Fundacja wcześniak

Lena Chmura

26. tydz., 720 g, 33 cm, ur. 14.07.2012 r.

Ciężko mi o tym pisać czy mówić, ale podzielę się z Wami naszą historią. Był dokładnie 11 lipca, odebrałam wyniki posiewu moczu z laboratorium, wyszło, że mam bakterie coli 7 na 10. Więc zgłosiłam się do lekarza prowadzącego, przepisał mi antybiotyk, ponieważ stwierdził, że mi pomoże. Zdążyłam go pobrać 3 dni. Była sobota 14 lipca. O godz. 7.00 rano obudził mnie ból brzucha, strasznie się wystraszyłam, poszłam do łazienki, poczułam, że mam rozwarcie, wtedy otępiałam, nie da się tego uczucia opisać. Mama szybko zadzwoniła po karetkę, a mi zaczęły się skurcze, nie tak częste.

Gdy dojechałam do szpitala w Kraśniku, tam zaczęłam krwawić i pomyślałam, że nic, tylko poroniłam. Lekarz zbadał mnie i stwierdził, że rodzę. Pomyślałam nie, tylko nie to, ale dziecka mi nie uratują, ponieważ nie mają odpowiedniego sprzętu. Podali mi sterydy na rozwinięcie płuc malutkiej, chociaż i tak one nic nie pomogły, bo było za późno. Skurcze miałam coraz częstsze, nie było innego wyjścia jak przetransportować mnie szybko do szpitala w Lublinie. Droga była koszmarna, głośne sygnały, ciągły ból, krwawienie, twarde nosze, doły na drogach… 80 km drogi do przebycia.

Na miejscu sprawdzili, czy mała żyje, przeprowadzili ze mną wywiad i usłyszałam, że natychmiast będę miała cesarkę. Byłam kompletnie roztrzęsiona na dodatek sama, mąż był w drodze do Lublina. Bałam się, kiedy mnie obudzili po operacji powiedzieli, że mam córkę, przewieźli mnie na salę ledwo żywą, zobaczyłam, że mąż stoi na korytarzu, ale niestety nie pozwolono mu do mnie wejść. Z dnia na dzień czułam się lepiej, chodziłam do małej na intensywną terapię, łzy lały się 24h, z bólem brzucha chodziłam do lekarza pytać o stan małej. Po 6 dniach wypisałam się na własne żądanie, dlatego że nie mogłam patrzeć na szczęśliwe matki, które miały dzieci na sali przy sobie, a ja nie.

Lena jest skrajnym wcześniakiem, miała 3 punkty AGPAR, została od razu zaintubowana, stwierdzili niedokrwistość wcześniaków, krwawienie z płuc, dysplazję oskrzelowo-płucną, posocznicę gronkowcową. Po 2 tyg. Lekarze zadecydowali się przetransportować ją do Szpitala Klinicznego Dziecięcego w Lublinie, ponieważ prowadząca Pani doktor nie dawała rady. Po przewiezieniu Lena trafiła na OIT, gdzie ordynator powiedział mi, że jestem jeszcze młoda i mogę mieć wiele dzieci, a Lena może do jutra nie przeżyć, ważyła wtedy 910 g. Z powodu wylewu IV stopnia zrobiło jej się wodogłowie pokrwotoczne, chirurdzy zadecydowali się założyć jej zbiornik Rickhama. Po operacji poszło zapalenia płuc, niewydolność oddechowa, sepsa gronkowcowa, zakażenie bakteryjne ośrodkowego układu nerwowego, a ja codziennie od rana do wieczora stałam nad inkubatorem z różańcem w ręku, prosząc Boga o cud, trwało to do 9 września, kiedy to Lenka została przeniesiona na Patologię Noworodków. Tam na początku października lekarze chcieli jej założyć drenaż komorowo-otrzewnowy, ponieważ Lenka była już większa i czuła się lepiej. Po tym zabiegu malutka znowu trafiła na OIT, gdyż była po operacji. Na 3 dobę zauważyłam, że mała ma strasznie wzdęty brzuszek,  lekarz oznajmił, mi że muszą natychmiast usunąć drenaż, ponieważ płyn rdzeniowo-mózgowy, który przepływał przez drenaż do brzuszka, był zakażony gronkowcem.

Lena była wtedy w okropnym stanie, traciła życie z minuty na minutę, wdało się zapalenie opon mózgowych, zapalenie ropne jamy otrzewnej, odoskrzelowe zapalenie płuc. Lekarze musieli jej założyć zewnętrzną zastawkę i dren w brzuszku, żeby zakażony płyn mógł wyciekać. Kilkakrotnie później miała wymienianą tę zastawkę, a to wiązało się z kolejnymi operacjami. Wtedy straciłam ostatnią nadzieję na to, że będzie dobrze i pytanie, kto zawinił, dlaczego Lena została zaniedbana i pojechała na operację zakażona gronkowcem. Modlitwy i błagania pomogły, Lena dała radę, 25 października, czyli po czterech miesiącach ciągłej intubacji, Lenka wyciągnęła sobie rurkę od respiratora i zaczęła sama oddychać. Spanikowałam, kiedy to zobaczyłam, pobiegłam po lekarza, a on powiedział, dajmy jej szansę, może da radę i tak byłoJ Została także przełożona z inkubatora do łóżeczka, po krótkim czasie zostałyśmy przewiezione na oddział chirurgii. Byłam taka podekscytowana, mogłam być z nią na Sali, spać przy niej, dotykać ją, pielęgnować i w końcu po tak długim czasie wzięłam ją pierwszy raz na ręce, cała się trzęsłam, musiałam uważać, bo przecież miała drenaż zewnętrzny. Teraz jedynym celem było usunąć drenaż zewnętrzny i założyć ponownie wewnętrzny komorowo-otrzewnowy, bałam się strasznie, że znowu lekarze popełnią jakiś błąd, ale nie, wręcz przeciwnie. Czekaliśmy aż do 7 grudnia na to, aby operacja się odbyła, ponieważ za każdym razem kiedy Lena była szykowana na zabieg, okazywało się, że płyn rdzeniowo-mózgowy jest zakażony.

Był to dla mnie okropny Czas, prawie 2 miesiące prób podjęcia operacji, miałam już wszystkiego dosyć, wiedziałam, że warunkiem wyjścia do domu było wstawienie tego drenażu i oczywiście dobry stan Leny i w końcu 7 grudnia okazało się, że posiewy płynu są jałowe, lekarze nie czekali ani minuty dłużej, tylko podjęli się operacji . Trzy i pół godz. trwała operacja,  najgorsze chwile, strach, niepokój po operacji Lenę przywieźli do mnie na salę, ponieważ nie wymagała tlenu, czuła się dobrze. Pomyślałam wtedy, moja dzielna dziewczynka, ile Ty jeszcze będziesz cierpiała. Szybko malutka dochodziła do siebie, aż 18 grudnia na wizycie usłyszałam słowa „ to, co idziemy do domu?”. Szok po prostu szok, po 6 miesiącach horroru, po tylu operacjach, w końcu idziemy do domu. Tak bardzo się ucieszyłam, nie potrafię tego opisaćJ

Oczywiście od tamtej pory po wyjściu co tydzień na kontroli, badania wszelakie, poradnie, Lenka czuła się dobrze. W czerwcu tego roku zaczęła mieć drgawki, wymioty, więc pojechaliśmy na SOR, trafiliśmy na oddział Patologii Niemowląt, zrobioną miała tomografię, okazało się że ma torbiel pajęczynówki o średnicy 5 cm, do tego padaczkę, dokładnie Zespół Westa, załamałam się, cały koszmar wrócił znowu, strach, że będzie znowu wszystko źle, dodatkowo potrzebny był rezonans. 4 lipca 2013 r. miała wstawianą drugą zastawkę do tej torbieli, dlatego, że torbiel była tak umiejscowiona w mózgu, że lekarze nie chcieli ryzykować. Po operacji szybko doszła do siebie. Obecnie jesteśmy w domciu. Lenka rośnie, niestety jest mało kontaktowa, wzrok ma słaby, miała retinopatię I stopnia i ma oczopląs, jeździmy na rehabilitację, lekarze uświadamiają mnie, że Lenka, po tym co przeszła, nie będzie w pełni normalnym dzieckiem, że ma porażenie mózgowe, ale jaka ona będzie, taką ją będę kochała.  Mam nadzieję, że to, co najgorsze za nami, ale nikomu nie życzę takiego koszmaru, co przeżyłam ja przez pół roku. Chociaż zdaję sobie sprawę, że będziemy ciągle związani ze szpitalem, dlatego, że zastawki mogą przestać pracować w każdej chwili i trzeba będzie je wymienić, ale mogę teraz powiedzieć, że jestem bardzo dumna z mojej córeczki, że pomimo tylu chorób i operacji dawała radę, bo ja bym chyba tyle nie wytrzymała.