Fundacja wcześniak

Kai Dudała

25. tydz., 760 g, 33 cm, 14.11.2012 r.

Mam na imię Kai. Przyszedłem na świat 14 listopada 2012 r. w ponurą, jesienną noc w Szpitalu Bielańskim o trzy i pół miesiąca za wcześnie, bo w 25. tygodniu ciąży. Urodziłem się z objawami sepsy, w wyniku infekcji wewnątrzmacicznej. Ważyłem jedynie 760 g i trudno było mnie dostrzec pośród wielu rurek i specjalistycznych urządzeń, które ratowały mi życie. Po urodzeniu otrzymałem 5 punktów APGAR i od razu zostałem podłączony do respiratora.

Długo trwało zanim wyzdrowiałem i zacząłem samodzielnie oddychać, gdyż przedwczesne urodzenie sprawiło, iż cierpiałem na dysplazję oskrzelowo-płucną. Bardzo długo potrzebowałem biernej tlenoterapii, gdyż moje płuca były w kiepskiej kondycji. Moja mama codziennie czytała mi bajki, śpiewała kołysanki i dzielnie kangurowała. Gdy jej nie było, zawsze mogłem liczyć na dobre słowo i opiekę oddziałowych lekarzy i pań pielęgniarek, które jak Anioły czuwały, abym wracał do zdrowia.

Mało kto dawał mi szansę pełnego powrotu do zdrowia, ale wcześniaki odznaczają się niezwykłą siłą i wolą walki i taki właśnie byłem i ja. Wbrew wszystkiemu pokazałem, że nawet tak mały człowiek jak ja może przezwyciężyć najtrudniejsze chwile w swoim życiu i to Życie wygrać! Długo nie mogłem rozstać się z oddziałem, a to za sprawą trudności w jedzeniu. Zajęło mi ładną chwilę, zanim nauczyłem się, jak oddychać, jeść i przełykać jednocześnie.

Od momentu wyjścia ze szpitalu uczęszczałem na rehabilitację i zajęcia ze stymulacji sensorycznej. Regularnie odwiedzałem panią psycholog, neurologa oraz logopedę, a także inne poradnie specjalistyczne, które monitorowały moje zdrowie i postępy, jakie robię. Był to czas intensywnych ćwiczeń, wielu godzin spędzonych w szpitalu i przychodniach, ale opłacało się!

W tej chwili mam półtora roku i po wcześniactwie nie pozostał najmniejszy ślad…

Mieszkam na wsi razem z rodzicami i moją starszą siostrą Misią. Dzięki wrodzonej ciekawości świata i niezwykle ciekawemu otoczeniu domu bardzo szybko zacząłem chodzić i samodzielnie poznawać świat. Opiekuję się czternastką swoich ukochanych zwierząt (kozy, owce i konie). Nie uczęszczam już na zajęcia stymulacji sensorycznej, gdyż moimi najwspanialszymi rehabilitantami, dzięki którym już tyle potrafię,
są moje dwa koniki polskie Jemiołuszka i Trzcianka.

Życzę wszystkim innym maluchom, urodzonym zbyt prędko, wzrastania w zdrowiu, a rodzicom dużo siły
i wiary, że wszystko jest możliwe!