Fundacja wcześniak

Karolina Luśniewska


– 30. tydzień, waga 1700 g, 47 cm, 17.12.2003 r.

Od początku ciąży wiedziałam, że mogę urodzić wcześniaczka, ponieważ mój pierwszy synek urodził się pięć tygodni przed terminem. Dlatego od samego początku ciąży bardzo na siebie uważałam, chociaż lekarz zapewniał, że wszystko będzie dobrze. Nie było.

11 grudnia, kolejna wizyta u lekarza (29 tygodni ciąży), szyjka odrobinę skrócona, zaczyna rozwierać. Jestem uziemiona w łóżku, jedyne moje zadanie w ciągu dnia to brać leki i przekonywać półtorarocznego synka, że w łóżku też się można nieźle bawić. Jeden dzień podobny do drugiego i marzenie, aby tych dni było jak najwięcej.

17 grudnia, wycieczka do łazienki jedna z trzech, które przysługują mi dziennie. Szybkie mycie i z powrotem do łóżka – już nie dotarłam. 9 rano odeszły mi wody. Zawozimy synka do babci i jedziemy do szpitala.

Badanie, KTG i porodówka wszystko tak szybko, masa pytań, wywiad, ale co z moim dzieckiem. Telefon na OIOM, inkubator się grzeje, czeka na moje małe szczęście. 13.00 pierwsze skurcze, z kolejnymi skurczami nasila się mój strach. Czy będzie oddychała? Czy zostanie ze mną w szpitalu? Czy nie odeślą jej samej do innej kliniki?

17.55 urodziła się moja córeczka, moje szczęście. 30 tydzień, 1700g i 47 cm szczęścia. Jest taka malutka. Po dwóch godzinach wybłagałam położną, żeby pozwoliła mi iść do niej. Mąż pomaga mi przebrnąć przez korytarz. Staję przed cieplarką – trzy kroplówki, CPAP, czujnik temperatury ciała i pośród tego wszystkiego moja córeczka „błagam Cię nie odchodź”. Wieczorem mąż przywozi mi laktator, walczę o każdą kroplę pokarmu dla mojej kruszynki. A od rana badania USG jamy brzusznej, przezciemiączkowe, echo serca, posiewy, morfologia, gazometria. Przewód tętniczy w serduszku niezamknięty, reszta w porządku. Mijają kolejne doby, ja daję jej pokarm, a ona mi nadzieję, że wyjdziemy stąd razem i wszystko będzie dobrze.

21 grudnia, 9.00 rano, idę z kolejną porcją pokarmu i z nadzieją. Zbliżam się do cieplarki i oczom nie wierzę, moja córeczka oddycha sama „dziękuję Ci córciu”. Po południu przychodzi do mnie mój synek, jest coraz gorzej, coraz bardziej tęskni, co ja mam zrobić, któremu dziecku jestem bardziej potrzebna. Co mam zrobić???

24 grudnia, Wigilia, kiedy siedziałam u Karolinki, przyszła pani doktor i powiedziała mi, że mogę wyjąć małą z cieplarki. To naprawdę niesamowite przeżycie pierwszy raz trzymać swoje dziecko. Jest taka malutka, taka krucha. Teraz już jestem pewna, że wszystko będzie dobrze.

Mijają święta i Nowy Rok, a ja cały czas walczę, próbując przystawiać maleństwo do piersi, ale ona nawet z butelki nie ma siły jeść. Początek stycznia, lekarze zaczynają coś mówić o wypisie, mój synek jest coraz bardziej zamknięty, całymi dniami czeka, aż ktoś go do mnie przywiezie. Czuję się coraz bardziej rozdarta, robię coś dla jednego dziecka kosztem drugiego. Kiedy się to wszystko skończy, czasami jak zostaję na OIOM-ie sama z Karolką, to mam ochotę zawinąć ją w bet i uciec stamtąd. 5 stycznia małej strasznie pogorszyła się morfologia, czekamy na transfuzję. Nie ma dla małej krwi, to jakiś absurd przez całe życie regularnie oddajemy z mężem krew, a teraz nie ma jej dla naszej córeczki??? 7 stycznia 10:00 mała jest przeraźliwie blada, a krwi nie ma. 13:00 przyjeżdża krew. Kamień spadł mi z serca. Jutro wychodzimy do domu.

8 stycznia wielki dzień, 10:00 przyjeżdżają po nas chłopcy, Karolka waży 1850 g, wychodzimy do domu. Pani doktor przekazuje mi tysiąc informacji, nie słucham, nie mogę skupić na tym uwagi, proszę, żeby mi zapisała. Chcę już zabrać Malutką. Nie chcę już tu być. DZIĘKUJĘ za wszystko. Jedziemy do domu.

Synek jest szczęśliwy, całuje na zmianę mnie i Karolinkę – „kocham was”.