Fundacja wcześniak

Krzyś Stepaniuk

25. tydz., 700 g , 15.11.2010 r.

Nazywam się Kasia Stepaniuk. Mam 28 lat i jestem mamą 3-letniej Sylwii. W momencie jej narodzin wspólnie z moim mężem podjęliśmy decyzję,  że chcemy, by nasza córeczka miała rodzeństwo. Tak też się stało. Już sama wiadomość o tym, że będziemy mieli kolejne dzieciątko, była dla nas pełnią szczęścia. Od samego początku kolejnej ciąży czułam się jednak nienajlepiej. Denerwowałam się ciągłym plamieniem i bólami brzucha. Martwiłam się, że coś może być nie tak. Wizyty w gabinecie ginekologicznym uspokajały mnie jednak nieco. Lekarz prowadzący za każdym razem stwierdzał, że wszystko jest w porządku. Dostałam leki na podtrzymanie ciąży i zalecenie spokojnego trybu życia. W czwartym miesiącu ciąży wystąpiło silne krwawienie z dróg rodnych i trafiłam do szpitala. Lekarze, po przeprowadzeniu badań diagnostycznych, stwierdzili u mnie krwiaka poza jajem płodowym. W szpitalu leżałam tydzień czasu, po czym mnie z niego wypisano z zaleceniem dalszego oszczędnego trybu życia. Po około trzech tygodniach spędzonych w domu wykonałam ponownie badanie USG. Ginekolog wykonujący badanie stwierdził brak krwiaka. Spokoju nie dawały mi jednak w dalszym ciągu silne bóle brzucha i liczne plamienia. Około 24. tygodnia ciąży zaczęły się sączyć wody płodowe, czego jednak nie byłam świadoma. Kolejne badanie USG potwierdziło wcześniejszą diagnozę, że wszystko było w porządku. Mój niepokój był jednak na tyle duży, że postanowiłam wykonać dodatkowe, prywatne badanie USG wraz z konsultacją w innym gabinecie.  Rozpoznanie lekarza było dla mnie szokujące – brak wód płodowych! Na domiar złego, krwiak, którego ponoć nie było, nadal istniał! Otrzymałam natychmiastowe skierowanie do szpitala. W szpitalu tę diagnozę potwierdzono – brak wód płodowych (przedwczesne pęknięcie pęcherza płodowego), infekcję wewnątrzmaciczną (Paciorkowce, E. coli).  Byłam tym załamana. Było przecież za wcześnie na poród. Po tygodniu pobytu w szpitalu nagle zaczęła się akcja porodowa. Nie było już wyboru ani czasu na zastanawianie się, co dalej robić… Na sali porodowej lekarz przyjmujący oznajmił mi, że mam 0% szans na to, że urodzę żywe dziecko. Wciąż nie ogarniam natłoku myśli przewijających się wtedy przez głowę… O godzinie 22:00 urodziło się moje drugie dziecko – syn Krzyś, ważący zaledwie 700 g. Żywy… Krzyś to zuch. Nie mam wątpliwości. Nie potrafię inaczej wytłumaczyć tego, że dziecko, które urodziło się w 25. tygodniu ciąży przeżywa i już w piątej minucie tego życia otrzymuje 7 punktów w skali Apgar. Jest szczęściarzem, dzieckiem w czepku urodzonym, ponieważ Bóg wysłuchał modlitw moich, mojej rodziny i przyjaciół. To dzięki nim, najbliższym, przetrwałam bardzo ciężki okres w moim życiu. Mam nadzieję, że kiedyś w życiu będę mogła odpłacić im tym samym.

Wracając do chwili porodu… Jakże inny był to czas w porównaniu do przyjścia na świat mojej córki. Nie miałam okazji ani go zobaczyć, ani przytulić, ani chociaż usłyszeć jego pierwszego kwilenia. Tym, szczególnej opieki noworodkiem natychmiast zajęli się lekarze i położne. Krzyś został zaintubowany na sali porodowej, przeniesiony na OITN i podłączony do respiratora. Wentylację mechaniczną prowadzono przez 4, następnie do 55. doby życia stosowano wsparcie oddechowe w systemie n-CPAP, a do 71. doby Krzyś wymagał tlenoterapii biernej. U Krzysia rozpoznano dysplazję oskrzelowo-płucną (po wyjściu ze szpitala otrzymał 3 dawki szczepionki – Synagis), zespół zaburzeń oddychania oraz retinopatię. Z powodu retinopatii wykonano zabieg laseroterapii obu oczu. Po tym zabiegu wystąpiły objawy zapalenia płuc  i Krzyś wymagał zastosowania mechanicznej wentylacji i antybiotykoterapii. Do 13. doby życia stosowano żywienie parenteralne, jednocześnie od drugiej doby wprowadzono żywienie enteralne, początkowo przez sondę, a od 86. doby synek był karmiony wyłącznie smoczkiem. W trakcie całego pobytu w klinice z powodu niedokrwistości trzykrotnie przetoczono krew. Po 3 dniach od porodu zostałam wypisana ze szpitala. Sama. Krzyś musiał jeszcze zostać. Wiedziałam, że szybko nie będzie mi dane zabrać go ze sobą do domu. W związku z tym postanowiłam, że gdy poczuję się na siłach przerwę urlop macierzyński i wrócę do pracy po to by zyskać dodatkowe chwile na opiekę nad nim, gdy pierwszy raz przyjedzie do domu. Tak jak postanowiłam, tak też zrobiłam. Codziennie ściągałam pokarm i woziłam go do szpitala. W tym czasie byłam bardzo rozdarta emocjonalnie. Z jednej strony Krzyś będący w szpitalu, a z drugiej moja Sylwia będąca w domu, o której także nie można było zapomnieć. Oczekująca czułości i obecności nie tylko taty, ale też mnie, mamy. Wszystkie te wyrzeczenia opłaciły się. W 90. dobie życia Krzysia wypisano ze szpitala i pierwszy raz byliśmy wszyscy razem w domu.

Dzisiaj Krzyś ma 8 miesięcy, waży 6,5 kg i rozwija się prawidłowo – zgodnie z wiekiem korygowanym (5 miesięcy). Jesteśmy pod stałą opieką specjalistów. Regularnie uczęszczamy na ćwiczenia rehabilitacyjne. W początkowym okresie była to metoda Vojty. Obecnie ćwiczymy metodą NDT BOBATH. Krzyś jest bardzo grzecznym i pogodnym chłopcem. Jest  ciekawy świata, dużo się uśmiecha, gaworzy i jest naszym oczkiem w głowie.

Chcieliśmy bardzo serdecznie podziękować całemu personelowi Kliniki Neonatologii i Intensywnej Terapii Noworodka Uniwersytetu  Medycznego w Białymstoku za profesjonalną, serdeczną i życzliwą opiekę. Dzięki Waszej pracy i serca, które w nią wkładacie, tak malutkie istotki  jak Krzysio mogą żyć, a rodzice odzyskują  wiarę w to, że istnieją jeszcze ludzie, którzy potrafią z takim poświęceniem i pasją pomagać innym.