Fundacja wcześniak

Aleksander Sulkowski

24. tydz., 700 g, 33 cm, ur. 30.05.2013 r.

Chciałabym podzielić się historią, która innym rodzicom (tak jak kiedyś inne historie mi) może dać nadzieję, że naprawdę – wbrew wszystkim statystykom i „przewidywaniom” – nasze maleńkie dzieci potrafią walczyć dzielniej niż niejeden dorosłyJ Teraz sama też już to wiem i życzę wszystkim mamom wcześniaczków, aby i one zaznały tego nieopisanego szcześcia! 🙂

30.05.2013 r. cichutkim i krótkim płaczem oznajmił swoje narodziny Aleksander. Urodził się w 24 tc., ważył 700 g i mierzył 33 cm. Trudno naprawdę opisać wszystkie emocje, jakie się wtedy przeżywa. Każdy pewnie przechodzi to też inaczej. Ja pamiętam stale przygniatające uczucie wielkiego ciężaru na „sercu” – taki „zestaw”: strachu, niepewności, poczucia zawodu (no bo trudno sobie jednak przetłumaczyć, że to nie moja wina, że ciąża tak szybko się zakończyła), bezsilności i wczuwanie się w tę przerażającą ilosć bólu, nerwów i niezasłużonych bodźców, jakie to maleńkie ciałko musi znosić…

Naszym największym problemem od początku było oddychanie. 5 tygodni na respiratorze, kolejne 3 na CPAP-ie. Na respirator wracał 4 razy. Z dobrych wieści było to, że miał „tylko” II st. wylewów dokomorowych, tolerował mój pokarm właściwie od początku, serduszko i brzuszek były w miarę w ok.

W termonologii medycznej Alek zdążył już „zaliczyć”: 2 infekcje płuc, sepsę, dysplazję oskrzelowo-płucną, retinopatię, przepuklinę (dodatkowy zabieg). W ramach leczenia, które z definicji ma pomagać: 4 transfuzje krwi, sterta antybiotyków, leki na niedokrwistość, diuretyki, płyny dożylne wspomagające rozwój (wszelkie mikroelementy) – i to wszystko w systemie ciągłych ukłuć, plastrów, wenflonów, sond, kabli, rurek wewnątrz i na zewnątrz ciałka. Poza tym stałe badania: krwi, gazometrie, prześwietlenia, RTG, USG itd.

Nie pamiętam od bardzo dawna większego szczęścia – kiedy pierwszy raz zobaczyłam malutką twarzyczkę Alka BEZ żadnych rurek, masek czy plastrów. Był wtedy absolutnie najwspanialszym dzieckiem świata :-)! I oddychał SAM.

Nastęnym „przeszkodą” na drodze do zdrowia była retinopatia. Z II stopnia w ciągu tygodnia przeszło w III. Trzeba było zrobić zabieg laserowy.

Potem szło już w zasadzie dobrze. Do czasu. Kiedy wszystko wskazywało na to, że już niedługo bedzie w domu – nie wiadomo skąd „przyplątało się” zapalenie kości. Ta „złośliwość” losu była o tyle dobijająca, że samo leczenie (tylko dożylnie) miało trwać 6 długich tygodni. Widząc, jak maleństwo szuka już kontaktu ze światem, a mimo to jest uziemione w szpitalu z dala ode mnie i najbliższych, była straszna. Co więcej, z powodu wcześniejszych ingerencji jego żyłki były już w złym stanie, a w tym wypadku średnio co 3 dni musiał mieć zakładane nowe wkłucia.

Ale wszystko co złe musi się kiedyś skończyć – prawda? Po zakończeniu leczenia i przeprowadzeniu jeszcze zabiegu na przepuklinki wyrwałam (to chyba dobre słowo 🙂 Alka ze szpitala.

Teraz nasz Mały-Wielki Aleksander ma 2 i pół miesiaca wieku korygowanego, 5 i pół urodzeniowego. Póki co żadnych większych problemów. Rozwija się ładnie i harmonijnie (śledzę „obłąkańczo” siatki centylkowe). Kontrole są w zasadzie rutynowe. Wiem, że niektóre kwestie takie jak np. stan widzenia – poznamy dopiero za jakiś czas.

Ale już teraz mogę powiedzieć, że patrząc na ten mały CUD, nic nie jest w stanie przyćmić niewypowiedzianego szczęścia i radości z każdej sekundy przytulania, bawienia się, patrzenia i „gadania” z tym najdzielniejszym chłopcem, jakiego znam 🙂

Dumna Mama.