Fundacja wcześniak

Ada i Iza Ausz

Adrianna– 32. tydz., 1720 g, 42 cm, ur. 21.06.2011 r.

Izabella– 32. tydz., 1440 g, 43 cm, ur. 21.06.2011 r.

Jakiś czas temu na wcześniaczkowej stronie znalazłam historię urodzonego w 24. tc. Jasia, którego pamiętam z pobytu w szpitalu i o którym wiele razy myślałam… Leżał w sąsiednim inkubatorze; taki maleńki, że aż bałam się na niego patrzeć… Moje córeczki, kruszynki starsze od tego maluszka o jeden dzień, były trzy razy większe od niego! Czytając o losach Jasia, postanowiłam podzielić się również naszą historią.

O dziecko staraliśmy się ponad trzy lata – ciąża była spełnieniem marzeń. 4 stycznia 2011 roku zobaczyliśmy na USG dwa mocno bijące serduszka… szok, niedowierzanie, niesamowita radość i lekki niepokój – że to ciąża podwyższonego ryzyka… Niestety szybko zaczęły się problemy – najpierw mieliśmy podejrzenie tzw. zespołu podkradania (TTTS), czyli że jedno bliźnię rośnie kosztem drugiego, co stanowi zagrożenie (w skrajnych przypadkach śmiertelne) dla obojga dzieci. Na szczęście czuwał nad nami znakomity „specjalista od bliźniąt”, pan dr Paweł Piekarski.

Koniec końców TTTS nie potwierdził się. Później z kolei zaczęła skracać się szyjka macicy i w 24. tc. założono mi pessar. Dostałam również sterydy na rozwój płucek dzieci. Czułam się spokojniejsza, dopóki nie zaczęły się skurcze, z którymi w 29. tc. trafiłam do warszawskiego IMiD. Zastosowano Fenoterol, sytuacja została opanowana i mogłam wrócić do domu. Nie minęły dwa tygodnie, a znowu przyjęto mnie do szpitala, tym razem przy pl. Starynkiewicza, gdzie chodziłam do poradni cukrzycowej. Uznano, że Fenoterol fałszuje poziom glikemii i postanowiono zastąpić go Cordafenem – w warunkach szpitalnych. Po trzech dniach brałam już tylko Cordafen i wypisano mnie… z niedużymi skurczami, których prawie nie czułam. To było 20 czerwca, w poniedziałek po południu. Pod wieczór strasznie spuchły mi nogi i ręce, co wcześniej się nie zdarzało. Natomiast we wtorek o czwartej nad ranem odeszły mi wody i znów trzeba było jechać na Izbę Przyjęć… Byłam przerażona, bo wiedziałam, że to już… a przecież to był 32. tydzień, dopiero się zaczął!

Od ósmej rano czułam regularne skurcze, jednak szyjka nie skracała się i lekarze zwlekali z podjęciem decyzji o cc (dzieci ułożone były główkowo i miednicowo, więc poród sn nie wchodził w grę). Wreszcie szyjka zaczęła się rozwierać i kilka minut po godzinie 18.00 zawieziono mnie na salę operacyjną… och, jak ja się bałam! Jak ja żałowałam moich maleńkich córeczek, które miały opuścić ciepły i przytulny mamowy brzuszek dokładnie dwa miesiące za wcześnie (bo termin miałam wyznaczony na 20 sierpnia)… Poród był dla mnie koszmarem, łzy leciały mi z oczu ciurkiem. Pamiętam, że oszołomiona znieczuleniem usłyszałam płacz, ale miałam wrażenie, że słyszę tylko jedno dziecko… Nikt nie chciał mi powiedzieć co z dziewczynkami, oczywiście nie mogłam ich też zobaczyć. Na sali pooperacyjnej w przelocie zamieniłam dwa słowa z mężem – wszystko w porządku, dziewczynki śliczne, dostały 8 i 9 punktów… Faktycznie było to 5 punktów w pierwszej minucie życia i 8 w piątej (Adunia) oraz 7 punktów w pierwszej i 9 w piątej (Izunia). I tak 21 czerwca 2011 o godzinie 18.40 i 18.41 przyszły na świat nasze skarby – Adrianka z wagą 1720 g i długością 42 cm oraz Izabelka z wagą 1440 g i długością 43 cm. W całości nieprzespana noc po porodzie była chyba najgorszą w moim życiu… Nie wiedziałam, co dzieje się z dziećmi. Ada została na miejscu, a Izę odwieziono do IMiD, ponieważ w szpitalu, w którym rodziłam, nie było dwóch wolnych inkubatorów. Około północy przyszła do mnie pani pediatra z OITN i powiedziała, że nie wie, co z drugą dziewczynką, bo nie może dodzwonić się na Kasprzaka, natomiast ta, która przebywa u nich, piętro wyżej, jest w stanie „ciężkim, ale stabilnym”. Nie pocieszyła mnie ta informacja.

Adziulkę zobaczyłam po raz pierwszy nazajutrz – była taka malutka, miała takie chudziutkie rączki i nóżki… Leżała w inkubatorze, nie mogłam jej nawet dotknąć. Kiedy mój mąż pojechał do Iziulki do IMiD, od razu wyjęto ją z inkubatora i pozwolono kangurować; ja zobaczyłam i przytuliłam ją dopiero po tygodniu, kiedy wyszłam ze szpitala. Za to przez cały ten tydzień godzinami wystawałam przed inkubatorem Adusi – śpiewałam jej i ciągle do niej mówiłam; opowiadałam, jak bardzo ją kocham i jaką jest silną i dzielną dziewczynką, upewniałam, że u jej siostrzyczki wszystko w porządku, opisywałam gotowy na jej przyjęcie pokoik… Poza tym walczyłam o pokarm dla córeczek, bo byłam zdeterminowana, żeby karmić piersią. Na początku zanosiłam Adzie, a mąż zawoził Izie dosłownie kropelki cennego mleczka. Udało się i po kilku tygodniach karmiłam dziewczyny już tylko moim odciąganym pokarmem.

Trzy dni po opuszczeniu przeze mnie szpitala udało się przenieść Adunię do IMiD i mieliśmy oba nasze szczęścia w jednym miejscu. Dziewczynkami, umieszczonymi razem w jednej małej salce, opiekowały się wspaniałe panie doktor i najcudowniejsze na świecie „ciocie”, czyli pielęgniarki i położne – którym jesteśmy bardzo, bardzo wdzięczni i które zawsze będziemy miło wspominać. Każda z naszych córek spędziła w inkubatorze 7 dni.

Szpital opuściły 4 sierpnia, 6 tygodni i 2 dni po urodzeniu. Obie na początku miały żółtaczkę, problemy z oddychaniem, u obu zastosowano CPAP, Adę intubowano. Ada przeszła też zapalenie płuc. Z powodu podejrzenia infekcji wewnątrzmacicznej dzieci dostawały antybiotyki. I to właściwie tyle… Kolejne kontrole w poradniach: neonatologicznej, okulistycznej, laryngologicznej, preluksacyjnej potwierdzają, że nasze skarby są zdrowe – nie imają się ich nawet przeziębienia, nigdy nie chorowały – i rozwijają się znakomicie. Nie mają żadnych problemów neurologicznych. Niedługo skończą dziewięć miesięcy, są ślicznymi i pogodnymi dziewczynkami, ulubienicami całej rodziny. A ja każdego dnia dziękuję losowi, iż – mimo trudnych początków – wszystko układa się jak najlepiej. I mocno wierzę, że tak już pozostanie.

Sierpień 2013

21 czerwca nasze najdroższe córeczki obchodziły swoje drugie urodzinki. Z kolei 4 sierpnia minęły dwa lata od opuszczenia przez nie szpitala – to dla mnie bardzo szczególna, szczęśliwa rocznica, prawie jak ich urodziny… 21.06.2011 r. był niestety jednym z najgorszych dni w moim życiu…, natomiast 4. 08.2011 r. – jednym z najszczęśliwszych i najpiękniejszych 🙂 Dziewczynki są kochane, grzeczne, bystre… a przede wszystkim zdrowe!

Jakiś czas temu zakończyliśmy serię kontrolnych wizyt w warszawskim Instytucie Matki i Dziecka, w którym nasze małe księżniczki spędziły sześć pierwszych tygodni życia. Myślę, że to dobre miejsce, żeby raz jeszcze z całego serca podziękować całemu personelowi Kliniki Neonatologii i Intensywnej Terapii Noworodka: – P. Prof. Ewie Helwich, P. Prof. Magdalenie Rutkowskiej, P. Dr Joannie Janowskiej oraz pozostałym Paniom Doktor – no i oczywiście najwspanialszym na świecie „Ciociom” przebywających na Oddziale maluszków, czyli Paniom Pielęgniarkom i Położnym. Każdemu wcześniaczkowi życzyłabym takiej opieki, jaką wyżej wymienione osoby zapewniły moim dzieciom – to była ogromna troska i dbałość o maluchy, a dla ich rodziców mnóstwo życzliwości i wyrozumiałości. Drogie Panie, DZIĘKUJEMY!

Na bilansie 2-latka odkryliśmy, że waga (ok. 11 kg) i wzrost (58 cm) naszych córek mieści się na ok. 10-25 centylu siatek centylowych dla dzieci urodzonych o czasie i troszkę wyżej na siatkach centylowych dla dzieci urodzonych pomiędzy 32. a 37. tc. Chyba można powiedzieć, iż „dogoniły” rówieśników. Drobne dziewczynki, ale i rodzice nieduzi 😉 W 17. miesiącu życia zakończyłyśmy karmienie piersią (przez sześć pierwszych miesięcy życia córeczek karmiłam je tylko piersią, co uznaję za swój duży, osobisty sukces) – niedługo później dziewczynki wysmuklały i przestały wyglądać jak tłuściutkie dzidziusie; zrobiły się z nich małe panienki. Obecnie apetyt im dopisuje – jedzą czasem lepiej, czasem trochę gorzej, ale ogólnie nie narzekam 😉 Ulubione potrawy (z tych które pamiętam) to rosołek, spaghetti, leniwe, zupa ogórkowa, placki z jabłkami, naleśniki, pierogi ze szpinakiem…

Nasze bliźniaczki-wcześniaczki rozwijają się znakomicie. Pomimo iż dość długo nie siadały (do ok. 10. miesiąca), na własnych nóżkach stanęły przed skończeniem roku (urodzeniowego) – a trzy miesiące później samodzielnie chodziły, jeszcze niepewnie, ale z każdym dniem coraz lepiej. Teraz bieganie i gonitwy to świetna zabawa 🙂 Nie obywa się bez poobijanych kolan, ale co tam! Od kilku tygodni odpieluchowywujemy się i cały proces zmierza już do szczęśliwego zakończenia 🙂 Poza tym w wieku dwóch lat dziewczynki pięknie mówią, całymi zdaniami, niekiedy nawet złożonymi! – zadając chyba kłam teorii o opóźnionym rozwoju mowy u bliźniąt. Znają na pamięć wierszyki, zabawnie opisują i komentują otaczającą je rzeczywistość, zaczynają liczyć, rozróżniają kolory i figury geometryczne. Opowiadają bajki zabawkom, wymyślają scenki rodzajowe z udziałem lalek i pluszaków, uwielbiają „gotować” na swojej zabawkowej kuchence i karmić rodziców 😉 Dobrze dogadują się z innymi dziećmi. Myślę, iż mogę napisać, że po wcześniactwie i po trudnym starcie nie ma już śladu. Zaś nasze córeczki niektórymi umiejętnościami nawet przewyższają swoich rówieśników urodzonych o czasie. Kochamy je nad życie! 🙂

Pozdrawiam wszystkich rodziców wcześniaczków i życzę dużo wiary i optymizmu 🙂