Fundacja wcześniak

Karol Kabocik


– 30. tydz. 1600 g, 5.08.2007 r.

Jesteśmy rodzicami dwojga dzieci. Przed pojawianiem się Karolka byliśmy szczęśliwymi rodzicami naszej kochanej córeczki Klaudusi, która obecnie skończyła 7 lat. Długo nie potrafiliśmy się zdecydować na drugie dziecko, ponieważ zawsze było jakieś „ale”. To praca, to pieniądze. W drugą ciążę zaszłam w dosyć zaskakującym dla nas momencie, ale bardzo dla nas radosnym. Szybko przyzwyczaiłam się do tej myśli i byliśmy z tego powodu bardzo szczęśliwi. Dodam, że nasza córka miała już wtedy 5 i pół roku. Ona sama również bardzo się z tego faktu cieszyła (że będzie miała siostrzyczkę albo braciszka). Niestety nasz błogostan nie trwał długo, w trzecim miesiącu ciąży, na którejś z kolei wizycie lekarskiej, słowa lekarza zabrzmiały jak wyrok: „łożysko przodujące na przedniej stronie macicy”. Do tego pojawiły się przedwczesne skurcze oraz plamienia. Leżałam kilkanaście dni w szpitalu, po czym mnie wypisano, pod warunkiem że będę leżała i tylko wypoczywała w domu.

Po jakimś niedługim czasie pojawiły się kolejne plamienia. Czułam się bardzo źle w ciąży. Pomimo tego że dużo leżałam i odpoczywałam, niestety w 30. tygodniu ciąży pojawił się mocny krwotok z dróg rodnych. Natychmiast wylądowałam w szpitalu, naszym Powiatowym (z resztą nieopodal naszego domu), na oddziale Neonatologicznym. Lekarze najpierw trochę odczekali, zanim podjęli decyzję o cesarce. Ale niestety liczyła się każda minuta. W końcu pojawił się kolejny krwotok w szpitalu i natychmiast zawieziono nas na salę operacyjną, gdzie urodził się nasz synuś Karolek z cesarskiego cięcia. Był bardzo niedotleniony. Jego życie było zagrożone, więc od razu został ochrzczony przez miejscowego kapelana szpitalnego. Następnie przewieziono karetką naszego syna Karolka (z powodu niewydolności oddechowej) na OIOM Kliniki Intensywnej Terapii Patologii Noworodka w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka im. Jana Pawła II w Katowicach-Ligocie, gdzie spędził swój pierwszy miesiąc życia. Na samym początku chyba tak do końca nie zdawaliśmy sobie wszyscy sprawy z powagi sytuacji, tzn. byliśmy tym bardzo przejęci i zdenerwowani, ale nikt nie myślał, co będzie później. Razem z mężem oraz moją mamą (a babcią Karolka) codziennie pokonywaliśmy kilkadziesiąt kilometrów po to, aby go zobaczyć, dotknąć, przytulić, jeśli to było możliwe. Udało mi się nawet utrzymać dla NIEGO pokarm w piersiach. Codziennie dowoziłam mu odciągnięty w zdezynfekowanej butelce pokarm. Z resztą, gdy Karol wrócił potem do domu, to udało mi się go przyzwyczaić i nauczyć pić z piersi, z czego do dziś mogę być dumna.

Gdy tak codziennie jeździliśmy do mojego kochanego dziecka, to podczas trasy kłębiły się w głowie tysiące myśli, czego się dziś dowiem, czy wszystko w porządku (a tego nigdy lekarze nie powiedzieli), czy znów dowiemy się czegoś strasznego. I tak co jakiś czas dowiadywaliśmy się informacji nieraz mrożących krew w żyłach. Najpierw straszne diagnozy: zespół zaburzeń oddychania III stopnia, zakażenie wrodzone, przetrwały przewód Botalla – ligacja farmakologiczna (7.08.-9.08.2007 r.), posocznica gronkowca (16.08. 2007 r.), krwawienie śródczaszkowe II stopnia obustronnie, niedotlenienie okołoporodowe.

Po miesiącu wypisano Karolka do domu. I wydawałoby się, że już mogłoby być wszystko w miarę dobrze, a tu niestety… Nie zdawałam sobie sprawy chyba w ogóle, co nas czeka. Ciągłe wizyty kontrolne u lekarzy, w szpitalach, no i oczywiście REHABILITACJA. Przyzwyczailiśmy się oczywiście do takiego rytmu i wiadomo, że zrobilibyśmy wszystko dla naszego dziecka. Tylko po prostu już czasem sił brakuje. Od jakiego czasu Nasz Karolek nie robi postępów w swoim rozwoju. Doskonale sobie zdajemy spraw z tego, że on ma prawo wolniej się rozwijać, ale przecież chcemy zrobić wszystko, aby mu to ułatwić. Każde jego osłabienie, przeziębienie i choroba powoduje u niego regres. Niektóre rzeczy, które już opanował, nie potrafi ich zrobić i trzeba od nowa. Nie dawno, bo jakieś 4 miesiące temu razem z Karolkiem przebywaliśmy ponownie w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach-Ligocie na badaniach. Miał wykonane EEG główki oraz rezonans magnetyczny, który wykazał zmiany w mózgu, które jak lekarz nazwał są „odbiciem zagrożonej ciąży oraz porodu”. Wskazana dalsza rehabilitacja, która nie daje 100% szans na to, że wszystko będzie ok. I dalej nic nie wiemy. Nie wiemy, co mamy po prostu robić.

Jeśli chodzi o rehabilitację to owszem Nasz Karolek jest rehabilitowany od samego początku w pobliskim Ośrodku Wczesnej Interwencji w Pszczynie (3 razy w tygodniu około 1 do 1,5 godziny). Bardzo byśmy chcieli, aby ta rehabilitacja odbywała się częściej i intensywniej niż dotychczas. Być może byłaby szansa, aby przychodził do nas rehabilitant/tka? Mamy na uwadze to, że mamy również starszą córkę, która od tego roku jest uczennicą I klasy szkoły podstawowej i też trzeba się nią zająć. Mąż pracuje codziennie w trybie zmianowym. Ja zrezygnowałam z pracy, będąc w zagrożonej ciąży. Do pracy nie wróciłam po narodzinach Karolka. No i z pieniędzmi niestety krucho. Karol ma orzeczenie o niepełnosprawności do 2010 roku. Jest nam bardzo ciężko.

Jolanta i Artur Kabocik, rodzice Karolka.