Fundacja wcześniak

Krystian Łęcki

28. tydz. 890 g, 33 cm, ur. 23.03.2012 r.

Wzruszona wieloma historiami Malutkich Istotek, postanowiłam  przedstawić naszą historię. Historię podobną do wielu, ale zarazem inną pod każdym względem…

Wiadomość o ciąży była dla nas zaskoczeniem, ale tylko dlatego, że udało nam się bardzo szybko ziścić marzenia o dziecku.

Bardzo dobrze się czułam, wręcz promieniałam. Wszystkie kolejne wizyty lekarskie, badania były w należytym porządku. Nic nie wskazywało na to, żeby miało się coś zmienić. Jednak pewnego marcowego popołudnia źle się poczułam w pracy. Kręciło mi się w głowie, serce kołatało… mierzone ciśnienie sięgnęło wysokiej wartości, bo aż 190/90. Znajoma pani doktor doradziła, bym się spakowała i jak najszybciej pojechała do szpitala. Tak też zrobiłam. Zostawiono mnie na oddziale. Zaczęła się walka z ciśnieniem, które opornie poddawało się lekom. To był poniedziałek. Wtorek mijał pod tym samym znakiem – nadciśnienie. Dopiero środowa noc i poranek był już wyrównany. Zabrano mnie na USG, by zobaczyć, czy skoki ciśnienia nie zaszkodziły dzieciątku. Lekarski slogan niewiele mi mówił. Nerwy wzrastały, kiedy badający lekarz zwołał kolegów dyżurujących, by zrobili „po swojemu” badania. Co się okazało? Każdy stwierdził, że przepływy krwi pępowinowej są wsteczne, dziecko jest za małe w stosunku do wieku. Zaczęto brać pod uwagę wcześniejsze rozwiązanie ciąży, z tym, że nie w szpitalu, w którym leżałam, ponieważ oczekiwano na bliźnięta i miejsc na OITN nie było. W czwartek przewieziono mnie do Szczecina. Cały dzień leżenia pod aparaturą. W  przerwach  bieganie na kolejne badania. Niestety wszystko co w Koszalinie zostało powiedziane, potwierdziło się i co najgorsze nic się nie zmieniało.

Piątkowym popołudniem dyżurująca pani doktor wzięła mnie na rozmowę i przedstawiła, jak sprawa wygląda. Ze względu na bardzo duże zagrożenie niedotlenienia dziecka i zagrożenie mojego życia, zdecydowałam się podpisać zgodę na CC. Nie minęło pół godziny, jak już byłam na sali przedoperacyjnej. Niestety mój mąż nie zdążył dojechać do Szczecina na czas (dzieliło nas 160 km), ale naprawdę fantastyczny personel wyraził zgodę, by mi towarzyszył, kiedy będę ponownie na oddziale. 23 marca 2012 roku o godzinie 19.42 urodziłam synka. Do dziś pamiętam słowa z sali operacyjnej „syn, żyje”. Bardzo ważna informacja, bo to był zaledwie początek 28. tygodnia. Dzieciątko ważyło 890 gram, mierzyło 33 centymetry.

Kolejnego dnia dostaliśmy zgodę na odwiedzenie dziecka. Kilometry korytarzy, setki schodów, zakrętów, przejście między budynkami kosztowało mnie wiele wysiłku. Zaraz po cesarce, z  drenami ciągnęliśmy, gdzie nam wskazano drogę. I może to bardzo nieładnie zabrzmi, ale kiedy weszliśmy na OITN, miałam ochotę obrócić się na pięcie i wyjść. Gdyby nie mąż, który mnie mocno trzymał za rękę, zrobiłabym to. Byłam przerażona widokiem. Małe, przezroczyste dziecko, które nie sądziłam, że tak może wyglądać. Nie były to długie odwiedziny. Bardzo dużo różnych emocji we mnie się mieszało.

Mały został zaintubowany, kompletnie niezdolny do samodzielnego funkcjonowania.  Najgorsze było to, że po paru dniach wypisana zostałam do domu, a synek został. Nie było opcji przeniesienia do „naszego” szpitala, nie miałam możliwości pozostania z nim. Jeździliśmy tak często, jak tylko się dało. Dwa, trzy razy w tygodniu. Czasami bywaliśmy u niego częściej. W maju przeszedł operację przepukliny. W zasadzie w dniu, kiedy się o niej dowiedzieliśmy.  W tym samym tygodniu wyszła nam z drugiej strony. Ciągłe spadki saturacji uniemożliwiały odłączenie od respiratora. Oddychanie utrudniała wydzielina niewiadomego pochodzenia. Antybiotykoterapia nie dawała korzystnych rezultatów. Zmieniano nam rodzaje wentylacji, wszystko po to, by choć minimalnie płuca zaczęły pracować same.

Nigdy nie zapomnę, jak podczas godzin informacyjnych, kiedy nie mogliśmy być osobiście, doktor mi powiedział, że nasz syn w chwilach dużego niepokoju wyciągnął sobie rurkę. Zamarłam. Zupełnie nieświadoma następstw. Uspokoił mnie, że teraz jest zupełnie pod stałym nadzorem i patrzą, jak sobie radzi i że najważniejsza jest pierwsza doba. Tlen puszczony do inkubatora wystarczył. Nie było potrzeby ponownej intubacji. Lekarze śmiali się, że Młody jest mądrzejszy od nich, bo oni sami na pewno jeszcze by go nie odłączyli.  60 dni sztucznej wentylacji było za nami. Niestety płuca były nadal w kiepskiej kondycji i notoryczne spadki saturacji trzymały nas jeszcze wiele dni w szpitalu. Kiedy nasz Synek skończył dwa miesiące i tydzień, dostaliśmy Go pierwszy raz na ręce. To do dnia dzisiejszego dla nas najważniejszy dzień w życiu! Tego samego popołudnia opuściliśmy OINT i „zamieszkaliśmy” na patologii noworodka. Zwiększona liczba godzin odwiedzin bardzo pomogła nam, szczególnie psychicznie. Mogliśmy osobiście dbać o synka. Uczyliśmy się karmić Go ze smoczka. Bardzo się do niego zbliżyliśmy w tym trudnym dla nas wszystkich  czasie. Długo nie było zmian w stanie zdrowia. Staliśmy niemalże w miejscu. Dodatkowe badania oczek wskazywały na odklejające się siatkówki, ale stosowane krople zahamowały ten proces.

20 lipca 2012 roku nareszcie dostałam propozycję, żeby położyć się w części hotelowej na PN razem z synkiem. W tym czasie miałam zostać przyuczona do opieki nad tak malutkim dzieckiem. Było to równoznaczne z wyjściem do domu za dni parę. Niestety po przyjeździe na miejsce okazało się, że stan oczek ponownie się pogorszył i w ciągu tygodnia Synek miał zostać przewieziony do innego szpitala na laser. Byłam przeszczęśliwa, że mogę z nim nareszcie być cały czas, z drugiej strony świadoma byłam tego, że przyjechałam po Niego, a znów sama będę musiała wrócić do domu. I tak było… 27 lipca, po 126 dniach życia szpitalnego przyjechaliśmy całą rodziną do domu. Trudno opisać, jaka to była radość. Nie mieliśmy dużo czasu na sielankę, bo dopiero zaczęło się umawianie po lekarzach specjalistach, tu gdzie nam najbliżej. Wszystkie kontrolne wizyty były czysto kontrolne. Nic nam się poważniejszego nie pojawiło. Wyniki badań płucek bardzo się poprawiły, także nie przyjmujemy na chwilę obecną żadnych leków. Oczka „naprawione”. Jedyne co, to do dnia dzisiejszego jeździmy na ćwiczenia rehabilitacyjne, żeby Młody doganiał rówieśników. Potrafimy raczkować, niestraszne jest nam wspinanie się po kanapach. Wedle pani neurolog wszystko idzie prawidłowo i  bardzo się cieszy, jak widzi postępy w rozwoju swojego podopiecznego.

A my z wielką radością patrzymy, jak Nasza Maleńka Pociecha nadrabia wszystko, co może. Jest bardzo spokojnym Chłopcem, który lubi towarzystwo. Nie sposób opisać tego co za nami, na jakim etapie jesteśmy. Za mało czasu, za mało słów. Temat rzeka.

Parę dni temu skończyliśmy rok. Bardzo szczególny rok. Życzę Wszystkim, aby pociechy rosły i zdrowiały w takim tempie jak nasz KRYSTIAN.

Pozdrawiam, Justyna Łęcka