stanem zdrowia pomimo tak trudnych warunków rozwoju. Po miesiącu leżenia na tym oddziale byliśmy już w domu, a teraz mija miesiąc, jak już jesteśmy w domu. Na chwilę obecną wszystkie badania wychodzą dobrze, bez typowych problemów wcześniaczych. Przed nami jeszcze szereg wizyt kontrolnych u specjalistów, ale jesteśmy dobrej myśli. Dla nas osobiście nasz syn jest CUDEM, którego podarował nam Bóg, bo inaczej nie da się tego wytłumaczyć.

 

Justyna i Piotr Radkiewicz