Fundacja wcześniak

Kuba Kurnikowski


– 35. tydz., 3350 g, 55 cm, 23.12.2002 r.

Witam wszystkich rodziców!

Jesteśmy rodzicami dwójki wspaniałych dzieciaków. Klaudia obecnie lat 10,5 i Kubuś lat 4. Życie od początku rzucało nam kłody pod nogi, najpierw przeprawa z Klaudią, a potem z Kubusiem.

Zacznę jednak od początku. Klaudia była wyczekiwanym i kochanym dzieckiem od chwili narodzin. Poród przeszłam bez zastrzeżeń, bez żadnych komplikacji i siłami natury urodziła nam się piękna, ogromna i zdrowa dziewczynka. Ważyła 4550 g i mierzyła 59 cm (największa wtedy w szpitalu). Bardzo szybko wyszliśmy do domu, bo już w 4. dobie. Sielanka jednak nie trwała długo, bo Klaudia w dniu, gdy skończyła 4 miesiące, trafiła do szpitala. Diagnoza była straszna – zapalenie dróg moczowych łącznie z pęcherzem, posocznica (Neiseria Meningitidis) i zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych bakteryjno- wirusowe. Stan był tak ciężki, że lekarze dawali jej najwyżej 1% życia. Nasza mała królewna jednak bardzo szybko pokonała chorobę i po 3 punkcjach z kręgosłupa i ogromnej ilości Claforanu i innych antybiotyków po 10 dniach wróciła do domu. Dziś nasza mała wówczas dziewczynka ma ponad 10 lat i jest śliczną, zdrową i bardzo mądrą osóbką. Uczy się najlepiej z klasy, gra na pianinie, tańczy na turniejach i nikt by nie powiedział, że to dziecko tyle przeszło. Lekarze uznali jej pełne wyzdrowienie za mały cud.

Historia Kuby rozpoczyna się w kwietniu 2002 r., gdy to pewnego poranka na teście pojawiły się dwie kreski. Naszej radości nie było końca. Jeszcze w tym samym tygodniu odwiedziłam swoją panią ginekolog. Dziecko było dokładnie zaplanowane, więc ciąża była potraktowana jak każda inna. Nic nie zapowiadało, by miało być inaczej. W 7. tygodniu pojawiły się jednak krwawienia. Po badaniu ciąża została uznana jako mocno zagrożoną. Dostałam Luteinę i zalecenie leżenia w łóżku. Przeleżałam tak prawie 9 tygodni i wszystko się uciszyło. Wszyscy byliśmy bardzo zadowoleni. W 21. tyg. zaczął mnie pobolewać brzuch i miałam lekkie skurcze. Dostałam znów zalecenie bardzo oszczędnego trybu życia i leżenie w łóżku. I tak leżałam aż do końca ciąży, wstając jedynie na wyjazdy do lekarza i badania kontrolne. Badania też nie były za dobre, gdyż miałam dość silną anemię. Około 30. tyg. ujawniła się jeszcze cukrzyca ciążowa i zaczęły puchnąć mi nogi. Od 32. tyg. byłam już na dużych dawkach Fenoterolu z Isoptinem, bo skurcze się mocno nasiliły. Badania nie wykazywały jednak nic niepokojącego.

21 grudnia 2001 około południa zadzwoniłam znów do swojej lekarz z pytaniem, czy mogę zwiększyć jeszcze dawkę leków. Usłyszałam, że niestety nie i jedyny ratunek to szpital. I tak o godz. 16.00 trafiłam na Karową. Z racji mojej cukrzycy inny szpital nie wchodził w grę. Po wstępnym badaniu zostałam przyjęta na porodówkę. Pobrano mi krew i mocz do badania, bo istniała możliwość, że mogę mieć bakterię w organizmie, ponieważ byłam podziębiona. Chwilę potem zaczęła się batalia o życie Kubusia. Lekarze zaczęli blokować poród kroplówkami, by mały jeszcze sobie w brzuszku pomieszkał, bo nie odeszły mi wody, więc była szansa pełnego powodzenia. Kuba był jednak strasznie uparty i bardzo chciał się urodzić. Lekarze walczyli z powrotami akcji porodowej 4 razy w ciągu 2 dni. Praktycznie cały czas leżałam pod kroplówką. Jeśli tylko była półgodzinna przerwa, natychmiast wracała akcja porodowa.

22 grudnia o godz.12.00 udało się ostatecznie zatrzymać poród i byłam już szykowana na patologię ciąży. W międzyczasie przyszły wyniki krwi i okazało się, że mam w sobie bakterię, a dziecko najprawdopodobniej zapalenie płuc. Zaczęto mi podawać Augmentin, aby mały we mnie wyzdrowiał. Co kilka godzin pobierali mi krew i sprawdzali obraz krwi, czy choroba się zatrzymała.Późnym wieczorem dostałam silnej temperatury ok. 39 stopni i było mi strasznie gorąco. Natychmiast powtórzono badania. Wyniki były okropne. Bakteria szybko się rozprzestrzeniała. Zapadła decyzja o natychmiastowym wywołaniu porodu, bo mały był z każdą chwilą coraz bardziej zagrożony. Tuż po północy przyjechał mąż, aby mnie wspierać i utrzymywać w przekonaniu, że wszystko będzie dobrze. A wcale dobrze nie było. Leki na przyspieszenie wcale nie chciały działać. Po oksytocynie czułam się tak fatalnie, że odłączono kroplówkę. Dostałam więc Prolaktynę i to odrobinę ruszyło. Zaczęło postępować rozwarcie. Skurcze były coraz silniejsze, ale szyjka nie chciała puścić. Zapadła więc decyzja o masażu szyjki, aby ją lekko zgładzić. Zabieg się powiódł i 23 grudnia o godz.1.25 w nocy urodził się Kubuś. Był siny, okręcony pępowiną podwójnie wokół szyjki i trzeci raz wpół siebie. Jedyne co pamiętam, to tylko słowa „Ma pani syna”, potem straciłam przytomność.

Jak się ocknęłam, mały leżał chwilkę na mnie, ale nie oddychał. Zapytałam, czemu go nie słyszę, on przecież nie płacze i wpadłam w panikę. A cudowna pani doktor uspokoiła mnie i powiedziała, że wszystko będzie dobrze, że on ma jeszcze czas. Za chwilkę go zabrali i już go nie zobaczyłam. Mąż poszedł z małym na noworodki, a ja zostałam sama. Jak wrócił powiedział mi, że mały waży 3350 g i mierzy 55 cm, dostał 7 pkt w skali Apgar w 1. minucie, a potem 8 w 3. i 5. minucie życia, leży w cieplarce, bo traci temperaturę i jest zakwalifikowany jako dziecko donoszone. Tej nocy byliśmy bardzo szczęśliwi. Darek pojechał dopiero po 4.00 rano do domu, a ja mogłam się chwilkę zdrzemnąć. Obudziła mnie pielęgniarka, jak roznosiła termometry. Od razu zapytałam, czy mogę iść da malutkiego i usłyszałam, że jak najbardziej. Dosłownie w przeciągu 5 minut znalazłam się przy łóżeczku. Leżał tam taki delikatniusi i w porównaniu z Klaudią był malutki. Lekarze mówili, że jest ogromny i na wcześniaka nie wygląda, ale dla mnie był kruszynką. Wigilia upłynęła nam bardzo szybko, bo o godz.16.00 dostałam już maluszka do pokoju. Wzięłam go na ręce i powiedziałam mu na uszko, że już nigdy go nie opuszczę. Tuliliśmy się tak do rana. Niestety w pierwszy dzień świąt dowiedziałam sie, że Kuba ma dość silną żółtaczkę i potrzebuje naświetlań. Przyprowadzono więc specjalne łóżeczko z lampami i się opalaliśmy. Radość nasza wspólna nie trwała jednak długo, bo już w 2. dzień świąt żółtaczka była tak wysoka, że zabrano Kubika na fototerapię ciągłą. Tego dnia zauważyłam również, że malutki ma drżenie kończyn i czasami przestaje oddychać. Po porannym obchodzie przyszedł też lekarz z informacją, że Kuba miał 2 wylewy: pierwszy – I stopnia okołokomorowy i drugi – II stopnia dokomorowy. Żółtaczka jak na złość przekroczyła magiczną cyfrę 19 i kazano już nam się szykować na transfuzję krwi. Do tego mały nie miał siły ssać i nie przybierał na wadze. Największy spadek wagi do 3002 g. Zaczęła się walka o karmienie Kuby. Powoli zaczynał połykać moje ściągane mleczko, które było podawane butelką w inkubatorku. Nawet do karmienia nie był z niego wyjmowany, bo groziło to dużym wzrostem bilirubiny we krwi.

Z żółtaczką walczyliśmy bardzo długo, bo 13 tygodni. Na szczęście z wynikiem 13.8 bilirubiny we krwi wyszliśmy 31 grudnia do domu i dalsze leczenie odbywało się już w warunkach domowych. Naszej wspólnej radości nie było końca. Jednak znów idylla nie trwała długo. 1 stycznia wieczorem zauważyłam, że Kuba sinieje. Zadzwoniłam do naszej lekarz i okazało się, że Kubuś ma silne bezdechy i to jest powodem tego sinienia. Następnego dnia zakupiliśmy monitor oddechu, który na początku włączał się kilkadziesiąt razy w ciągu doby. Wszyscy byliśmy przerażeni, a z czasem się przyzwyczailiśmy do tego ciągłego dźwięku ratującego Kubie życie. Monitor chodził non stop do 8. mies.życia Kubusia i dopiero po tym czasie był stopniowo wyłączany na drzemki. Zrezygnowaliśmy z niego dopiero po 2 latach.

Gdy Kuba skończył 7 tygodni dostał sapki, która go przyduszała. Wezwana pani doktor (niestety nie nasza rodzinna) podała mu Biofuroksym w zastrzykach, co po 2 dniach spowodowało zapalenie oskrzeli. Po tygodniu, jak pojechaliśmy z małym do naszej lekarz, było już obustronne zapalenie płuc. Pani Dorotka powiedziała, że mały w szpitalu nie przeżyje tak dużej infekcji, bo jest na granicy życia i śmierci. Dostosowała odpowiednie leczenie domowe (całodobowe) i wkrótce Kuba wyzdrowiał.

Jak Kubuś skończył 3 miesiące, zaczęły się jego intensywne rehabilitacje. Najpierw takie w ośrodku zdrowia wykonywane przez naszą rehabilitantkę, które nie odnosiły żadnych efektów, ponieważ ta pani nie pozwalała ćwiczyć z dzieckiem w domu. Ostatecznie jak Kuba miał pół roku, nie potrafił podnieść główki do góry ani trafić rączką do buzi. Wtedy podjęliśmy decyzję o zmianie neurologa i rehabilitantki, co przyniosło natychmiast żądane efekty. Kubuś momentalnie nabierał sprawności i koordynacji ruchowej. Ćwiczenia mieliśmy 3 x w tygodniu po 20 minut i do tego ja ćwiczyłam z małym w domu codziennie w 8 sesjach półgodzinnych. Wkrótce stan Kuby tak się poprawił, że z 8 sesji zeszliśmy do 5 dziennie i do 2 wizyt w tygodniu u rehabilitantki. Jak Kuba zaczął chodzić (11,5 mies.), to już tylko jeździliśmy na kontrolę, a ćwiczenia były wykonywane przeze mnie, które trwały do 2,5 roku. Od 7. mies.życia Kuby jako dodatkową rehabilitację dołożyliśmy hipoterapię.W tym czasie dowiedzieliśmy się jeszcze, że Kubuś ma przewężenie przełyku, refluks i dlatego są kłopoty z gryzieniem i połykaniem (Kuba przy jednym posiłku potrafił zwymiotować ok. 30 razy). Dopadła nas silna alergia. Jego dieta sięgnęła chyba zenitu, bo mały mógł jeść tylko kukurydzę, ryż, soję (w ograniczonych ilościach) i mleko z wyizolowanym białkiem soi (Isomil 2).

Jak Kubuś skończył 3 latka, to w ramach rehabilitacji kupiliśmy psa, który pięknie go wycisza. Dzięki głaskaniu psiej sierści i naturalemu cieple psa zostaje niwelowana nadwrażliwość dotykowa. W tej chwili Kubuś ma 4 latka. Do tej pory walczymy z alergią, ale udało nam się wprowadzić już sporo nowych produktów. Niestety nie chce brać metalowych i zimnych rzeczy do rączek, ma problemy z rysowaniem, lepieniem i malowaniem. Istnieje też podejrzenie, że mały ma ADHD, bo są problemy ze skupianiem uwagi i nadaktywnością ruchową, ale to nie jest zdiagnozowane. Teraz przed nami kolejny maraton po lekarzach, bo jeszcze istnieje podejrzenie padaczki powylewowej i mam nadzieję, że powoli będziemy wszystkie schorzenia wykluczać po każdej wizycie u specjalisty. Pomimo tych wszystkich przeciwności losu dziękujemy Bogu, że obdarzył nas takim wspaniałym skarbem.

Jeśli ktoś z rodziców będzie chciał skorzystać z jakichś naszych doświadczeń, to proszę pisać na adres: aneta.kurnik@gmail.com.

 

Aneta Kurnikowska
www.anetastycz.blogownik.pl