Fundacja wcześniak

Jaś Peszek

24. tydzień, 580 g, 30 cm, 22.06.2011 r.

Jaś jest naszym drugim dzieckiem.

Od samego początku druga ciąża była trudna. Miałam nawracające się krwiaki. W ok. 15 tygodniu zniknęły i myślałam, że już pójdzie z górki.

6 czerwca poszłam na wizytę kontrolną. Dodatkową przyczyną wizyty był planowany wyjazd na wakacje. Pierwsza była wizyta USG. Wszystko było OK, więc szczęśliwa poszłam na wizytę u mojej Pani ginekolog. Niestety okazało się, że zapomniałam o ocenie szyjki. Badanie skończyło się szybko. Z wizyty pamiętam tylko zdanie: „Natychmiast proszę jechać do szpitala”.

Pamiętam, że nie wierzyłam w to, co usłyszałam. Diagnoza: skrócona szyjka plus uwidoczniony pęcherz. To był 22. tydzień.

W szpitalu „przykuli” mnie do łózka. Zero wstawania, całe życie na leżąco. Po kilku dniach się przyzwyczaiłam. Najgorsza wtedy była dla mnie rozłąka z córką. Szczególnie, że nie wiedziałam, ile będę leżeć w szpitalu.

Po tygodniu pobytu w szpitalu okazało się, że lekarze nie podejmą się założenia szwu – moja „sytuacja” była zbyt ryzykowna. Po upływie kilku kolejnych dni poinformowano mnie, że w innym szpitalu założą mi go. Był to szpital od „tragicznych” przypadków.

Dzień po przybyciu do nowego szpitala założono mi szew, po kilku dniach pessar. Pięć dni po założeniu szwu dostałam „dziwnych” bóli brzucha. Nie przypominały skurczy, które pamiętałam z pierwszego porodu, poza tym był to dopiero 24. tydzień. W związku z problemami z żołądkiem, które często mam, myślałam, że to problemy gastryczne. Niestety okazało się najgorsze.

22 czerwca ok. 10 rano poszłam na wizytę kontrolną, z której wywieziono mnie wprost na porodówkę. Rozwarcie 4 cm, więc nie wchodziło w grę powstrzymywanie skurczy. Dzięki koleżance z sali, która słyszała moje krzyki, z pokoju lekarskiego udało mi się zadzwonić do męża, który przyjechał natychmiast.

Pierwszy poród wspominam jak bajkę, bez problemu, z bólem, ale racjonalnym.

Drugi poród był… straszny? Nie wiem nawet, jak to określić. Miałam urodzić synka, a ja cały czas płakałam. Co chwilę przypominałam sobie słowa jednej z Pań doktor z porannego badania, że prawdopodobnie urodzę martwe dziecko. Miałam wielką nadzieję, że rozwarcie nie będzie postępowało i że nie urodzę, że jakimś magicznym sposobem uda mi się dotrzymać do jakiegoś 32. tygodnia. Niestety ok. 11.00 było wiadomo, że poród trwa w najlepsze. Ból był okrutny, dodatkowo mój stan psychiczny powodował, że miałam chwile załamania. Chwilami odpływałam.

Pamiętam, że byłam już bardzo zmęczona (tak naprawdę skurcze miałam już 2 dzień) i chciałam coś uśmierzającego ból. W związku z wczesnym wiekiem ciąży nie mogli mi podać standardowego znieczulenia – nie czułabym skurczy, co dodatkowo zagroziłoby dziecku.

W końcu jeden z lekarzy podał mi dożylnie jakiś lek, który trochę mi pomógł.

Muszę nadmienić, że rodziłam w akademickim szpitalu, więc co chwilę ktoś wchodził, bo byłam „ciekawym przypadkiem”.

Najgorsza była myśl, że poród, czyli początek nowego życia, może być jego końcem. Pamiętam jak razem z mężem, który siedział przy łóżku, płakaliśmy.

Po 13.00 zaczęło się na dobre. Poinformowałam lekarza, że to już. Wezwali całą ekipę lekarzy. Sala była wypełniona po brzegi lekarzami i pielęgniarkami.

Ostatnia faza porodu była ekspresowa. Po 2-3 skurczach poczułam, że urodziłam. Nie był to ból. Było to uczucie… ciepła. O 13:12 urodził się Jaś.

Lekarze zabrali synka. Żył. Zaintubowali Go i owiniętego w pieluchę pokazali nam. Ktoś zapytał się nas (męża i mnie), czy wybraliśmy imię i czy chcemy, żeby ochrzcili synka. Ja nie byłam w stanie wypowiedzieć słowa. Mąż po trzeciej próbie został zrozumiany. Jaś. Tak ma mieć na imię nasz synek.

Powinnam się cieszyć, że mam drugie dziecko. A ja płakałam. Nie wiedziałam, co będzie. Jasia zabrano na Oddział Intensywnej Terapii, a mnie trzymano w nieskończoność na porodówce. Po kilku godzinach zobaczyłam synka. Był taki mały i bezbronny. Ważył 580 gram i mierzył 30 cm. Nigdy wcześniej nie widziałam tak małego bąbelka. Był to wielki szok.

Stałam przy inkubatorze i zalewałam go łzami. W ciągu dwóch pierwszych tygodni Jaś miał dwa „kryzysy”, które według lekarzy miały skończyć się śmiercią.

Pierwsze dwa tygodnie były najgorsze. Płakałam na zawołanie. Bałam się telefonu, bo myślałam, że dzwonią ze szpitala. Wiedziałam, że Jaś może odejść. Z jednej strony chciałam, żeby został z nami, z drugiej błagałam o bezbolesną śmierć. Bo niestety ten wariant też musiałam brać pod uwagę.

Po dwóch tygodniach okazało się, że szpital, w którym byliśmy, nie ma odpowiedniego dla Jasia sprzętu. Przewieziono nas do IMiD, gdzie spędziliśmy pół roku bez dwóch tygodni.

Pobyt w IMiD był ciężki. Lekarze stawiali przed Jasiem trudne wyzwania, a dla nas każdy dzień był zwycięstwem. Jaś ma poważną dysplazję oskrzelowo-płucną. Długo schodził z respiratora, później Cepapu. Wychodząc ze szpitala „zabrał” ze sobą tlen.

Wyszliśmy symbolicznie w dniu Jego 6-miesięcznicy. 2 dni przed Wigilią. Bałam się, że na święta będzie w szpitalu, bo miał lekki katar. Na szczęście udało się.

Jaś jest spokojnym dzieckiem. Niektórzy się dopatrują w tym problemów. Jego siostra była taka sama, więc wiem, że to może nic nie oznaczać.

Wiem, że przed nami jeszcze wiele dołków, niepewności, ale wierzę, że tak jak udało nam się przetrwać ciężki początek, dalej też damy sobie radę.