Fundacja wcześniak

Lena Misiewicz

26. tydz., 700 g, 30 cm, 8.07.2012 r.

Nikt się nie spodziewał takiego rozwiązania. To był początek szóstego miesiąca ciąży, zaczęłam coraz mniej odczuwać ruchy dziecka. Zgłosiłam się do lekarza prowadzącego, położył mnie w szpitalu, powiedział, że są zaburzone przepływy i małowodzie, to był szok. Dwa tygodnie wcześniej byłam na wizycie. Miałam robione usg i było wszystko porządku. W Chełmie leżałam 3 dni, niestety stan dziecka się nie poprawiał. Powiedzieli mi, że dziecko nie rozwija się  w brzuchu i muszą przetransportować mnie do Lublina, bo w razie konieczności cięcia cesarskiego nie uratują dziecka. Nie brałam takiego rozwiązania pod uwagę, jechałam tam z przekonaniem, że wszystko będzie dobrze,,że będę tam leżała do końca ciąży i moja córcia urodzi się w terminie.

Pierwszego dnia okazało się, że nie ma przesłanek do cięcia cesarskiego, że jest w miarę dobrze. Niestety w niedziele rano zrobili mi dokładnie badania, lekarz nic nie powiedział, tylko że musi się skonsultować. Gdy przyszedł oznajmił, że zaraz będzie cesarka. Tego uczucia nie można sobie wyobrazić, trzeba to przeżyć. Szok, strach, ból, otępienie. Nie mogłam wydusić z siebie słowa, tylko zalałam się łzami. Na szczęście mąż z moją mamą i teściową byli w drodze do szpitala. Ledwo co zdążył, gdy zadzwoniłam, przejechał Lublin w 3 min, zdążył jedynie pocałować mnie, przed wjechaniem na salę nie zamieniliśmy nawet słowa. Gdy mnie operowano, za drzwiami mąż był w takim szoku, że jego chcieli zabrać na SOR, mdlał, nie mógł nic powiedzieć, miał napięte wszystkie mięśnie, zaciśnięte pięści. Gdy było już po wszystkim, ledwo wyjąkał do lekarza, czy wszystko w porządku, odpowiedział, że dziecko oddycha i jeżeli są Państwo wierzący, to pozostaje się modlić.

Gdy się przebudziłam, przewieźli mnie do normalnej Sali, gdzie leżały matki z noworodkami. Leżałam przykuta do łóżka, przerażona patrzyłam na szczęśliwe matki. Cały czas zastanawiałam się dlaczego, przecież Ona powinna być jeszcze w brzuchu, dlaczego Bóg na to pozwolił. Nazajutrz mogłam pójść do Córki, nazwaliśmy ją Lenka. Gdy weszłam do sali, przytłoczyły mnie liczne urządzenia, maszyny. Gdy ją zobaczyłam, to był szok, była taka maleńka, zmieściłaby się na dłoni,   miała zrobione wkucia, była podłączona do licznych czujników monitorujących czynności życiowe.  ważyła zaledwie 700 g. Przez cienką skórkę prześwitywały żyłki, widoczne były wszystkie żebra. Widać było, że oddychanie sprawia jej ogromny wysiłek, że walczy o życie. Oddychała za pomocą CPAP-u, na szczęście nie trzeba było respiratora.

Od początku była bardzo silna i miała ogromną wolę życia. Bardzo ciężko jest znieść taki widok. Moja maleńka córeczka od urodzenia musi tak cierpieć, dlaczego tak się stało? Dziennie była kuta niezliczona ilość razy, podawanie leków, mierzenie poziomu glikemii, gazometria i inne kroplówki. Gdyby nie wsparcie męża i rodziny nie wiem, jak bym to zniosła, przepłakane noce, myśli, czy będzie wszystko dobrze, czy nie będzie miała żadnych wad wcześniaczych, to jest po prostu nie do opisania. Lekarze byli obojętni, powtarzali tylko stan bez zmian, stabilny, trzeba czasu.

Pierwsze dni, tygodnie są najgorsze, byłam załamana, żyłam nadzieją, że Lenka będzie całkowicie zdrowa, było mnóstwo zagrożeń.  Zaczęłam ściągać dla niej mleko, tylko to mogłam dla niej zrobić. Ściągać swój pokarm, modlić się i być jak najwięcej z nią. Po tygodniu wypuścili mnie ze szpitala, zaczęłam codziennie do niej jeździć, droga w jedną stronę zajmowała 1,5 godziny. Byłam wykończona dojazdami do szpitala i ściąganiem mleka co 3 godziny przez całą dobę, ale musiałam przy niej być, nie mogłabym opuścić nawet jednego dnia, chciałam jak najwięcej czasu spędzać z nią. Po dwóch tygodniach po raz pierwszy się kangurowałyśmy. Cudowne uczucie, w końcu mogłyśmy się poprzytulać, na początku tylko chwilę, ale kiedy stan się poprawiał, mogło to trwać dłużej. Mogłabym tak siedzieć z nią na przez cały dzień. Ale długa droga była jeszcze przed nami Lenka miała anemię, trzeba było przetaczać krew, miała podawane sterydy na rozwój płucek, dopiero po miesiącu zaczęła oddychać samodzielnie, zagrożony był wzrok, mózg. Lenka miała wylew I stopnia, na szczęście nie pozostawił zmian. Po miesiącu moje maleństwo ważyło kilogram. Po dwóch miesiącach, kiedy waga przekroczyła 1,5 kg, nadeszła długo oczekiwana chwila. Lenusię przełożyli z inkubatora do łóżeczka, od tej pory byłyśmy bliżej, mogłam się nią zajmować cały dzień, karmić, przewijać, tulić. Ale strach o nią nadal nam towarzyszył, czy takie wcześniactwo nie odciśnie się na jej dalszym rozwoju, czy będzie w pełni zdrowa? Nie mogliśmy się doczekać powrotu Lenki do domu, a jednocześnie towarzyszył nam strach, czy sobie poradzimy.

W końcu po 3 miesiącach spędzonych w szpitalu, mogliśmy ją zabrać do domu. Pamiętam do dziś każdy moment z tego szczęśliwego dnia, śmiałam się i płakałam jednocześnie, byłam taka podekscytowana. Przy wypisie dostaliśmy mnóstwo skierowań do poradni, zdarzało się, że po wyjściu ze szpitala jeździliśmy nawet 5 dni w tygodniu po specjalistach, musowo było sprawdzać, czy się prawidłowo rozwija i nie ma żadnych wad. Te wyjazdy również były męczące zarówno dla nas jak, i dla Lenki, szczególnie z naszą służbą zdrowia. Po trzech dniach od wypisu u okulisty okazało się, że  Lenka musi mieć zabieg, laseroterapię. Krótki zabieg ratujący wzrok przeszedł bez komplikacji. Dziś Lenka skończyła roczek, jest zdrowym radosnym dzieckiem, lecz te chwile spędzone w szpitalu pozostają w pamięci i trudno je wymazać, dziś wspominając te chwile, mam łzy w oczach. Od niedawna jeździmy na rehabilitację. Obecnie odwiedzamy specjalistów raz w miesiącu. W szpitalu poznałam inne mamy wcześniaków, wspierałyśmy się nawzajem i mamy kontakt do dziś.