Fundacja wcześniak

Jakub Brzoska

32. tydz., 1600 g, 43 cm, ur. 21.08.2011 r.

Mija już rok, odkąd ja i mój mąż jesteśmy szczęśliwymi rodzicami. Nie zawsze było dobrze, ale najtrudniejszy był „początek”. Zupełnie niespodziewane skurcze na dwa miesiące przed planowanym porodem, potok wód płodowych, co w konsekwencji skończyło się cięciem cesarskim w Jastrzębiu Zdroju. Nigdy wcześniej nie czułam się taka bezradna… moje dziecko walczyło o życie, a ja mogłam się tylko modlić o jego zdrowie. Do tego dochodziło ogromne poczucie winy… już od 16. tygodnia ciąży wiedziałam, że cierpię na niewydolność szyjki macicy, że wskazane jest leżenie i leżałam na tyle, na ile wytrzymywałam w łóżku leżałam… widocznie za mało!

Wiele razy wyobrażałam sobie poród. Przygotowywaliśmy się z mężem na to wielkie wydarzenie. W moich wyobrażeniach poród jawił się jako trudny, męczący epizod uwieńczony radością przecięcia pępowiny przez męża i wzięciem synka w objęcia. Było inaczej! Oj, zupełnie inaczej! Ktoś krzyknął na sali operacyjnej 5 punktów w skali Apgar… wtedy domyśliłam się, że Kubuś jest już na świecie. Ogarnęła mnie panika! Lekarz twierdził, że jest w porządku, bo syn sam oddychał, a ja nie umiałam poskładać myśli. Nigdy wcześniej tak się nie bałam! Tylko mamy wcześniaków wiedzą, co wtedy czułam. Tej nocy z niedzieli na poniedziałek nie spałam ani minuty. Z samego rana mąż zawiózł mnie na OIOM. Zobaczyłam Kubusia… nie umiałam powstrzymać łez, był taki chudziutki, pokryty delikatnym meszkiem, pokłuty wieloma igłami. Zaczęłam walczyć o pokarm, tylko tyle mogłam dla niego zrobić… Każdy ranek zaczynał się od ściągania pokarmu i tak ze 4 razy dziennie. Kubuś na OIOM-ie spędził dwa tygodnie, potem został przewieziony na patologię noworodka z Rydułtowach. Już po tygodniu swojego życia miał trafić do Rydułtów, ale w Jastrzębiu dostał zakażenia gronkowcem, więc jego pobyt na OIOM-ie się przedłużył.  I znów zaczęła się walka. Pojechałam do Jastrzębia przekonana przez lekarzy, że Kubuś ma tylko lekkie zaczerwienienie na rączce, dlatego zostawią go jeszcze na obserwacji, ale moja intuicja mówiła mi co innego, choć starałam się to zagłuszyć. Niestety nie pomyliłam się, synek zaczął przy mnie tracić oddech, wyproszono mnie z sali i podłączono go pod respirator…

Tej nocy znów nie spaliśmy… pierwszy raz uklękliśmy z mężem na kolana i razem odmawialiśmy różaniec. Jedyną nadzieję pokładaliśmy w Bogu. I udało się, 3 września Kubuś zrobił mężowi prezent urodzinowy i znów sam oddychał, nie wyglądał jeszcze za dobrze… spuchnięty, troszkę siny, ale na własnym oddechu. I nadszedł w końcu dzień, w którym stan zdrowia syna był na tyle stabilny, że przewieziono go bliżej nas, czyli do Rydułtów, wtedy też widywałam go dwa razy dziennie, rano i późnym popołudniem jak już mąż skończył pracę. Tam po raz pierwszy wyjęto Kubusia z inkubatora i mogliśmy go wreszcie przytulić, przewinąć, nakarmić. Każdą tę czynność traktowaliśmy niezwykle poważnie, bo dawniej nie mogliśmy nawet tych czynności obserwować. W Rydułtowach pierwszy raz przystawiłam Kubusia do piersi, to też wzbudziło u mnie wielką euforie. Dużo można by pisać o tym niewątpliwie najtrudniejszym momencie w naszym życiu. Jesteśmy wdzięczni Bogu i lekarzom,  że ta historia narodzin naszego syna skończyła się tak dobrze. Łącznie Kuba spędził miesiąc w szpitalach, potem zaczęły się kontrole lekarskie, które tylko potwierdzały, że nasz syn jest zdrowy. Obecnie Kuba skończył korygowany rok urodzeniowy, stawia pierwsze kroki, wszędzie jest go pełno, jest z nami bardzo związany. Kiedyś, gdy oglądałam go tylko w inkubatorze, historie wcześniaków zamieszczone na www.wczesniak.pl były pokrzepieniem dla mojego bolącego serca, dziś ja chcę pokazać wszystkim mamom wcześniaków, że te historie naprawdę dobrze się kończą, trzeba tylko dużo czasu i jeszcze więcej miłości, a wszystko skończy się pomyślnie. Tego Wam życzę z całego serca drodzy rodzice wcześniaków!