Fundacja wcześniak

Kostek Górecki


– 28. tydz., 1100 g, 42 cm, 15.07.2009 r.

To była chciana i oczekiwana ciąża. Po poprzednim rozczarowaniu – tym razem radocha. Od początku przeszkody – plamienie (znaleziono przyczynę, mały krwiaczek, który się wchłonął), dziwny wynik testu PAPPA. Potem amniopunkcja (wskazania lek. prowadzącego ze względu na mój wiek) i horror oczekiwania na wynik. Wreszcie jest – prawidłowy! Pozostaje tylko czekać do końca września. Po drodze przyplątuje się infekcja…

09.07.2009
Rano odchodzą mi wody. 27. tydzień! Pędem do szpitala, diagnoza, hospitalizacja. To mój drugi w życiu pobyt w szpitalu, ale teraz świadomy. Tamten z dzieciństwa czasami mi się śni. Kompletny szok.

Muszę leżeć plackiem, wszystko odbywa się na leżąco – jedzenie, potrzeby fizjologiczne. Pierwsze odparzenia. Wody płodowe cały czas odchodzą … Mam dziwne sny.

15.07.2009.
Wyniki badań są jasne – bezwodzie, zakażenie wewn. – 30 jednostek CRP. Rano mały się przekręcił, wyraźnie to czułam. KTG wykazuje ślady skurczy. Muszę rodzić, w grę wchodzi tylko cesarskie cięcie. Decyzje zapadają w 2h. Jestem w absolutnym szoku. Nie umiem określić własnych uczuć – mieszanka strachu z czymś ogłuszającym. Boję się zakażenia, boję się o dziecko.

Sala operacyjna. Rozmowa z pielęgniarką i anestezjologiem. Widzę twarze lekarzy od połowy (maski), tylko oczy, te oczy trochę mnie uspokajają.

Znieczulenie, czuję mrowienie w nogach. Przykrywają mnie parawanem i ciało serwetami, oprócz brzucha. Podłączają miernik ciśnienia i elektrody. Mam tlen nad sobą, anestezjolog mówi, że teraz będą oddychała z lekkim trudem, bo działa podany hormon. To okropne uczucie.

Nie czuję cięcia, tylko jakby szarpanie. Mój ginekolog, który operuje, mówi, że zrobi nieco większe nacięcie. Słyszę płacz! Mój syn. na szczęście płacze. Siostra mówi, że jest cały, śliczny. Od razu go zabierają, nie pokazują mi. Kończą, dziękują, anestezjolog jeszcze mnie kontroluje. Nachyla się nade mną pediatra i każe czytać opaskę: Marta Kruszyńska, 15 lipca 2009, 14.30, syn. I drugi raz. Potem pani dr mówi, że dziecko oddycha samo i jedzie na OIOM.

Nie mogę być z synkiem; odwiedza mnie rodzina, koleżanka przemyca zdjęcie małego, zrobione komórką. Wieczorem przygotowują mnie do wstania, myję się pod kontrolą i idę zobaczyć Kostka.

Jest w inkubatorze, taki malutki…, pod tlenem (CPAP), ale bez respiracji! Chyba płaczę, mam potworny zawrót głowy i siostra musi mnie odprowadzić do sali.

Przez kolejne dni uczę się wstawać na boku, myć sama i pobudzać laktację. Prawie nie śpię, bo walczę o pokarm. To orka. Mleko leci opornie, potem mam wrażenie, że będę miała nawał. Po 6 dniach wypisują mnie; martwię się, że mały zostaje w szpitalu. Trudno mi uwierzyć, że jestem matką. Wracam do domu z pustymi rękami…

Od tej chwili zaczyna sie medyczna polka. Codziennie jeżdżę do szpitala z mlekiem – ja rano, tata wieczorami. W niedzielę jeździmy razem. Kostek miewa problemy z oddychaniem, spada mu saturacja. Rotacyjnie korzysta z nosków. Po drodze przyplatuje się wcześniacze zapalenie płuc (9. doba), anemia, troszkę szwankuje wątroba. Musi dostać krew, procedura wymaga mojej zgody, waham się. Zaczyna do mnie docierać, jakie są zagrożenia przy takiej wadze urodzeniowej – retinopatia, wylewy śródczaszkowe, porażenie mózgowe, głuchota. To ciężki czas, ciągłe myślenie, co się może wydarzyć. Krew podano jeszcze raz.

Ale kolejne badania nie pokazują zagrożeń. Kostek ma małą torbielkę w mózgu (USG przezciemiączkowe), która po kilku miesiącach się wchłonie. Żadnych wylewów. Badania słuchu są prawidłowe. Badania neurologiczne nie pokazują niczego groźnego oprócz lekko zwiększonego napięcia mięs. Echo serca prawidłowe.

Wprowadzamy kangurowanie. Pierwszy raz mam synka na rękach… Jest niesamowity. Martwię się, że musi być wielokrotnie nakłuwany. Przyglądam się uważnie każdemu kawałkowi ciałka. Rączkom, stópkom. Z czasem zauważam, jak rosną paznokietki, jak zaczynają być widoczne sutki, że synek zaczyna tyć – od głowy i buzi w dół.

Powoli zmienia się system opieki, z inkubatora Kostuś wędruje do otwartego łóżeczka. Uczymy się pielęgnacji, karmienia butelką (do piersi nigdy nie zdołamy, pokarm się skończy…). Synek coraz lepiej oddycha. W końcu zostaje tylko ograniczona tlenoterapia. Wprowadzamy pielęgnację połączoną z rehabilitacją metodą Bobath. Po prawie 2 miesiącach zostaję przyjęta na oddział w celu oswajania i pod koniec sierpnia jedziemy do domu!

Przed nami liczne, często męczące kontrole lekarskie. Wykluczamy wylewy, potwierdzamy prawidłową budowę i pracę serca. Ponowny epizod z anemią, Kostek dostaje krew na dziecięcym oddziale hematologii. Po tym razie konieczna będzie 2-miesięczna kontrola parametrów krwi (co 2 tyg.) i podawanie preparatu żelaza (zmieniany 2x, po próbie podania EPO). Wszystko kończy się dobrze, ilość hemoglobiny i czerwonych krwinek stabilizuje się. Neurolog proponuje rehabilitację indywidulaną plus ćwiczenia w domu. Ponowne badanie słuchu.

Najmocniej sen z powiek spędza retinopatia, Kostek ma początki (1. stopień w jednym oczku, 2. w drugim), ale na szczęście staje na tych poziomach i nie rusza. Regularnie kontrolujemy wzrok.

Kiedy Kostek kończy pół roku operujemy przepuklinę pachwinową i wodniaka jądra – częstą przypadłość wcześniaczą. Operacja trwa godzinę, wszystko sprawnie, po 2 dobach jesteśmy w domu.

Dziś synek ma 15 miesięcy. Po wcześniactwie nie zostało śladu. Dzięki rehabilitacji rozwija się prawidłowo, od przekręcania się na bok, po siadanie, wstawanie, raczkowanie, wreszcie chodzenie, wszystko w terminie. Waga i wzrost utrzymuje w siatce centylowej dzieci donoszonych, jest drobny, ale nie pozostaje w tyle! Zaczyna mówić, jest wspaniałym, pogodnym i radosnym dzieckiem.

Lekarze byli zadziwieni jego stanem od początku, relatywnie dużą wagą jak na ten tydzień ciąży. Jego siłą w walce – o życie, zdrowie. Nasza historia pokazuje, że przedwczesny poród nie musi być tragedią, a wcześniak nie jest skazany na niedorozwój. Wiem, że to kwestia szczęścia, ale także pracy w dzieckiem, współpracy z lekarzami. I nadziei.