Fundacja wcześniak

Antoni Dybczyński

34. tydz., 2160 g, 47 cm, ur. 31.10.2014 r.

Witam, postanowiłam opisać naszą historię, ponieważ gdy nasz synek był w szpitalu, czytałam historie innych wcześniaków. Opisane happy endy dawały mi nadzieję, że i nam los dopomoże i wszystko wróci na bezpieczne tory.

Ale od początku. Ciążę przechodziłam dobrze, co prawda pierwsze miesiące miałam troszkę gorsze i zdarzało mi się opuszczać poranne wykłady. Z początkiem drugiego trymestru wszystkie dolegliwości minęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nastał tzw. miesiąc miodowy. Pierwsze ruchy poczułam w 16. tygodniu. To był piękny czas, planowaliśmy z mężem małe odświeżenie pokoju, kupowałam ubranka i inne potrzebne rzeczy. Przyszedł czas na połówkowe usg. Mieliśmy się dowiedzieć, co będziemy mieli. Cały czas czułam, że będzie dziewusia. Miałam apetyt na słodkie. Słowa pana doktora: ,,Proszę zobaczyć tu są jajeczka, a tu siusiak’’- więc jednak Syn. Lekarz zaczyna coś mierzyć i liczyć. Wielowodzie. Miałam za tydzień zgłosić się jeszcze raz na usg, żeby sprawdzić poziom wód. Znowu były podwyższone.

W 24. tygodniu trafiłam do szpitala. Lekarze wykluczyli wszystko, co mogło to powodować. Czyli infekcję, cukrzycę ciążową i wady przełyku Malucha. Poziom wód sprawdzali na usg co drugi dzień. Wszystko się unormowało, wody ani nie opadały, ani nie rosły. Taka moja uroda. Po tygodniu mnie wypisali. Do 30. tygodnia nic mi nie dolegało. Czasem tylko jakieś duszności, ale nic dziwnego brzuch miałam coraz większy.

W piątek 19.09.2014 r. rano dziwny ostry skurcz. Szybko przeszło i się nie powtórzyło. Poleżałam jeszcze w domu i poszłam na ostatni dzień do przedszkola, gdzie robiłam badania pedagogiczne potrzebne do pracy magisterskiej. Po południu brzuch zaczął mi się stawiać. Co jakieś 20 min na chwilę robił się twardy jak kamień. Potem coraz częściej. Wystraszyłam się, zadzwoniłam do znajomej położnej. Zapytała, który tydzień: zaczął się 29. Kazała spakować torbę i jechać na izbę do szpitala. Akurat mąż kończył malowanie w naszym pokoju, więc miałam tak straszny bałagan, że nie mogłam nic znaleźć i jeszcze ten brzuch. Nie będę opisywała całego pobytu w szpitalu, ale nadmienię tylko, że wody znów narosły. Dostałam Proluton na podtrzymanie, a potem sterydy na rozwój płucek Maluszka i znów usg, co drugi dzień. Decyzja, że będą chcieli rozwiązywać około 36. tygodnia. Tyle tygodni, Boże przecież zwariuje w tym szpitalu. Mąż musiał kupić mi wszystko, co byłoby mi potrzebne po porodzie. Ja sama nie zdążyłam, a nie zapowiadało się, że wrócę jeszcze do domu przed porodem. Zdarzył się cud. Po trzech tygodniach wypuścili mnie do domu, za dwa tygodnie miałam się stawić na izbę ze skierowaniem na kontrolne badania. Ale pani ordynator (wspaniała kobieta) z oddziału Ciąży Powikłanej ze szpitala im. Madurowicza w Łodzi powiedziała, że mam leżeć i jak najwięcej odpoczywać.

Po dwóch tygoniach leżenia w domu i powolnego szykowania pokoiku na przyjście Maleństwa nastąpił powrót do szpitala. Wesoła atmosfera na Sali i moje żarty: ,,Ja bym się nie śmiała, gdybym urodziła przed wami’’ (39. i 40. tydzień). W nocy ze środy na czwartek regularne skurcze z krzyża plus twardniejący brzuch. Co 6-8 min. Bolało,
a wiedziałam, że to dopiero początek tego, co może być. Lekarz dyżurny powiedział, że mam leżeć i nie ważyć się rodzić, bo on się boi. Jestem dość drobna, mam 145 cm wzrostu, więc mógł się przerazić. Jeśliby mi do godziny nie przeszło, to rodzimy. Na szczęście przeszło. W czwartek w nocy powtórka z rozrywki z tym, że nieregularnie, nie alarmowałam. Doszedł tylko ból po drugiej stronie żeber – zwykle bolała tylko jedna strona. Rano odszedł czop – a przynajmniej tak mi się zdaje, wkładka lekko zaplamiona. Obchód. Miałam iść na usg, którego mi odmówiono, bo wody nie mogły narosnąć z dnia na dzień. A ja czułam, że mam większy brzuch.

Decyzja pani ordynator: masujemy szyjkę i przebijamy pęcherz: ,,Albo rodzimy teraz, albo rodzisz w weekend, a tego byś nie chciała, albo do poniedziałku nam się dusisz lub pęknie ci macica’’. No to rodzimy. Wszyscy lekarze, którzy byli na obchodzie byli przy mnie w pokoju zabiegowym. Zagadywali, trzymali za ręce. Około 10 osób, może lepiej. Strasznie się bałam, to było za wcześnie, zaczynał się 35. tydzień. Upuścili 3 l wód. Najpierw do sali po najpotrzebniejsze rzeczy, a potem na porodówkę. Ból był coraz gorszy, zwijałam się z bólu na łóżku – najpierw miała być próba rodzenia naturalnie. Głupie pytanie lekarza: ,,Co ile ma pani skurcze?’’. I moja jakże teraz zabawna odpowiedź: ,,Nie wiem, boli mnie cały czas’’ – ach ten diabelny krzyż. Badało mnie chyba ze 3 lekarzy Mały ułożył się nie tak barkami. Będzie cesarka na ostro. Jest mój kochany mąż, tylko muśnięcie dłoni i jazda na stół.

Kiedy wyjęli Antosia, jedna z lekarek krzyknęła: ,,Ojej w czepku urodzony’’ i te minuty, kiedy czekałam na krzyk, tak strasznie mi się dłużyły. I jest krzyk mojego Antosia, co za ulga. 31.10.2014 rok, godzina 10:50, waga 2160, 47 cm 9 pkt w skali Apgar. Później mi go pokazali, najpierw siusiak, a potem ta maleńka twarzyczka. Buziaczek, kilka uronionych łez
i zabrali go na Intensywną Terapię. Ja na polecenie pani ordynator z OCP (nie wiem, skąd się tam wzięła) dostałam zastrzyk, żebym zasnęła. Potem już po południu mąż na chwilkę mnie odwiedził i przyniósł zdjęcie Antosia. Czułam się dobrze, nic mnie nie bolało. Następnego dnia zabrali mnie na oddział poporodowy. Trafiłam do stali mam z dziećmi, które ciągle pytały, kiedy przyniosą mi dziecko. A ja nie wiedziałam, czy mały przeżyje.

Antoś miał małopłytkowość, dostał immunoglobuliny. Byłam u niego na chwilkę, pogłaskałam po główce i rączkach swoje maleństwo. Byłam jeszcze obolała. W niedzielę przenieśli mnie na salę bez dzieci. Ściągałam mleko i dawałam położnym, żeby zaniosły Małemu. W poniedziałek pierwszy raz dostałam go na ręce. Karmiliśmy go butelką, bo nawet z tym był ogromny problem. Byłam cierpliwa, mówiłam do niego i śpiewałam. 5 listopada został przeniesiony z Madurowicza w Łodzi do Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki.

Małopłytkowość i cholestaza. Żółtaczka wewnątrzwątrobowa. Bałam się strasznie. Modliłam się do Boga, żeby mój Synek jak najszybciej zaczął sam jeść z butelki, żebyśmy pozbyli się tej sondy, żeby wyniki zaczęły się poprawiać. Siedziałam przy inkubatorze i lałam łzy, czasem tylko sycząc z bólu, bo jednak nadal trochę ciągnęło. Dzielnie ściągałam pokarm, choć miałam go mało. Żeby chociaż po tej odrobinie dawać Małemu.

14.11.2014 podczas obchodu, kiedy się kangurowaliśmy, lekarka stwierdziła, że Antosia w końcu można przenieść na boks z Sali intensywnej terapii. Tak bardzo się cieszyłam, to był znak, że wyniki się poprawiają. Kilka dni później mogłam w końcu ubrać Antosia, otworzyli inkubator, a następnego dnia dostał normalne łóżeczko. Godzinami siedziałam przy nim (mąż wtedy trochę się podziębił), czytałam bajki, śpiewałam piosenki, opowiadałam, co w domu. Ciągle się modliłam, żeby zaczął sam jeść. Próbowaliśmy, ale Mały szybko się męczył. Aż w końcu w nocy z 18 na 19 listopada jedna z pielęgniarek wyjęła swoim podopiecznym sondy i poświęciła im tyle czasu, żeby same zjadły. Byłam przeszczęśliwa, gdy nie było w końcu tej rurki. Teraz tylko czekać na wyniki i już w końcu wróci do domu. I stało się. 29.11 zabraliśmy Antosia do domu. Wszystkie ubranka były w prawdzie za duże, ale szybko uzupełniliśmy jego garderobę o mniejszy rozmiar.

Antoś jest bardzo grzecznym dzieckiem, czasem troszkę marudzi i choć mieliśmy trochę chodzenia po specjalistach, już jest dobrze. Nasze dziecko rozwija się pięknie, ładnie nam je i przybywa na wadze. Czasem ma gorsze dni – jak każde dziecko. Na tę chwilę, kiedy ma trzy miesiące, przesypia nam noce, budzi się jeszcze na karmienie o 12:00 w nocy, a potem różnie, czasem jest to 6:00 a czasem 8:00 rano. Zaczyna gaworzyć, dużo się uśmiecha. Co do tych wszystkich poradni to odpadła nam już poradnia chorób wątroby, a wyniki z krwi są coraz lepsze ani śladu po małopłytkowości, chociaż wiemy, że jeszcze pewnie trochę pochodzimy do poradni hematologicznej. W poradni neonatologicznej też są zadowoleni.

Wiemy, że gdyby Antoś jeszcze trochę posiedział w brzuchu, obyłoby się bez tych wszystkich problemów. Stało się, jak się stało, widać, tak miało być. Dziękuje teraz Bogu i wspaniałym lekarzom, że to wszystko się poukładało, że teraz w końcu mogę się cieszyć urokami macierzyństwa.

Renata, Adam i Antoś Dybczyńscy


Listopad 2015

Witam ponownie. Chciałam napisać, co u nas słychać. Miałam napisać już wcześniej, ale jakoś się nie składało. Teraz okazja jest wręcz idealna, ponieważ Antoś skończył roczek urodzeniowy.

Ten czas przed wielką imprezą był dla mnie pełen wspomnień, do tego stopnia, że często łzy nie dawały mi spokoju, ale co było, minęło i teraz pozostało się cieszyć.

Po pierwsze zmieniliśmy pediatrę, która jest niezwykle mądrą kobietą, nie przesadza i nie odsyła do innych, gdy pojawia się problem. Przeżyliśmy dzięki niej dosyć sprawnie infekcję kataralną, która niestety przekształciła się w zapalenie oskrzeli (w maju) i potem zapalenie gardła z bardzo wysoką i powracająca gorączką, która do tej pory przyprawia mnie o zawrót głowy (we wrześniu). I jeśli chodzi o choroby, to odpukać tyle.

Po drugie – przeklęte przez wszystkich rodziców poradnie. Jesteśmy nadal (i pewnie już zostaniemy) pod opieką poradni konsultacyjnej ds. szczepień, gdzie szczepimy się przy dobrych wiatrach raz na 2-2,5 miesiąca szczepionką Infanrix 5w1 (załapaliśmy się na darmową). Antoś dobrze je znosi, może to lepiej, że w takich odstępach, sama nie wiem. Pożegnaliśmy audiologa po chyba trzech wizytach, w dzień matki w końcu byliśmy po raz ostatni. Byliśmy także u neurologa na pół roczku Antosia. Była zaskoczona jego postępami i powiedziała, że właściwie to dogonił rówieśników. Nieszczęsna poradnia chorób metabolicznych byliśmy w szpitalu (oczywiście nie obyło się bez awantur, moich łez i bezsilności) dużo opowiadania, nie chcę do tego wracać. Wynik testu metabolicznego zaginął, musieliśmy powtórzyć, tym razem już zawożąc samemu bez pobytu w szpitalu. Za to badanie GC – MS wyszło dobrze, pani doktor miała dzwonić, jeśli owy test wyjdzie nieprawidłowy. Telefon milczy, więc mam nadzieję, że jest ok, nie mogę się do niej dodzwonić, muszę się do niej wybrać, ale również niełatwo ją złapać. Mniejsza o to, uznałam że i tę poradnie pożegnamy. To samo zrobiłam z poradnią neonatologiczną po długiej rozmowie z naszą pediatrą. Nie było sensu jeździć do szpitala tylko i wyłącznie na ważenie i mierzenie. Ostatnio również mieliśmy ostatnią wizytę u hematologa, wyniki krwi są piękne i żelazo poszło w odstawkę. Jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa.

Jeśli chodzi o umiejętności Antosia, to nauczył się raczkować, ale raczej preferuje chodzenie. Staje przy wszystkim, przy czym się da, nawet przy ścianach i tak się przy nich przesuwa. Nagle puszcza się upada na pupę, pomarudzi pod nosem, wstaje i tak w kółko. Bardzo to zabawne. Szybki jest i bardzo bystry. Umie robić ,,papa’’ i ,,kosi kosi’’. Wręcz uwielbia oglądać książeczki. Zawsze przed snem (jeśli nie uśnie przy jedzeniu) musi sobie trochę pooglądać. Oczywiście zasypia sam, chyba że bolą dziąsełka, no to trzeba potulić i pośpiewać czy przeczytać bajkę. Obowiązkowo mama musi mu śpiewać przy wieczornym karmieniu (tata tylko nuci), inaczej uderza nas w usta. Bawi się sam, więc mamy chwilę dla siebie. Uwielbia naszą suczkę (ona niekoniecznie – bo boi się małych dzieci – ale jest bardzo łagodna), piszczy na jej widok i śmieje się, gdy przybiega się przywitać. To samo tyczy się kotki (ona również przed nim ucieka, chociaż lubi jak ją ,,miętosi’’). Kąpiele to ulubiona część dnia. Mógłby nie wychodzić z wanny (już dużej – żeby było dużo wody).

Antoni to mały łasuch. Żartobliwym zdaniem dziadka: ,,Kocie gardło – co zobaczy, to by żarło’’. I istotnie tak jest. Je wszystko to co my. A jeśli mu się nie da – wieka awantura. Oczywiście dla niego obiadki muszę gotować, bo tymi ze słoików pluje tak, że wszystko jest brudne.

To, co było rok temu, było najgorszym i jednocześnie cudownym okresem w moim życiu. A dziś jestem szczęśliwa, spokojna i wróciłam na studia, a w tym czasie tata zajmuje się synkiem i całkiem nieźle sobie radzi, tylko obiadki muszą być naszykowane, czy to gotowane na zapas i zamrożone, czy to gotowane na dwa dni. Chociaż drżę, czy na pewno sobie poradzą, a zarazem trochę mi smutno, bo jednak sobie radzą beze mnie. Ale gdy widzę uśmiech synusia, gdy wracam do domu, wszystko jest nieważne.

To w sumie tyle. Życzę wszystkim wcześniakom dużo zdrowia, szczęścia i sił, a ich rodzicom odwagi i wytrwałości.

Pozdrawiam, Renata Dybczyńska