Fundacja wcześniak

Kubuś Kozłowski

Kubuś Kozłowski
– 30. tydzień, waga 690 g, 33 cm, 22.01.2002 r.

Od kilku lat cierpiałam na zaburzenia hormonalne, które – okazało się – przeszkadzały mi w zajściu w ciążę. Leczyłam się ponad rok. W końcu pięknego lipcowego poranka 2001 r. zrobiłam test i okazało się, że jestem w ciąży! Oboje z mężem (a także nasi rodzice) szaleliśmy z radości, choć od razu pojawiła się także nutka niepokoju, gdyż wiadomo było, iż po kuracji, jaką przeszłam, ciąża będzie tzw. ciążą podwyższonego ryzyka. Mieliśmy jednak nadzieję, że wszystko będzie dobrze i z radością przeżywaliśmy kolejne miesiące. Ja czułam się bardzo dobrze, ominęły mnie takie „przyjemności” jak: mdłości i wymioty. Wszystko przebiegało prawidłowo do 5 mies. ciąży. Wtedy to nagle podniosło mi się ciśnienie krwi – do około 130/100, natomiast podczas badania USG lekarz stwierdził nieznaczne dysproporcje w rozwoju płodu, tzn. główka rozwijała się szybciej o około 2 tyg. w stosunku do reszty ciała dziecka. Nie było to jednak jeszcze bardzo niepokojące i po konsultacji postanowiliśmy zaczekać jeszcze 1 miesiąc i powtórzyć badanie USG. Tym bardziej, że zbliżały się Święta Bożego Narodzenia, a do terminu porodu (wyznaczonego na 27.03.2002 r.) było jeszcze 4 miesiące i wszystkie dysproporcje mogły się wyrównać. Pełni radości i nadziei przeżyliśmy Święta.
Zaraz po Nowym Roku ponownie wykonano badanie USG. Okazało się, że dysproporcje nadal się pogłębiają i sięgają już 5 tygodni (rozwój główki odpowiadał wiekowi płodu, tj. około 28 tyg., natomiast reszta wiekowi 23 tyg.), na dodatek masa płodu wynosiła około 700 gram, czyli zbyt mało jak na płód w tym wieku. Decyzja lekarza była krótka: objawy wskazują na zatrucie ciążowe, dziecko posiada cechy hypotrofii i prawdopodobnie trzeba będzie zakończyć ciążę cesarskim cięciem. Dostałam skierowanie do Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie, gdyż wg lekarza ten szpital posiadał najlepszą aparaturę do ratowania życia takim Maleństwom. Na izbie przyjęć zostałam podłączona do KTG. Niestety bardzo długo położna nie mogła zlokalizować tętna płodu i zaczęła mnie wypytywać, czy czuję ruchy dziecka. Ja byłam już tak przerażona, że ze strachu o życie mojego synka dostałam skurczy. W końcu udało się zlokalizować Maluszka, ale wykres KTG nie był najlepszy, na dodatek te skurcze. Ostatecznie, wraz z mężem, zostaliśmy odesłani na salę porodową. Tam zostałam podłączona do kroplówki, mającej powstrzymać skurcze. Co 15 min. kontrolowano mi ciśnienie krwi, a co 1 godz. byłam podłączana do KTG. Przy okazji, chciałam nadmienić, iż opiekowała się nami cudowna położna – Pani Jagoda (niestety nie pamiętam nazwiska) i to ona pomogła mi i mojemu mężowi przetrwać tę straszną noc, pełną lęków o zdrowie naszego dziecka. Po kilku godzinach skurcze stały się mniej regularne i rano zostałam przewieziona na oddział Patologii Ciąży. Tutaj spotkałam dwie wspaniałe dziewczyny (leżałyśmy razem na jednej sali) i one podtrzymywały mnie na duchu, starały się rozweselać (choć same też miały problemy z ciążą), nie wiem jak bez ich pomocy przetrwałabym najbliższe dni. Tutaj nadal byłam podłączona do kroplówki, co 3 godz. wykonywano mi badanie KTG (muszę przyznać, że za każdym razem, gdy podłączano mnie do tego badania, ze strachu dostawałam skurczy).
Trudno mi opisać, jak strasznie bałam się cały czas o życie naszego dziecka, brakowało mi wtedy bardzo rozmowy z psychologiem (bo choć mąż bardzo starał się mi pomóc, to przecież sam również się tym wszystkim denerwował i czasami trudno było mu znaleźć jakieś słowa otuchy). Na szczęście pojawił się Pan Profesor Chazan, człowiek niebywale spokojny; wystarczyło, że wziął mnie za rękę, spojrzał głęboko w oczy i już wiedziałam, że zrobi wszystko, aby uratować mojego Synka. Zdecydowano podać mi sterydy, aby przyspieszyć rozwój płuc dziecka.
Po tygodniu przebywania na Oddz. Patologii Ciąży lekarze podjęli decyzję o zakończeniu mojej ciąży cesarskim cięciem. I tak 22.01.2002 r. w 30. tyg. ciąży (prawie w samo południe – o godz. 11.45) urodził się Kubuś. Niestety, nie dane mi było zobaczyć go zaraz po urodzeniu, gdyż natychmiast został odwieziony do znajdującej się obok Kliniki Neonatologii. Widział go za to mój mąż, który cały czas asystował przy porodzie, stojąc za szybą około 2 metrów ode mnie. Kubuś urodził się z wagą 690 gram, o długości 33 cm. Dostał najpierw 6, a później 8 punktów w skali Apgar i oddychał samodzielnie!, co wprawiło lekarzy w miłe zdziwienie. Kubuś trafił do inkubatora. Następnego dnia rano, gdy z sali pooperacyjnej przechodziłam na oddział położniczy, pielęgniarka zaprowadziła mnie do Kubusia. Przestraszyłam się, gdy go ujrzałam. Był taki maleńki, kruchy, nie miał ani trochę tkanki tłuszczowej, przez skórę można było zobaczyć żebra i niektóre organy wewnętrzne. Wtedy pierwszy raz się załamałam. Nie wierzyłam, że można uratować tak maleńkie dziecko. Po południu odwiedziła mnie Pani Neonatolog, która opiekowała się Kubusiem. Powiedziała, że Maluszek oddycha samodzielnie, że podczas badania USG wykryto wylew okołokomorowy II-stopnia, ale nie wiadomo, co jest jego przyczyną, że nie widać jednej nerki, ale jest bardzo dzielny i walczy o swoje życie. Dowiedziałam się też, że mogę odwiedzać dziecko kiedy chcę i przebywać z nim tak długo, ile będę potrzebowała. Dotyczyło to także mojego męża. I tak było rzeczywiście. Pozwolono mi nawet otwierać inkubator i głaskać mojego synka. Pielęgniarki były bardzo sympatyczne, nie denerwowały się, gdy pytaliśmy o stan małego, choć zwykle odsyłały nas do rozmowy z lekarzem.
Kubuś początkowo był karmiony moim mlekiem przez sondę do żołądka, otrzymywał też uzupełniające żywienie pozajelitowe. Około 3 dni po urodzeniu Kubuś schudł do wagi 560 gram. Ja zostałam wypisana do domu po 4 dniach od operacji (ciężko było mi znieść widok matek leżących na oddziale ze swoimi dziećmi) i od tej pory codziennie, a czasem kilka razy dziennie przyjeżdżałam do Kubusia, przywoziłam mu mleko. Niestety w pewnym momencie okazało się, że źle przyswaja mój pokarm i był przez pewien czas karmiony sztucznie, mieszanką. Po tygodniu wylew w główce Kubusia sam się wchłonął, nerka się odnalazła, niestety pojawiły się problemy niedokrwistości. W związku z tym, w 25. dobie życia, wykonano transfuzję, co poprawiło stan Maluszka. Dodam przy okazji, iż w każdej chwili mogliśmy z mężem zadzwonić na oddział i porozmawiać z lekarzem lub pielęgniarką o zdrowiu Kubusia (z czego skrzętnie korzystaliśmy).
W drugim tygodniu po narodzinach rozpoczęliśmy z Kubusiem „kangurowanie”, co było dla mnie niezapomnianym przeżyciem – taka maleńka istotka w moich rękach, patrząca ufnie, choć jednocześnie z pewnym strachem rozglądająca się wokół. Po miesiącu Kubuś został przeniesiony na inny oddział – do Kliniki Patologii i Intensywnej Terapii Noworodka. Tutaj również przebywał w inkubatorze i tutaj ponownie spotkaliśmy się ze wspaniałym zespołem pielęgniarek, lekarzy, a także ze wspaniałym psychologiem – Panią Grażyną Kmitą, która podtrzymywała mnie na duchu, wysłuchiwała moich smutków i rozterek. Spotykałam się z nią prawie codziennie (przychodziła na oddział do mam odwiedzających swoje maluszki) i muszę przyznać, że ogromnie mi pomogła pozbierać się – długo miałam do siebie pretensje, że nie udało mi się donosić ciąży, że to przeze mnie Kubuś tyle się wycierpiał.. Na tym oddziale – jak powiedzieli lekarze – zadaniem Kubusia jest tylko tyć i rosnąć. I tak się działo. Lekarze byli z niego bardzo zadowoleni, szczególnie, że to taki mały człowieczek, a ma tyle woli walki.
Po Świętach Wielkiej Nocy Kubuś miał wyjść do domu. Ale niestety, spotkał nas kolejny cios – okazało się, że postępująca retinopatia zagraża oczkom Kubusia i trzeba go jak najszybciej operować. W ekspresowym tempie umówiona została data operacji na 10.04.2002 r. w Centrum Zdrowia Dziecka. Zabieg odbył się w narkozie, a wykonany został laserem. Po zabiegu karetka odwiozła Kubusia do IMiDz. Na szczęście wszystko przebiegło prawidłowo i po kilku dniach, a dokładnie 16.04.2002 r. mogliśmy wreszcie zabrać Kubusia do domu (z wagą 2040 g i długością 50 cm). I tu znowu nieoceniona okazała się pomoc Pani Psycholog, gdyż oboje z mężem mieliśmy ogromne kłopoty z przyzwyczajeniem się do obecności Kubusia w naszym domu. Jednak po kilku rozmowach z Panią Grażyną Kmitą wszystko się unormowało. Natomiast Pani Psycholog jest tak wspaniałą osobą, że nawet teraz dzwoni do nas, zapytać, jak sobie radzimy we trójkę. Naprawdę, jest to Psycholog z prawdziwego zdarzenia.
Dzisiaj Kubuś skończył już 13 miesięcy i powoli wyszedł ze wszystkich swoich problemów zdrowotnych: operacja się udała, wylew się wchłonął, niedokrwistość już się nie powtórzyła, rozwija się prawidłowo – choć potrzebna okazała się rehabilitacja, aby szybciej rozwinąć mięśnie. Co prawda nadal jest i będzie pod ścisłą opieką poradni Instytutu Matki i Dziecka, gdzie takimi maleństwami opiekuje się Pani Doktor Maria Rudzińska-Chazan, a także Centrum Zdrowia Dziecka.
Jesteśmy ogromnie wdzięczni wszystkim lekarzom za uratowanie życia Kubusia, a także za to, że nawet teraz w każdej chwili możemy zadzwonić do Instytutu lub do Pani Psycholog i porozmawiać o naszych problemach.