Fundacja wcześniak

Bartek Kaluga


– 29. tydzień, waga 1300 g, 37 cm, 23.10.2003 r.

Jestem mamą Martynki i Bartusia., dwóch wcześniaków. Mówię zawsze, że Mała spadła nam z… ziemi do nieba. Tak też powiem o starszej siostrze Bartusiowi – rozrabiace, który został z nami. To pięknie brzmi – gorsze jednak to, co się kryje za tymi słowami.

Ciąża z Martynką (planowana i wyczekiwana) stała się ciążą trudną od czwartego miesiąca, kiedy z silnymi skurczami trafiłam do szpitala. Mnóstwo leków, leżenie, strach, rosnący mięśniak macicy, ale udało się na tyle zapanować nad sytuacją, że „wróciłyśmy” do domu. Prowadziłam bardzo oszczędny tryb życia, maleńka rozwijała się prawidłowo, stosowałam się do wszelkich zaleceń lekarskich i czekałam na kwiecień 2002 – czyli termin planowanego porodu. Łykałam fenoterol – ale „doraźnie, gdy twardnieje brzuch” wg zaleceń. I to był, jak się okazało, błąd. W nocy z 6 na 7 stycznia z silnymi bólami trafiłam do szpitala. Rozwarcie na 8 cm zrobiło się w oka mgnieniu, nikt nie wierzył, że uda się powstrzymać poród dłużej niż godzinę. Błagałam o podanie mi leków hamujących poród. Tylko ja wierzyłam, że tego dnia nie urodzę. Wytrzymałam bez ruchu, na wznak, z pośladkami uniesionymi wyżej niż klatka piersiowa cztery i pół doby. Ponoć nawet „pobiłam” szpitalny rekord – nikt w takim stanie tyle nie wytrzymał – ale jakoś nie czułam się dumna; raczej wściekła na siebie, że „nie dałam rady”. 11.01.2002 – szybka cesarka dla dobra Martyny, OIOM i równia pochyła.

Maleńka urodziła się w 27. tyg. ciąży z wagą 1000g. Rodzice wcześniaków wiedzą aż za dobrze, jaki strach i bezradność towarzyszy pierwszemu spotkaniu z tym niewielkim, bezbronnym człowiekiem podłączonym do migających, gigantycznych aparatów.

Wrodzone zapalenie płuc, kłopoty z nerkami, niewydolność oddechowa, 3 wylewy – w tym ostatni już 3. na 4. stopień – wreszcie zamartwicze zapalenie jelit… Za dużo jak na naszą córeczkę. Walczyła naprawdę dzielnie; mimo stanu zapalnego próbowała sama oddychać. Układ Bottala zarósł, serce biło mocno… Więcej o tym, jaka była dzielna i kochana, o tym, ile prezentów od niej otrzymaliśmy, napisałam na:
http://www.dlaczego.org.pl/d/index.php?option=com_content&task=view&id=105&Itemid=17
Odeszła 20.01.2002, pierwszy raz trzymałam ją w ramionach, gdy… już jej z nami nie było.

Czas żałoby to czas – pustynia w moim sercu i pamięci. Nie robiłam nic, absolutnie nic. Do tego doszły solidne problemy ze zdrowiem. Rana po cesarskim cięciu zaczęła ropieć, wciąż miałam podwyższoną temperaturę, infekcje w drogach rodnych (waginoza) – której nie dało się wyleczyć prawie… półtora roku, gronkowce – gdzie się dało, totalny spadek odporności. Sześć miesięcy po porodzie znalazłam się na stole operacyjnym – trzeba było usnąć prawie 7-centymetrowego mięśniaka macicy. Moje ciało wciąż rozczarowywało. Nie działały żadne leki, nawet najsilniejsze. A tak bardzo chciałam móc zajść w ciążę, urodzić dziecko. Szukałam dobrego lekarza, alternatywnych metod leczenia.

Niemal cudem w końcu się udało (pomógł pewien lek testowany w poznańskim instytucie mikrobiologii, który jednak nie trafił na polski rynek – nad czym ubolewam, bo pomógł wielu osobom; może był „za dobry”?) – mój ginekolog powiedział: „Pani Agnieszko, jest pani zdrowa. Do zobaczenia w ciąży”. Długo nie trwało – za miesiąc przyszłam do niego z podwójną kreską na teście. Niewymowny strach i przeczucie, że nie donoszę tej ciąży, przeplatał się z wiarą w opiekę Martynki.

Pierwszy trymestr minął bez zarzutów. W siedemnastym tygodniu ciąży, obstawiona lekami, trafiłam znów do szpitala – i zostałam do porodu. Niewydolność szyjkowo-cieśniowa, zespół lejka (szyjka rozwierała się i od dołu i od góry…), ból. Leżałam w tym samym szpitalu, gdzie na świat przyszła córeczka. Piętro wyżej była neonatologia. Sporo wysiłku kosztowało mnie, by nie myśleć nocami, że nad moim łóżkiem, nad głową jest miejsce, gdzie po raz pierwszy i … ostatni zobaczyłam nasz upragniony cud. Dużo bym dała, by zapomnieć ów czas szpitalny.

Bartuś Tadzik urodził się 23.10. 2003 (znów cesarka) w 29. tyg. z wagą 1300g. Ab. 5, 5, 7. Był we mnie dłużej o.. 10 dni niż Martynka. Tylko i – jak się okazało – aż. Dzięki temu, że lekarze spodziewali się przedwczesnego rozwiązania, dostałam w dwutygodniowych odstępach 3 dawki celestonu – sterydu na rozwój pęcherzyków płucnych.

Rozpoznanie kliniczne Bartka:
Niewydolność oddechowa
Zespół zaburzeń oddychania
Wrodzone zapalenie płuc
Wrodzona wada serca – VSD
Żółtaczka wcześniaków
Retinopatia
Zakażenie ukł. moczowego

Sporo tego, prawda? Ale patrząc na niego, wiedziałam, że „należy do tego świata”, że da radę mimo trudnego startu. Szedł jak burza. Z każdym dniem było lepiej. Pani od RTG nazwała go małym Herkulesem.

Otoczono nas ciepłą opieką – oby wszystkich rodziców wcześniaków spotkało to samo. Kolosalna różnica – nasz pierwszy raz na OIOM-ie z Martyną i nasz drugi raz z Bartkiem. Czasem zastanawiam się, czy trzeba było stracić dziecko, by za drugim razem być zauważonym…

Przeszliśmy przez ten sam oddział, na którym zmarła Martynka. Ciężkie chwile, ale też pełne nadziei.

Jest wiele racji w słowach, że wiemy o sobie tyle, na ile nas sprawdzono. Gdyby ktoś powiedział mi wcześniej, że po śmierci pierwszego dziecka zdecyduję się na drugie – nie uwierzyłabym. A jednak.

Naprawdę warto „wypłynąć na głębię”, rzucić się w morze – nagroda przerosła nasze wyobrażenia. Patrzeć jak Bartuś rośnie, rozwija się, zaczyna raczkować, gaworzyć, jak próbuje… polizać wiatr, wyciąga rączki, śmieje się w głos… – nie ma nic piękniejszego. Słyszeć jego miarowy oddech i zapomnieć włączyć monitor oddechu. Być przy nim od samego początku, czuć go w sobie, przytulać, całować w główkę.

Gdy mały leżał na OIOM-ie, czułam, że Martynka „siedzi” z nim w inkubatorze i pilnuje, by oddychał. Spokojnie szłam do domu.

Oczywiście przeszliśmy z Bartusiem ciężką drogę. Mamy za sobą dwie operacje. Najgorsza to zarośnięty odźwiernik – wpust z żołądka do jelit. Operacja miała miejsce jeszcze przed planowanym terminem porodu – mały ważył wtedy 2400g i miał 2 dziurki w sercu. Potem obustronna przepuklina pachwinowa.

Retinopatia się cofnęła, jedna z „dziurek serduszkowych” zarosła – ta „gorsza”, maluch nie choruje, nie wymaga rehabilitacji. Jest pod opieką logopedy (słabe napięcie mięśni wargowych), ale to przecież głupstwo. Nadrabia wcześniactwo. Za tydzień skończy 11 miesięcy, waży prawie 8400 g. Jest naszym słoneczkiem i sensem życia.

Wzięłam sobie do serca wiersz, który „dostaliśmy w prezencie” od naszej córki. „Znalazł” nas w dwie godziny po odejściu Martynki:

Ks. J. Twardowski

„Kiedy mówisz”
Nie płacz w liście
Nie pisz że los ciebie kopnął
Nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia
Kiedy Bóg drzwi zamyka – to otwiera okno
Odetchnij popatrz
Spadają z obłoków
Małe wielkie nieszczęścia potrzebne do szczęścia
A od zwykłych rzeczy naucz się spokoju
I zapomnij że jesteś gdy mówisz że kochasz

 

Ostatni wers… Te słowa dały mi siłę na drugą ciążę.

Oto Bartuś nasz kochany – cały i zdrowy: