Fundacja wcześniak

Carlos Jurecki

 

– 31. tydz. ciąży, 1550 g, 43 cm, 31.07.2006 r.

7 lutego 2006 r. na wizycie u lekarza dowiedziałam się, że jestem w 6. tygodniu ciąży. Popłakałam się z radości. Ale strach o dobro maleństwa był ciągle ze mną, gdyż pół roku wcześniej straciłam dziecko w 9. tygodniu ciąży. Od 3. do 16. tygodnia plamiłam i w tym czasie musiałam leżeć w łóżku, nie obyło się też bez pobytu w szpitalu i ciągłego latania do lekarza, gdy czułam się niepewnie. W 20. tygodniu ciąży dowiedziałam się, że noszę w sobie syneczka. Byłam taka szczęśliwa. W 25. tygodniu ciąży znów zaczęłam plamić. Ale plamienia te nie zagrażały maleństwu. Planowany termin porodu był na 6 października 2006 roku. Przez całą ciążę uważałam na siebie, dużo odpoczywałam, nie przemęczałam się. Uważałam na to, co jadłam. Wszystko kręciło się wokół mojej ciąży, aby nie zaszkodzić maleństwu. Chodzilam dumna, gdy brzuszek zaczynał się zaokrąglać, chciałam, by każdy widział, że jestem w ciąży.

27 lipca zaczęły mi odchodzić wody, wystraszona pojechałam zaraz do szpitala, gdzie zostałam przewieziona do kliniki dziecięcej, gdyż dziecko mogło przyjść na świat w ciągu najbliższych 7 dni. Tam musiałam leżeć tylko w łóżku i wszystkie toaletowe sprawy wykonywać w łóżku – to było straszne. Dostawałam zastrzyki, które miały umożliwić maleństwu samodzielne oddychanie, gdy przyjdzie na świat. Oczywiście dwa razy dziennie pobierano mi krew, aby sprawdzić, czy nie następuje infekcja. Tak też wytrzymałam do 31 lipca 2006, gdyż zaczynała się infekcja i straszne bóle brzucha. Był to 31. tydzień ciąży. O 10.28 przyszedł na świat przez cesarskie cięcie Carlos z wagą 1550 g i 43 cm. Zaraz został przewieziony na oddział intensywnej opieki dla wcześniaków. Cesarskie cięcie było pod narkozą, dlatego po przebudzeniu się dostałam tylko – a może aż – zdjęcie syna. Płakałam z radości, był taki podobny do swojego ojca. Najważniejsze było to, że potrafił samodzielnie oddychać. Ja zobaczyłam go dopiero następnego dnia o 14.00. Gdy go zobaczyłam, nie obyło się znów bez łez. Leżał w inkubatorze i był taki chudziutki, ale dla nas był dużym chłopcem. Byłam taka szczęśliwa, bo wiedziałam, że Carlos jest pod dobrą opieką i na tyle silny, że sobie poradzi. Dwa razy dziennie jeździłam z mężem do Carlosa z mlekiem, które odciągałam. W szóstym dniu jego życia dostałam go pierwszy raz na ręce, to było tak piękne uczucie trzymać swoje maleństwo w ramionach. W inkubatorze Carlos był przez 9 dni. Dziesiątego dnia, gdy zobaczyłam, że leży w łóżeczku i ma na sobie pierwsze śpioszki, nie umiałam nacieszyć się tym, że są już pierwsze postępy. Z tygodnia na tydzień przechodził do pomieszczeń, gdzie nie potrzebował już tak dużo opieki, jak na początku. Po 3 tygodniach pierwszy raz mogłam go karmić z butelki. Znów radość, że Carlos już więcej potrafi. Mieliśmy wyznaczone pory, kiedy mogliśmy przychodzić i karmić go, przebierać i usypiać.

Po 6 tygodniach, 13 września mogliśmy w końcu zabrać go do domu. Carlos opuścił szpital z wagą 2370 g. Teraz ma 3 miesiące i waży już 4650 i 54 cm. Gdy miał 9 tygodni nauczył się ssać pierś. Jest strasznym łakomczuchem, mogłby ciągle jeść. Ale to nas bardzo cieszy. Cieszy mnie też każda fałdka na jego ciele.